Tania kawalerka do wynajęcia – najbardziej nierealne marzenie polskiej singielki?

„Jaki jest Pani cel?” – takie pytanie pada w pierwszej scenie klipu, który zapowiada nowy serial TVN-u „Singielka”. Jak łatwo przewidzieć, główna bohaterka nie wyznaje, że chce wynaleźć lek na raka albo chociażby wyruszyć w wyprawę dookoła świata. Jej cel streszcza się w dwóch słowach: „Potrzebuję faceta”.  W kolejnej scenie widzimy tę samą kobietę, jak tańczy przy desce do prasowania w mieszkaniu żywcem wyjętym z katalogu Ikei.  Wszystko wskazuje na to, że mieszka sama. „Skąd wzięła to mieszkanie? Kupiła? Wynajmuje?” – zastanawiam się, choć wiem, że nigdy nie doczekam się odpowiedzi. Bohaterki polskich seriali nie mają problemów mieszkaniowych. Nie zastanawiają się nad kosztem kredytów hipotecznych czy kawalerek do wynajęcia, dzięki czemu mogą całkowicie poświęcać się poszukiwaniom tego jednego jedynego. Na końcu filmiku reklamującego „Singielkę” główna bohaterka oznajmia: „Szukam miłości”.

Gdyby wierzyć serialowi "Singielka", 30-latka marzy o mężczyźnie, bo mieszkanie - jakimś cudem - ma (fot. mat. promocyjne TVN).

Gdyby wierzyć serialowi “Singielka”, 30-latka marzy o mężczyźnie, bo mieszkanie – jakimś cudem – ma (fot. mat. promocyjne TVN).

„Prędzej ona znajdzie miłość niż ja tanie mieszkanie do wynajęcia” – myślę sobie i wracam do przeglądania ofert kawalerek na portalach ogłoszeniowych. Właściwie nie wiem, po co to robię, bo efekt moich poszukiwań jest łatwy do przewidzenia. Nie znajduję ani jednej oferty w limicie, który sobie wyznaczyłam, a który wynosi 1000 zł z mediami. Jeśli trafia się jakieś ogłoszenie z ceną rzędu  600-700 zł, to zawsze okazuje się, że podana cena oznacza koszt na osobę przy założeniu, że w mieszkaniu zamieszka para. Co pozostaje kobiecie, której parą jest co najwyżej zwierzę domowe, a w moim przypadku nieco przywiędły kwiatek doniczkowy? Albo wynajmować pokój jednoosobowy w mieszkaniu ze znajomymi, albo słono płacić za luksus życia w pojedynkę – w przypadku Wrocławia średnio 1300 zł miesięcznie (dane za portalem bankier.pl). Wynajem kawalerki kosztuje co miesiąc tyle, ile trzeba zapłacić za półroczny kurs językowy. Mniej więcej tyle wynosi też pensja minimalna.

Teoretycznie mam jeszcze jedną opcję: mogę wziąć kredyt hipoteczny i kawalerkę sobie kupić. Ponieważ jednak nie wiem, czy chcę zostać w jednym mieście na więcej niż kilka lat, wolę trzymać się najmu. Nie korzystam więc ze zdolności kredytowej i – zamiast brać pożyczkę na pół życia – wynajmuję jednoosobowy pokój w mieszkaniu dzielonym z dwójką znajomych. Niechęć do kredytów poczytuję sobie za oznakę rozsądku, ale nie zapominam, że nie dla wszystkich sposób, w jaki mieszkam, jest godny pochwały. Czasem słyszę, że powinnam „się ustatkować” i przestać żyć „po studencku”, skoro mam 28 lat i studentką już nie jestem. Staram się nie przejmować tymi komentarzami, ale zdaję sobie sprawę, że w oczach niejednego znajomego wyglądam na osobę niepoważną. Jakby nie patrzeć, w moim życiu brakuje klasycznych oznak dorosłości w polskim wydaniu: nie mam ani męża, ani dzieci, ani nawet własnego mieszkania.

Kupić mieszkanie? Ale w jakim mieście? (fot. Pexels.com CC0)

Kupić mieszkanie? Ale w jakim mieście? (fot. Pexels.com CC0)

Wydaje mi się, że mało jaka krytyka jest mnie w stanie zaskoczyć, aż wpada mi w ręce „13 pięter”, najnowsza książka Filipa Springera. Czytam w niej o Polakach i Polkach, którzy borykają się z problemami mieszkaniowymi, a jedna z bohaterek przypomina pod pewnymi względami singielkę z polskich seriali. To Kamila – młoda kobieta, która pracuje w agencji reklamowej i wikła się w związki z nieodpowiednimi mężczyznami. Brzmi znajomo? Niby tak, ale ponieważ historia Kamili jest prawdziwa, w jej perypetiach miłosnych pojawia się wątek, którego na próżno szukać w serialach. Jak łatwo się domyślić, jest to wątek wspólnego mieszkania na kredyt. Kamila wiąże się z mężczyzną, który namawia ją, by razem wzięli kredyt hipoteczny. Bohaterka „13 pięter” najpierw cieszy się, ale szybko zdaje sobie sprawę, że nie ma zdolności kredytowej. Pewnego dnia słyszy od partnera: „Ten związek nie ma przyszłości. Dziękuję ci”. Według Kamili przyczyna rozstania tkwi w kwestii mieszkania: „Długo wtedy rozmawialiśmy. Wyznał mi, że potrzebuje osoby, z którą stworzy trwałą relację. A to oznacza też kredyt. Okazałam się na taki model za mało wypłacalna”. Kolejny związek również się rozpada – tym razem Kamila trafia na mężczyznę, który właśnie kupił mieszkanie i wziął na nie pół miliona kredytu. W rozmowie ze Springerem wspomina tego partnera następująco:

A jak nam się ułoży, to cię do tego mieszkania dopiszę i będziemy sobie spłacać razem” – rzucił.

– Powiedziałam mu, że ja o kredycie jakoś nie marzę.

– I co zrobił?

– Podziękował mi.

