Dom bez mężczyzn – czy jest potrzebny każdej kobiecie?

„Czy ja w ogóle jestem kobietą?” – takie pytanie zadałam sobie przy lekturze tekstu „Tylko dla kobiet! Kobiece społeczności, do których mężczyznom wstęp wzbroniony” opublikowanego na portalu foch.pl. Jego autorka, Kasia Nowakowska, opisuje społeczności zamieszkiwane wyłącznie przez kobiety, po czym wysnuwa następujący wniosek:

każda kobieta, i cała redakcja Focha (zwana niekiedy grupą wsparcia) potwierdzi: gdy jesteś w potrzebie zrozumieją cię i pomogą inne kobiety. Nawet jeśli jesteś typem kobiety, która niespecjalnie dobrze czuje się w czysto kobiecym środowisku. Czasem jednak zwyczajnie go potrzebujesz.

Kiedy przeczytałam te słowa, zaczęłam się zastanawiać, czy coś jest nie tak z moją kobiecością, skoro nigdy nie czułam potrzeby, by mieszkać w towarzystwie samych kobiet.  Tekst z lifestylowego portalu zachwiał moją tożsamością płciową skuteczniej niż najbardziej radykalne publikacje oskarżane o promocję „ideologii gender”. „Może w głębi duszy brakuje mi czysto kobiecego środowiska, tylko nawet nie zdaję sobie z tego sprawy?” – próbowałam pocieszyć się myślą, że wszystkiemu winny jest patriarchat, który stłamsił we mnie naturalne kobiece pragnienia. Niestety nic nie wyszło z moich starań, by wyobrazić sobie, jak twardy obcas patriarchatu wgniata te potrzeby w ziemię. Zamiast tego przed oczami stanęła mi Kasia Nowakowska w roli żeńskiego odpowiednika profesora Bladaczki. Nie mogłam oprzeć się wizji, w której autorka artykułu wywołuje mnie do tablicy, a potem ze zniecierpliwieniem tupie nogą, gdy słyszy, że nie potrzebuję przestrzeni do celebrowania solidarności jajników: „Jak to nie potrzebuje, jeśli tysiąc razy tłumaczyłam, że potrzebuje”.

Celebracja solidarności jajników ;) (fot. Pixabay CC0).

Celebracja solidarności jajników ;) (zdj. Pixabay).

Podobna scena pojawiła się w mojej głowie, kiedy wróciłam do fragmentu, w którym Kasia Nowakowska wyjaśnia, dlaczego domy bez mężczyzn nie mają nic wspólnego z seksizmem:

Kobiety wybierające przestrzenie i wspólnoty “tylko dla kobiet” narażają się niekiedy na zarzut seksizmu. No bo jak to tak? Bez mężczyzn? Seksizm i wykluczenie! Jednak, jak przekonują psychologowie, wsparcie i zrozumienie, które otrzymują kobiety w jednopłciowych społecznościach pozwala im na większą pewność siebie i rozwój. Niektórzy doszukują się tu przyczyn historyczno-biologicznych, a nawet ewolucyjnych: mężczyźni od zarania dziejów opuszczali wspólnoty, by polować, walczyć, zaś tzw. życiem codziennym zajmowały się społeczności złożone głównie z kobiet. Stąd rozumienie wzajemnych emocji i umiejętność udzielenia sobie wsparcia w chwilach kryzysu jest znacznie bardziej rozwinięta między kobietami.

Tym razem wyobraziłam sobie, jak dostaję lekcję: „Jak to seksizm, jeśli tysiąc razy tłumaczyłam, że nie seksizm”, a dodatkowo palec nauczycielki wskazuje mi „psychologów”, którzy rozumieją moje potrzeby lepiej niż ja sama. Niestety dla Kasi Nowakowskiej nie przyjęłam twierdzeń ekspertów na wiarę, ale postanowiłam ustalić, na jakich naukowych podstawach się opierają.  W ramach zadania domowego przeczesałam internet, by znaleźć wyniki badań potwierdzających, że kobiety rzeczywiście rozwijają się lepiej, gdy przebywają z dala od mężczyzn.

Alapine Community - amerykańska wspólnota lesbijek (zdj. boywoman.wordpress.com)

Amerykańska wspólnota Alapine Community (zdj. boywoman.wordpress.com)

Już po minucie stało się dla mnie jasne, kogo autorka artykułu miała na myśli, kiedy wspominała o psychologach. Na blogu „No men allowed” (poświęconym kobiecym społecznościom z różnych części świata) trafiłam na następujący komentarz psycholożki klinicznej Bhavny Negandhi:

Kiedyś mężczyźni wychodzili na polowania, a kobiety zostawały same. Nawzajem pomagały więc sobie przy opiece nad dziećmi, wspólnie spędzały czas, dzieliły się odczuciami i gawędziły w kobiecym gronie.

Nawet teraz – w czasach, gdy mężczyźni zwracają się do kobiet po emocjonalne wparcie – kobiety nie uzyskują podobnego wsparcia od mężczyzn. Kobiety wolą, by wsparcie emocjonalne dawały im inne kobiety, co pozwala przypuszczać, że chęć przebywania w społecznościach bez mężczyzn wynika u nich z potrzeby uzyskiwania wsparcia (związanego z życiem emocjonalnym, a także z praktycznymi aspektami życia).