Kamila znów zostaje sama, a ponieważ traci pracę, musi przenieść się do małej piwnicy, którą udaje się jej wynająć jako lokal użytkowy, oficjalnie bez możliwości noclegu. Kobieta decyduje się tam zamieszkać, ponieważ na nic innego jej nie stać.

A teraz najważniejsze pytanie. Chcesz wziąć kredyt na 40 lat? (fot. Pexels.com CC0)

A teraz najważniejsze pytanie. Chcesz wziąć kredyt na 40 lat? (fot. Pexels.com CC0)

Historia bohaterki „13 pięter” nie nastraja mnie optymistycznie. Skoro – podobnie jak Kamila – nie marzę o kredycie, muszę liczyć się z krytyką nie tylko osób postronnych, ale też i potencjalnych partnerów. Zaczynam się zastanawiać, czy, obok zainteresowania małżeństwem i dziećmi, profile w serwisach randkowych nie powinny zacząć uwzględniać informacji o stosunku do kredytów hipotecznych…

Co ciekawe, książka Springera wydaje się jedyną publikacją, która dość szeroko porusza problemy mieszkaniowe polskich singielek. Oprócz historii Kamili można w niej jeszcze przeczytać opowieść Pauliny. Kobieta jest już po trzydziestce i marzy o kawalerce, ale za mało zarabia, by stać ją było na kredyt hipoteczny. W rezultacie ciągle mieszka z mamą, co nie jest niczym nietypowym, bo – jak pisze Springer – czterdzieści trzy procent Polaków między dwudziestym piątym a trzydziestym czwartym rokiem życia mieszka dziś z rodzicami. Choć problem dotyka całego pokolenia, to intryguje mnie, jak bardzo rozpowszechniony jest wśród polskich singielek. Dane na ten temat niestety nie istnieją, przez co trudno powiedzieć, czy rację mają ci, którzy twierdzą, że Polki wyprowadzają się od rodziców dopiero wtedy, gdy znajdują stałego partnera i decydują się założyć własne rodziny. Jest to dość popularny pogląd na temat życia młodych kobiet w naszym kraju – kiedy przeglądam internet, odnoszę wrażenie, że panaceum na problemy mieszkaniowe każdej Polki jest jedno: to związek z mężczyzną. Bez niego wyprowadzka „na swoje” jest nie tylko niemożliwa ze względów finansowych, lecz również zupełnie bezsensowna.

Taki schemat myślenia można dostrzec chociażby w tekście Krzysztofa Majaka, który ukazał się w lutym na portalu natemat.pl i opisuje sytuację 30-latków mieszkających z rodzicami. Dziennikarz komentuje historię jednej ze swoich bohaterek następująco:

Ewa nie ma zamiaru mieszkać z rodzicami do końca życia. Jest singielką i gdy tylko spotka mężczyznę swojego życia, zapewne opuści dom i założy swoją rodzinę. Do tej pory nie ma zamiaru wydawać wszystkich oszczędności na wynajem mieszkania, w którym nie będzie miała do kogo się odezwać.

Co ma robić kobieta, która nie spotkała „mężczyzny swojego życia”, a chce mieszkać sama? Mam wrażenie, że tego rodzaju pytanie jest ignorowane zarówno w tekście z natemat.pl, jak i w polskiej prasie kobiecej. Być może dziennikarze zgodnie zakładają, że żadna kobieta nie pali się do opuszczania rodzinnego domu, jeśli oznaczałoby to, że trafi do „mieszkania, w którym nie będzie miała do kogo się odezwać”. W kolorowych magazynach tematykę mieszkaniową załatwiają więc rubryki poświęcone urządzaniu wnętrz. Ze świecą szukać natomiast artykułów o problemach Polek, które nie bardzo mają co urządzać, ponieważ nie dysponują samodzielnymi mieszkaniami. W 2013 roku pisze o nich na łamach „Wysokich Obcasów” Paulina Reiter, ale generalnie singielkom bez mieszkań nie poświęca się w prasie kobiecej większej uwagi. Radę dla kobiet takich jak ja znajduję więc nie w tekście dziennikarskim, lecz na popularnym blogu, którego autorka proponuje „Listę rzeczy, które powinna zrobić singielka”. Nadine Lu pisze, co następuje:

Znajdź sobie nowe marzenia – te o zaręczynach i wspólnym mieszkaniu w centrum Krakowa są już nieaktualne. W pojedynkę na sto procent nie znajdziesz kawalerki w dobrej cenie, a poza tym to byłoby na tyle smutne, że nawet nie warto próbować (musiałabyś dokupić kota, bo kawalerka to trochę za dużo dla jednej studentki). Lepiej zamieszkaj z przyjaciółkami i korzystaj z życia studenckiego na maksa.

Czy marzenie o taniej kawalerce do wynajęcia jest naprawdę tak nierealne, że polskiej singielce nie pozostaje nic, jak tylko je porzucić? Czy bez mężczyzny u boku nie ma co myśleć o samodzielnym mieszkaniu?

Advertisements

Gdzie znaleźć informacje o polskich wspólnotach, które mieszkają inaczej?

Kiedy zaczęłam pracować nad artykułem o cohousingu w Polsce (który ma się ukazać na łamach „Wytwórców” w najbliższych tygodniach), pojawił się pomysł, żeby stworzyć mapę polskich cohousingów. Pomysł ten jednak umarł, zanim się na dobre narodził, ponieważ okazało się, że nie ma w Polsce ani jednej grupy, którą można by uznać za cohousing.

Czym bowiem jest cohousing? To osiedle, gdzie oprócz mieszkań lub domów przeznaczonych dla poszczególnych rodzin, istnieje przestrzeń wspólna, która umożliwia mieszkańcom regularne spotkania. Może być to wspólny ogród, dom wspólnoty itp. Rozwiązania architektoniczne są różne, ponieważ cohousing stanowi inicjatywę oddolną, a jego mieszkańcy biorą udział w pracach nad projektem osiedla. Kiedy budynki i przestrzeń wspólna są już gotowe, współpraca między mieszkańcami wcale się nie kończy. Przechodzą oni do etapu wspólnego zarządzania wybudowanym osiedlem, a celem, którym im przyświeca, jest mieszkanie w przyjaznym i bezpiecznym sąsiedztwie. Ponieważ mieszkańcy chcą być dla siebie po prostu dobrymi sąsiadami, nie stawiają sobie nawzajem wymagań związanych z prowadzeniem określonego stylu życia czy przynależnością do określonej religii czy grupy politycznej. Istotą cohousingu jest otwartość na różnorodność – dlatego właśnie nie można wskazać jednej głębszej „ideologii”, która łączy wszystkich jego mieszkańców.

Mapa cohousingów w Polsce ;).

Mapa cohousingów w Polsce (jak łatwo się domyślić, mojego autorstwa ;).

Co w sytuacji, gdy mieszkańców jakaś „ideologia” łączy? Nie mamy wówczas do czynienia z cohousingiem, ale ze wspólnotą intencjonalną, czyli grupą ludzi, którzy mieszkają razem, ponieważ z jednej strony zależy im na życiu w przyjaznym sąsiedztwie, a z drugiej – chcą realizować dodatkowe cele, na przykład wyznawać wspólnie jakąś religię czy prowadzić razem ekologiczne gospodarstwo rolne. Takich wspólnot jest w Polsce przynajmniej kilkanaście. Mamy już w naszym kraju ekowioski, czyli wspólnoty, których mieszkańcy chcą żyć w zgodzie z naturą i organizują swoje osiedla w taki sposób, by miały one jak najmniejszy wpływ na środowisko (na przykład poprzez stosowanie alternatywnych źródeł energii i permakultury). Oprócz tego stosunkowo popularne są w Polsce colivingi, to jest domy zamieszkiwane wspólnie przez osoby, które łączy ta sama religia, hobby czy przynależność do jednego ruchu społecznego. Choć wspólnoty intencjonalne są w naszym kraju znacznie liczniej reprezentowane niż cohousingi, to mówi się o nich stosunkowo niewiele. Trudno też znaleźć wiarygodne i aktualne informacje na ich temat. Gdzie ich szukać?

Chyba najbardziej uporządkowany zbiór danych można znaleźć w książce Eurotopia. Living in community. Directory of communities and ecovillages in Europe, która ukazała się w zeszłym roku dzięki pracy mieszkańców niemieckiej ekowioski Sieben Linden. Książka stanowi zestawienie 429 wspólnot intencjonalnych z całej Europy, w tym z Polski. Dla każdego kraju sporządzona jest mapka, dzięki której łatwo się zorientować w położeniu poszczególnych wspólnot. Na mapce Polski zaznaczonych jest siedem wspólnot: ekoosada Bardo, ekowioska Barkowo, ekowioska Bhrugu Aranya, Bushcraft Berlin & Biber Camp Bronków, społeczność L.A.S., Przysiółek Mącze i Realearth.

mapa polski

Mapa polskich wspólnot intencjonalnych (skan z „Eurotopii”).

Każda wspólnota z mapki ma oddzielny opis, w którym – oprócz danych kontaktowych – można znaleźć informacje o:

  • dacie powstania;
  • stopniu, w którym wspólnota jest samowystarczalna żywieniowo (symbol: chłopek z taczką);
  • liczbie mieszkańców;
  • językach, które znają mieszkańcy;
  • liczbie mieszkańców, którzy pracują w obrębie wspólnoty na co dzień (symbol: młotek);
  • sposobie podejmowania decyzji;
  • sposobie finansowania wspólnoty;
  • formie własności (symbol: klucz);
  • głównych obszarach działania (symbol: biała dłoń na czarnym tle);
  • słowach-kluczach istotnych dla wspólnoty;
  • możliwości dołączenia do wspólnoty (jeśli taka istnieje, to opisowi towarzyszy symbol uśmiechniętej buźki);
  • możliwości odwiedzenia wspólnoty jako wolontariusz (jeśli taka istnieje, to opisowi towarzyszy symbol dwóch czarnych dłoni).
bardo osada

Opis polskiej ekoosady Bardo (skan z „Eurotopii”).

Jak widać na przykładzie opisu ekoosady Bardo, „Eurotopia” oferuje sporo nieźle uporządkowanych informacji, ale nie zawsze są to informacje konkretne. Nie do końca chociażby wiadomo, jaka jest struktura własności wspólnoty (z określenia „property”, czyli „własność”, niewiele wynika), ani dlaczego jednym ze słów-kluczy Barda jest „humour”, czyli „humor”. Brak też szczegółowych informacji o sposobie, w jaki osada osiąga wysoki (bo 50-procentowy) stopień samowystarczalności żywieniowej. Opis jest na tyle ogólnikowy, że raczej podsyca ciekawość niż ją zaspokaja. Na szczęście do opisu dołączone są dane kontaktowe, dzięki czemu zainteresowany czytelnik może drążyć temat dalej – odwiedzić stronę internetową wspólnoty, wysłać maila lub zadzwonić do jej mieszkańców.

Powodem, dla którego informacje zamieszczone w „Eurotopii” są często bardzo ogólnikowe, jest sposób, w jaki je zebrano. Książka powstała na podstawie ankiet, które zostały rozesłane do poszczególnych wspólnot. Ich mieszkańcy mieli swobodę w decydowaniu, na które pytania chcą odpowiadać, a ich odpowiedzi nie były weryfikowane przez żadne osoby trzecie. Autorzy nie mieli funduszy ani fizycznej możliwości, żeby odwiedzić każdą z ponad 400 wspólnot opisanych w książce, przez co nie pozostało im nic innego, jak tylko optymistycznie założyć, że informacje z odesłanych ankiet są trafne i aktualne. Trudno powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest i czy dane dotyczące polskich wspólnot odzwierciedlają rzeczywistość. Zastanawia chociażby, w jaki sposób mieszkańcy wyliczyli stopień swojej niezależności żywieniowej…

Summa summarum, fragment „Eurotopii” poświęcony polskim wspólnotom pozostawia czytelnikowi poczucie niedosytu. Po jego lekturze nie sposób nie zadać sobie pytania: „Czy nie ma lepszego źródła informacji o polskich wspólnotach? Czy nie istnieje dokładniejsze zestawienie sporządzone przez Polaków w języku polskim?”