Niestety poza tym jednym cytatem nie doszukałam się żadnych innych wzmianek o Bhavnie Negandhi. Żadnych artykułów naukowych, informacji o publikacjach książkowych, absolutnie nic. Nie ustaliłam więc, skąd psycholożka zaczerpnęła daleko idące wnioski o korzystnym wpływie czysto kobiecego środowiska na rozwój kobiet. Czy konkluzje te oparła na wynikach jakichś badań, a jeśli tak, to przez kogo przeprowadzonych i na ile wiarygodnych? Kto to wie…

Ostatecznie nie znalazłam żadnych informacji o badaniach przeprowadzonych na społecznościach, które zamieszkiwane są wyłącznie przez kobiety. Zaczęłam więc wczytywać się w publikacje o nieco podobnej tematyce, a mianowicie w teksty poświęcone szkołom dla dziewcząt. Obiło mi się o uszy, że uczennice takich szkół uzyskują lepsze wyniki w nauce, są bardziej pewne siebie i częściej wybierają zawody związane z przedmiotami ścisłymi. Czy jednak rzeczywiście dziewczęta rozwijają się lepiej, gdy nie muszą rywalizować z chłopcami w jednej klasie? Czy powinnam uważać się za ofiarę koedukacji i wzdychać, że pewnie stałabym się drugą Skłodowską-Curie, gdyby było mi dane uczyć się z dala od chłopców?

Ciekawe, czy uczyły się w szkole tylko dla dziewcząt (fot. solvay.com)

Ciekawe, czy uczyły się w szkole tylko dla dziewcząt… (zdj. solvay.com)

Raczej nie mam podstaw, by się nad sobą użalać, bo wyniki badań dotyczących szkół jednopłciowych są mocno niejednoznaczne. Problem stanowi przede wszystkim metodologia – niezwykle trudno jest opracować badanie, które udowodniłoby, że nieobecność chłopców w klasie korzystnie wpływa na rozwój intelektualny dziewcząt. Niewiele przecież znaczy samo stwierdzenie, że uczennice szkół żeńskich uczą się lepiej od rówieśniczek ze szkół koedukacyjnych. Trzeba jeszcze wykazać, że sukcesy tych pierwszych mają związek z edukacją w ramach jednopłciowych klas i że nie wynikają one z innych czynników, np. poziomu wykształcenia rodziców czy ogólnej jakości nauczania w poszczególnych placówkach. Jest to na tyle karkołomne zadanie badawcze, że większość naukowców sromotnie na nim poległo. Jak wynika z ustaleń amerykańskiego Departamentu Edukacji, spośród 2200 badań poświęconych szkołom jednopłciowym zaledwie 40 nie zawiera rażących błędów metodologicznych. Starannych badań jest mało i niewiele z nich wynika – ich autorzy nie przesądzają, co jest źródłem częstszych sukcesów dziewcząt, które uczą się w szkołach żeńskich. Innymi słowy, brakuje dowodów potwierdzających, że dziewczętom służy nauka w środowisku wolnym od testosteronu. Jeśli niektórzy uczeni forsują taką tezę, to albo opierają się na nierzetelnych badaniach, albo formułują mgliste refleksje w stylu słów Bhavny Negandhi o kobietach, które „wolą, by wsparcie emocjonalne dawały im inne kobiety”.

Co z tego wszystkiego wynika w kontekście artykułu Kasi Nowakowskiej? Przede wszystkim wątpliwość, czy rzeczywiście czysto kobiece środowisko jest bardziej korzystne dla rozwoju kobiet. Moim zdaniem nie ma podstaw, by tak twierdzić, a tym bardziej, by automatycznie oczyszczać kobiece społeczności z zarzutów o „seksizm i segregację”. Jaka jest bowiem istotna różnica między wspólnotą złożoną z samych kobiet a wspólnotą, której członkami mogą być wyłącznie mężczyźni? Moim zdaniem żadna – uważam, że wszystkie jednopłciowe społeczności są w gruncie rzeczy seksistowskie, ponieważ opierają się na wykluczeniu osób, które należą do płci przeciwnej lub nie pasują do prostego podziału na męskie/kobiece.

Kenijska społeczność Umoja (zdj. theguardian.com)

Kenijska wspólnota Umoja (zdj. theguardian.com)

Choć nie mam nic przeciwko istnieniu takich jednopłciowych grup (przy założeniu, że udział w nich jest całkowicie dobrowolny i istnieją też grupy mieszane), to zasadniczo wydaje mi się, że nie są one najlepszą formą promocji praw kobiet czy równości płci. Podzielam więc refleksje Jayati Ramakrishnan, która w następujący sposób pisze o kenijskiej wspólnocie Umoja zamieszkiwanej przez ofiary przemocy seksualnej:

Czy mężczyźni nie są dopuszczani do wspólnoty, aby w skuteczny sposób zwrócić uwagę na kwestię równości płci, czy może chodzi o to, aby odsunąć na bok problem przemocy i przyznać, że jest on nierozwiązywalny, choć w rzeczywistości trzeba stawić mu czoła?

Społeczność złożona z samych kobiet może w określonych warunkach łagodzić traumę związaną z przemocą seksualną, ale ostatecznie jest to forma unikania problemu, ponieważ poprzez segregację płci sugeruje się, że kobiety powinny być traktowane inaczej niż mężczyźni.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby promowanie równości płci wśród chłopców oraz budowanie kultury, w której kobiety otaczane byłyby szacunkiem. Choć to trudne wyzwanie, to jednak prawdziwą oznaką postępu byłaby sytuacja, w której kobiety mogłyby mieszkać w jednej społeczności z mężczyznami i nie musiałyby bać się przemocy seksualnej czy dyskryminacji ze względu na płeć.

Takie społeczności na szczęście już istnieją. I myślę, że to właśnie ich – a nie czysto kobiecych enklaw – potrzebuje każda kobieta. I każdy człowiek.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s