Niestety takie zestawienie na razie nie istnieje, a anglojęzyczna „Eurotopia” jest ciągle najlepiej opracowaną bazą informacji o wspólnotach intencjonalnych, które istnieją w naszym kraju. W polskim internecie można znaleźć kilka stron poświęconych wspólnotom intencjonalnym, ale żadna nie zawiera uporządkowanego i sprawdzonego zestawu danych.

Stosunkowo najbardziej podobna do bazy z „Eurotopii” jest baza zamieszczona na polskim portalu COHOTO, który oferuje narzędzia pomagające „organizować i zarządzać działaniami takich grup jak: „wspólnoty mieszkaniowe (mieszkania, domy, akademiki, osady); grupy tematyczne (hobbystyczne), grupy edukacyjne (muzyczne, językowe), grupy coworkingowe (kluby, zespoły, stowarzyszenia), kooperatywy spożywców itp.” (więcej informacji o narzędziach oferowanych bezpłatnie przez twórców portalu można znaleźć w zakładce „Co to COHOTO”). Grupy, które korzystają z portalu, uwzględnione są na liście grup, ale same decydują, jak szczegółowe informacje chcą udostępniać publicznie. Jeśli zależy im na zachowaniu prywatności, to nie muszą podawać miejscowości, w której się znajdują, zamieszczać opisu swoich działań, ani nawet określać, jakiego rodzaju grupę dokładnie stanowią. W rezultacie czasem trudno stwierdzić, czy konkretna grupa jest wspólnotą intencjonalną, czy może tworzą ją ludzie, którzy nie mieszkają razem, a tylko spotykają się w ramach jakiegoś stowarzyszenia czy klubu zainteresowań. Dane podawane przez członków poszczególnych grup nie podlegają weryfikacji, przez co nie wiadomo, na ile odzwierciedlają stan rzeczywisty. Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany daną grupą, to może spróbować się z nią skontaktować i uzyskać więcej informacji – portal ułatwia nawiązywanie kontaktu, ponieważ do profilu każdej grupy dołączony jest przycisk „wyślij wiadomość do grupy”.

dwie lampy

Profil colivingu Dwie Lampy na portalu COHOTO (zrzut ekranu z cohoto.net).

Jak na razie COHOTO wydaje się najlepszym źródłem informacji o polskich colivingach, czyli domach dzielonych przez osoby o podobnych zainteresowaniach, stylu życia itp. Colivingi nie są w ogóle uwzględnione w „Eurotopii”, tymczasem na COHOTO można znaleźć wzmianki o takich polskich domach, jak wrocławskie Dwie Lampy czy Muzyczarnia.

Jeśli natomiast chodzi o polskie ekowioski, to – oprócz „Eurotopii” – można polecić następujące polskie strony internetowe:

ekoosada.pl – w dziale „Linkownia” zamieszczono kilka odnośników do stron poszczególnych ekowiosek;

polska podstrona Globalnej Sieci Ekowiosek – można tam znaleźć mapę ekowiosek w Europie, ale zaznaczone są niej tylko dwie ekowioski z Polski;

dobraidea.pl – jest tam kilka ciekawych tekstów na temat ekowiosek w Polsce, przy czym najnowszy tekst pochodzi z roku 2012;

– profil na Facebooku o nazwie „Ekowioski, Ekoosady, Alternatywne Społeczności” – chyba jest to obecnie najlepsze źródło informacji o bieżących wydarzeniach związanych z polskimi ekowioskami.

Niestety ciągle brakuje w miarę kompletnej bazy danych o polskich wspólnotach, które mieszkają inaczej – bazy ze sprawdzonymi informacjami o ekowioskach i colivingach, a w przyszłości także o cohousingach (bo wierzę, że te się wreszcie w naszym kraju pojawią). Tym bardziej więc ściskam kciuki za projekt Stowarzyszenia FREEDOM, którego celem jest stworzenie bazy polskich alternatywnych społeczności oraz opublikowanie jej w internecie. Baza ma powstać na podstawie odwiedzin w poszczególnych wspólnotach, co pozwala przypuszczać, że znajdą się w niej informacje bardziej konkretne i wiarygodne niż te, które zamieszczone są chociażby w „Eurotopii”. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej o tym projekcie, to polecam zajrzeć na Facebooka na profil „Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Freedom”.

freedom

Informacje o projekcie Stowarzyszenia FREEDOM (zrzut ekranu z Facebooka).

Wolność, równość, siostrzeństwo? Dziwne losy Domu Bab-Jag w podparyskim Montreuil

W 2009 roku trafia mi w ręce artykuł „Jesień feministki”, portret Therese Clerc, jednej z liderek francuskiego ruchu feministycznego. Therese jest w nim przedstawiona jako energiczna osiemdziesięciolatka i liderka lokalnej społeczności. Widać, że autorka tekstu jest zachwycona swoją bohaterką, opisuje ją bowiem jako „królową”:

Tego wieczoru, jak zwykle, królowała w swoim Domu Kobiet w Montreuil. Wokół niej wirował mały tłum młodych Arabek, Mulatek i Azjatek. Niektóre z dziećmi, inne przyszły same. Ona w bluzce z dekoltem, siwe włosy spięte w kok, bystre spojrzenie. Egzotyczna kolia na nagiej szyi. Nic z kruchości babci czy z dystynkcji starszej damy. Pełna życia i ciepła. Nic nie umyka jej uwadze, każdego wita od progu. – Jak się masz, sarenko? – woła do Marokanki. – Mówiłam ci, nie zadawaj się z nim, ale mnie nie posłuchałaś – mówi przez telefon. Garną się do niej młode. – Kiedy jej nie ma – mówią – jest tu nudno.

Therese Clerc (zdj. z wysokieobcasy.pl).

Z artykułu dowiaduję się, że Dom Kobiet to feministyczne centrum kultury i pomocy prawnej, które powstaje z inicjatywy Therese w roku 1999. W miarę jak centrum staje się stałym elementem krajobrazu podparyskiego Montreuil, inicjatorka projektu dochodzi do wniosku, że czas na nowe wyzwanie. Postanawia stworzyć  dom mieszkalny dla starszych kobiet. Nie nazywa go cohousingiem, ale nietrudno zauważyć podobieństwa między jej pomysłem a zasadami, na których opierają się cohousingi senioralne:

Zakłada dom starości, jakiego jeszcze nie było. Wszystko, tylko nie spokojnej. – Nasz dom będzie samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny – mówi. Chce w nim zamieszkać już w 2009 r. Taka komuna dziarskich staruszek. Wiek od 70 do 90 lat. 

Projekt Therese wydaje mi się na tyle ciekawy, że zaczynam śledzić dalsze jego losy. Co pewien czas wpisuję w wyszukiwarce nazwę planowanego domu: „La Maison des Babayagas”, czyli „Dom Bab-Jag”. Najważniejsza wiadomość pojawia się w roku 2012 – wtedy kończy się budowa domu i wprowadzają się do niego pierwsze mieszkanki. Wygląda na to, że projekt jest sukcesem, ponieważ kobiety należące do Stowarzyszenia Bab-Jag nie osiadają na laurach, a koniec budowy nie oznacza kresu ich aktywności. Zgodnie z zapowiedziami Therese dom staje się centrum licznych działań na rzecz lokalnej społeczności. W pokoju wspólnym mieszkanki zaczynają organizować otwarte warsztaty i wykłady. Czytam o tych wszystkich inicjatywach na stronie internetowej Domu Bab-Jag i obiecuję sobie, że kiedyś go odwiedzę.

Na jakiś czas przestaję się interesować Baba-Jagami i przypominam sobie o nich dopiero dwa miesiące temu, tuż przed wyjazdem do Paryża. Próbuję znaleźć na ich stronie informacje o możliwości odwiedzin, bo mam wrażenie, że kiedyś o takiej możliwości czytałam. Z zaskoczeniem jednak stwierdzam, że strona Stowarzyszenia Bab-Jag już nie istnieje. Szukam więc alternatywnych sposobów na skontaktowanie się z mieszkankami. Piszę bezpośrednio do Therese Clerc, potem wysyłam maila na adres Domu Kobiet w Montreuil. Nikt mi nie odpowiada.

Tracę nadzieję na odwiedziny w Domu Bab-Jag, ale postanawiam pojechać mimo wszystko do Montreuil. Zakładam, że nawet jeśli nie dotrę do nikogo związanego z Baba-Jagami, to chociaż zajrzę do Domu Kobiet, aby porównać działanie tego centrum z aktywnością wrocławskiego Centrum Praw Kobiet, w którym jestem wolontariuszką.

Kiedy po niemal godzinnej podróży metrem docieram do Montreuil, zaskakuje mnie małomiasteczkowy klimat dzielnicy. Przechodzę przez kilka spokojnych ulic i błyskawicznie docieram do centrum, gdzie ma znajdować się Dom Kobiet. „Pewnie jest gdzieś na piętrze, oznaczony małą tabliczką, żeby za bardzo nie rzucał się w oczy” – myślę sobie, bo przecież tak wyglądają siedziby organizacji feministycznych w Polsce. Nie chcę przeoczyć celu mojej podróży, szukam go więc, kierując się wskazówkami z Google Maps. Jak się okazuje, jest to niepotrzebna przezorność, bo Domu Kobiet nie można nie zauważyć. Nie kryje się on na piętrze ani w bramie, ale stoi na parterze, a jego fasada nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z centrum praw kobiet.

Dom Kobiet w Montreuil.

Dom Kobiet

Wchodzę do środka i zaczynam się rozglądać. Zauważam sporą biblioteczkę z literaturą feministyczną oraz liczne ulotki informujące o wykładach poświęconych „feminizmowi”, „feministycznych” śpiewach i innych wydarzeniach z „feminizmem” w nazwie. Szybko dochodzę do wniosku, że słowo „feminizm” najwyraźniej nie jest tu tak podejrzane jak w Polsce, gdzie unikają go nawet niektóre organizacje feministyczne (zamiast o feminizmie mówią więc o równouprawnieniu czy prawach kobiet). Kiedy więc podchodzi do mnie pracowniczka Domu Kobiet, od razu mówię jej, że interesuję się tym miejscem, ponieważ bliskie są mi idee feministyczne. Rozpoczęcie rozmowy od „Cześć. Jestem feministką” zapewnia mi ciepłe przyjęcie. Pracowniczka Domu Kobiet chętnie przechodzi ze mną na angielski i udziela szczegółowych informacji o działaniach centrum. Okazuje się, że jest Dom Kobiet to organizacja, która z jednej strony świadczy pomoc ofiarom przemocy domowej, a z drugiej, promuje feminizm, np. poprzez dyskusje poświęcone najważniejszym książkom i postaciom ruchu feministycznego.

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa “feminizm”.

Gdy mówię, że przyjechałam do Montreuil przede wszystkim po to, by dowiedzieć się więcej o projekcie domu mieszkalnego dla starszych kobiet, pracowniczka Domu Kobiet zaczyna wydzwaniać po osobach, które mogłyby mi o nim opowiedzieć . Telefon odbiera jedna z mieszkanek Domu Bab-Jag. Kiedy słyszy, że przyjechałam z Polski i chcę zadać parę pytań, zaprasza mnie do siebie. Jestem w lekkim szoku – nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam się z tak wielką gotowością do pomocy, zwłaszcza że nie mówię zbyt dobrze po francusku i proszę o informacje w języku angielskim.

Efekt mojej wyprawy do Montreuil jest więc o wiele lepszy niż zakładałam. Udaje mi się zobaczyć Dom Bab-Jag nie tylko z zewnątrz, ale i od środka. Jak na budynek komunalny jego standard jest bardzo wysoki. To nowoczesny apartamentowiec, w którym znajdują się 24 mieszkania (o powierzchni 40 m kw. każde), a także spore pomieszczenie wspólne ulokowane na parterze. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa akurat remont pomieszczenia wspólnego. Dlaczego trzeba je remontować, skoro budynek lśni nowością? Odpowiedź jest zaskakująca, ale o tym za chwilę.

IMG_0938

Dom Bab-Jag

IMG_0939

Dom Bab-Jag

Najpierw kilka słów o mieszkance, dzięki której mogę uzyskać wgląd w historię i obecną sytuację Domu Bab-Jag. Moją rozmówczynią jest Odette, feministka zaangażowana w działania na rzecz praw lesbijek. Opowiada, że z projektem budynku mieszkalnego dla starszych kobiet jest związana od roku 2012. Dołącza wtedy do grupy 21 przyszłych mieszkanek  domu, którego budowa dobiega właśnie końca. Cieszy się na myśl o zamieszkaniu w taniej kawalerce – ma ją wynajmować w preferencyjnej cenie od spółki, która zarządza budynkiem  w imieniu miasta. Zanim dom zostaje oddany do użytku, dochodzi jednak do ostrego konfliktu między liderką inicjatywy, wspomnianą wyżej Therese Clerc, a resztą mieszkanek. Konfliktu nie udaje się zażegnać i w efekcie niemal wszystkie kobiety, które mają zamieszkać w Domu Bab-Jag , postanawiają wycofać się z projektu. Z pierwszego składu Bab-Jag pozostają tylko dwie osoby: Odette oraz Therese.

IMG_0932

Odette, czyli moje źródło informacji o Domu Bab-Jag.

Co sprawia, że tyle kobiet rezygnuje z zamieszkania w domu, o którego budowę starały się dobre parę lat? Jak wyjaśnia Odette, podstawowe źródło problemów tkwi w despotyzmie Therese Clerc. Choć Therese kreśli wizję domu samorządnego, to w rzeczywistości oczekuje, że wszyscy będą się jej podporządkowywać. Nie znosi głosów sprzeciwu i nie chce uczyć się współpracy w ramach grupy o demokratycznej strukturze. Nie słucha mediatorów, którzy pojawiają się na zebraniach kobiet z pierwszej ekipy. Mediatorzy mają uczyć przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag, jak komunikować się bez przemocy. Therese szybko  traci jednak do nich cierpliwość. Stwierdza, że ich porady są niewiele warte i przestaje ich zapraszać.

Zamiast słuchać mediatorów, Therese woli forsować swoją wizję inicjatyw, które powinny być podejmowane przez Baby-Jagi. Wychodzi na przykład z pomysłem, by zorganizować w domu darmową łaźnię dla kobiet z okolicy. Uważa, że taka łaźnia to świetny sposób na integrację imigrantek, ale nie bierze pod uwagę kosztów wody i energii, które wiążą się z jego realizacją. Nie zauważa też, że prowadzenie łaźni wymaga sporego nakładu pracy i że przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag mogą nie podołać tak ambitnemu projektowi, skoro do najmłodszych już nie należą. Kiedy kobiety z pierwszej ekipy próbują przekonać samozwańczą liderkę, że łaźnia nie jest pomysłem na ich siły, Therese wpada w furię. Zarzuca im, że są „głupimi rasistkami”, a one tracą cierpliwość i – koniec końców – decydują, że nie chcą już dłużej należeć do Stowarzyszenia Bab-Jag. Łaźnia ostatecznie nigdy nie powstaje.

Kiedy z projektu wycofują się wszystkie kobiety poza Therese i Odette, trzeba szybko znaleźć kogoś na ich miejsce. Dom jest przecież prawie gotowy, a władze miejskie nie zamierzają płacić za utrzymywanie pustego budynku. Obowiązki związane z selekcją nowych mieszkanek spadają na Odette. Moja rozmówczyni twierdzi, że Therese nie chce zajmować się rekrutacją, ponieważ „woli koncentrować się na ideach, a nie na sprawach praktycznych”. Kiedy więc Odette zbiera drugą ekipę mieszkanek, Therese promuje Dom Bab-Jag w mediach. Udziela licznych wywiadów, w których przedstawia swój projekt jako pełen sukces. Nie wspomina jednak dziennikarzom o konflikcie z pierwszą ekipą, gdyż  – i tu znów słowa Odette – „nie potrafi przyznać się do porażki i uważa, że wszystko, co robi jest słuszne”.

Ostatecznie udaje się sformować drugą ekipę złożoną z 21 kobiet w wieku od 60 do 89 lat. Pod koniec 2012 roku nowe Baba-Jagi wprowadzają się do ukończonego już budynku. Każda zajmuje po jednej kawalerce, a pozostałe trzy mieszkania zostają wynajęte osobom młodym. W ten sposób zostają spełnione wymogi stawiane przez głównego sponsora projektu, czyli władze miejskie. Urzędnicy nie zgadzają się, by wszystkie mieszkania były zajmowane przez starsze kobiety, ponieważ obawiają się oskarżeń o dyskryminowanie ludzi w młodszym wieku. Oprócz tego istnieje ryzyko pojawienia się innych zarzutów, na przykład o to, że miejskie pieniądze wydawane są na pomoc osobom zamożnym. Urzędnicy decydują więc, że tanie mieszkania w nowo powstałym budynku przysługują wyłącznie tym Baba-Jagom, które nie są właścicielkami nieruchomości. Informują, że jeśli któraś kobieta ma mieszkanie, to musi je sprzedać, żeby móc wynająć od miasta kawalerkę.

Gdy Therese dowiaduje się o warunkach stawianych przez urzędników, reaguje oburzeniem. Stwierdza, że nikt nie będzie jej dyktował, co może, a czego nie może posiadać. Nie sprzedaje swojego mieszkania, a tym samym nie zyskuje prawa do zamieszkania w Domu Bab-Jag. Chociaż nie staje się jego mieszkanką, nie ma zamiaru tracić kontroli nad jego dalszymi losami. Cały czas pozostaje nieformalną liderką Stowarzyszenia Bab-Jag, do którego należą wszystkie starsze kobiety, które zamieszkały w domu. Jak twierdzi Odette, pozycja outsiderki jest dla Therese wygodna. Może jątrzyć spory, a potem stwierdzać, że rozwiązanie konfliktu to nie jej problem i że wraca do swojego mieszkania. „Człowiek ma większą motywację, żeby dążyć do zażegnania sporu, jeśli mieszka w miejscu, którego spór dotyczy” – zauważa Odette i opowiada, że wymiana ekipy nie przynosi końca konfliktów między Therese a resztą Bab-Jag. Wśród nowych mieszkanek szybko zaczynają pojawiać się głosy sprzeciwu wobec despotycznych zapędów liderki Stowarzyszenia. Nie mija wiele czasu, a dochodzi do kolejnego rozłamu. Szesnaście kobiet decyduje się wystąpić ze Stowarzyszenia Bab-Jag po to, by założyć własne stowarzyszenie – takie, w którym nie ma liderki, a decyzje są podejmowane w sposób demokratyczny. Wśród tych kobiet jest i Odette. W Stowarzyszeniu Bab-Jag pozostaje tymczasem zaledwie pięć osób: Therese oraz cztery kobiety, które ciągle trzymają jej stronę.

Pomieszczenie wspólne w Domu Bab-Jag - kiedyś odbywały się w nim otwarte dyskusje i warsztaty, a obecnie trwa w nim remont.

Zamknięte drzwi do pomieszczenia wspólnego w Domu Bab-Jag. Kiedyś odbywały się tam otwarte dyskusje i warsztaty, ale obecnie trwa remont.

Konflikt między Therese a mieszkankami, które zdecydowały się opuścić Stowarzyszenie Bab-Jag, jest brzemienny w skutki. Okazuje się, że jedno pomieszczenie wspólne jest niewystarczające dla dwóch zwaśnionych grup. Ponieważ pomieszczenie pozostaje pod kontrolą Stowarzyszenia Bab-Jag, a Therese nie chce go udostępniać, pojawia się potrzeba, by podzielić je na dwie części: po jednej dla każdego stowarzyszenia. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa właśnie remont, który ma doprowadzić do powstania dwóch odrębnych pomieszczeń. Oczywiście zastanawia mnie, dlaczego władze miejskie tolerują Therese i nie próbują się jej pozbyć, aby zaprowadzić  wreszcie zgodę wśród mieszkanek. Odette tłumaczy mi, że Therese ma bardzo mocną pozycję, bo jest znana i wpływowa. Tezę tę potwierdzają artykuły prasowe, z którymi zapoznaję się po powrocie do Polski. W artykule z „Liberation” czytam o konfliktach z udziałem Therese – ich charakterystyka zgadza się z tym, co usłyszałam od Odette. Opisowi burzliwych losów Domu Bab-Jag towarzyszą komentarze Jeana-Michela Blery, urzędnika miejskiego odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową Montreuil. Mówi on o Therese, co następuje: „Therese Clerc to prawdziwy guru! Choć jej utopijna idea jest dobra, to należy do osób, którym trudno jest przejść od idei do praktycznego projektu”. Urzędnik zauważa wady Therese, a mimo to jest przekonany, że Dom Bab-Jag nie może bez niej funkcjonować, ponieważ: „projekt tego domu narodził się w jej głowie i nigdy nie zostałby zrealizowany, gdyby nie jej determinacja i popularność w mediach”.

Ponieważ pomieszczenie wspólne jest w remoncie, a do wspólnego ogrodu dotrzeć można tylko przez to pomieszczenie, żadna z grup nie dysponuje obecnie przestrzenią do spotkań. Dom, który miał być „samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny”, nie różni się więc chwilowo od zwykłych budynków wielorodzinnych, w których mieszkańcy zamieniają czasem kilka słów, ale nie podejmują razem żadnych istotnych działań. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja zmieni się wraz z końcem remontu i że pojawią się wtedy jakieś formy życia w grupie. Odette zapowiada, że członkinie jej stowarzyszenia planują wspólnie organizować wydarzenia dla lokalnej społeczności. Być może dzięki takim inicjatywom uda im się dotrzeć do okolicznych imigrantek w sposób, który jest trochę mniej energochłonny niż prowadzenie łaźni.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Jak widać, od czasu rozpoczęcia remontu pomieszczenia wspólnego mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Od czasu, gdy zaczął się remont pomieszczenia wspólnego, mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Czy Dom Bab-Jag stanie się kiedyś cohousingiem senioralnym, którym był przez długi czas w moich wyobrażeniach? Trochę w to wątpię, bo przecież istotą cohousingu jest przyjazne sąsiedztwo, a trudno mówić o takim sąsiedztwie w sytuacji, kiedy jeden budynek dzielą przedstawicielki dwóch zwaśnionych stowarzyszeń. Chciałabym być optymistką i wierzyć, że między stowarzyszeniami dojdzie kiedyś do porozumienia, ale wiem, że o zgodzie nie może być mowy tak długo, jak Therese odrzuca możliwość kompromisu. Na razie niestety nic nie wskazuje na to, żeby Therese miała brać kompromis pod uwagę. Od lat jest despotką i chyba despotką pozostanie. Ma już ponad 80 lat, więc trudno oczekiwać, że jej osobowość ulegnie radykalnej przemianie. Szkoda tylko, że jej autokratyczne zapędy mają tak destrukcyjny wpływ na projekt, który zainicjowała i który mógłby być wzorem dla podobnych inicjatyw podejmowanych nie tylko we Francji, ale też i w innych częściach świata.

Kiedy zastanawiam się, co konkretnie doprowadziło do konfliktów między Therese a pozostałymi kobietami zaangażowanymi w Dom Bab-Jag, przychodzą mi do głowy słowa „Wolność, równość, siostrzeństwo”. Odnoszę wrażenie, że Therese w specyficzny sposób interpretuje każde tych słów. Po pierwsze – wydaje się obsesyjnie przywiązana do swojej wolności, przez co nie bierze odpowiedzialności za Dom Bab-Jag . Jej brak odpowiedzialności wyraża się w tym, że wydaje decyzje, które mają wpływ na losy Domu, ale nie ponosi ich konsekwencji. Dzięki temu, że mieszka poza Domem, ma swobodę, by opuszczać go za każdym razem, kiedy dochodzi do konfliktu. Po drugie – choć twierdzi, że chce mieszkać w domu samorządnym i obywatelskim, to nie uważa innych kobiet za osoby sobie równe. Zamiast szanować ich opinie i rozmawiać z nimi w celu wypracowania konsensusu, woli narzucać im swoje wizje. Po trzecie – wiele wskazuje na to, że nie chce tworzyć wspólnoty, w której jest miejsce na różnorodność. Wystarcza jej mała grupka wiernych zwolenniczek i szybko pozbywa się z otoczenia każdego, kto reprezentuje odmienne poglądy. Jej siostrami są więc wyłącznie takie kobiety, które nie ośmielają się podważać jej autorytetu.

„Wolność, równość, siostrzeństwo” (lub odpowiednio „braterstwo”) – to słowa, których znaczenie warto przemyśleć za każdym razem, gdy chce się budować wspólnotę. Przykład Domu Bab-Jag pokazuje bowiem, że od rozumienia tych słów może zależeć sukces projektu, który zakłada wspólne zamieszkiwanie. Oczywiście przy pytaniach o znaczenie poszczególnych słów trudno nie zastanowić się, co w ogóle znaczy „znaczyć”. Są na przykład tacy, którzy twierdzą, że znaczenie zależy od rozumienia, a rozumienie z kolei zależy od interakcji z otoczeniem fizycznym i innymi ludźmi. To jednak już temat na zupełnie inny tekst…

Jak wygląda życie na osiedlu domów kooperatywnych? (na przykładzie osiedla Ganas w Nowym Jorku)

Można spędzić w Nowym Jorku lata i nigdy nie natknąć się na osiedle Ganas – jest ono bowiem położone na Staten Island, czyli w dzielnicy typowo mieszkaniowej, której nie odwiedzają nawet nowojorczycy z innych dzielnic, a co dopiero turyści. Można też mieszkać na Staten Island, codziennie przechodzić przez Ganas i nie zdawać sobie z tego sprawy. Taki scenariusz jest możliwy, ponieważ osiedle nie jest w żaden sposób wyodrębnione z reszty zabudowy ani oznakowane. To po prostu zespół 8 domów kooperatywnych, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak zwykłe budynki jednorodzinne. Z domami jednorodzinnymi niewiele jednak mają wspólnego. Nie dość że mieszka w nich w sumie ponad 70 niespokrewnionych osób, to jeszcze ludzi tych różni niemal wszystko: od wieku, przez wykształcenie, wyznanie, rasę i płeć, po przekonania polityczne. Nie można wskazać jednej ideologii, która byłaby im bliska –ideologią nie jest bowiem zwyczajna chęć, by żyć w otoczeniu przyjaznych sąsiadów i spotykać się z nimi regularnie, np. na wspólnych posiłkach. Jak to więc możliwe, że pomimo wszystkich różnic, które dzielą mieszkańców, Ganas działa już ponad 30 lat i ciągle się rozwija?

Widok na Manhattan ze Staten Island. Po prawej charakterystyczny pomarańczowy prom, który kursuje między tymi dwiema dzielnicami Nowego Jorku.

Widok na Manhattan ze Staten Island. Po prawej charakterystyczny pomarańczowy prom, który przez całą dobę kursuje między Staten Island i Manhattanem.

Historia Ganas sięga roku 1979, kiedy to sześcioro przyjaciół kupiło dom za pieniądze, które jeden z nich otrzymał w spadku. Nie było wówczas żadnych planów, by tworzyć osiedle – założyciele Ganas po prostu zdecydowali się zamieszkać razem i zobaczyć, co z tego wyniknie. Z czasem pojawiły się kolejne osoby zainteresowane mieszkaniem w domach kooperatywnych. Wspólnota zaczęła stopniowo powiększać się o nowych członków, a także o kolejne domy kupowane na ich potrzeby. Ponieważ udało się nabyć kilka sąsiadujących budynków, zlikwidowano płoty odgradzające poszczególne działki i tak powstała spora przestrzeń wspólna z ogrodem i basenem. W każdym domu wygospodarowano też pomieszczenia przeznaczone dla wszystkich mieszkańców: siłownię, biblioteczkę, dużą jadalnię do wspólnych posiłków, warsztat z narzędziami, itp. Kiedy Ganas stało się osiedlem, założyciele stanęli przed wyzwaniem: jak rozwiązać kwestię własności domów oraz sprawnie zorganizować codzienne życie we wspólnocie liczącej już nie sześć, ale kilkadziesiąt osób?

Domy i wspólny ogród.

Domy i wspólny ogród.

Ciekawie rozwiązana została kwestia własności. Mieszkańcy zostali podzieleni na 3 grupy w zależności od stopnia zaangażowania w życie wspólnoty. Powstała grupa główna (core group), rozszerzona grupa główna (extended core group) oraz grupa zwykłych mieszkańców. Członkami grupy głównej stały się osoby, które są najbardziej zaangażowane we wspólnotę i działają jako jej zarząd. Na stronie internetowej Ganas można przeczytać, że: „Grupa główna obecnie składa się z pięciu mężczyzn i pięciu kobiet […]. Ludzie ci nie tylko poświęcają cały swój czas i wszystkie talenty, ale też dzielą się ze sobą dobrami materialnymi. Zobowiązują się również do wymiany myśli, odczuć oraz uwag. Grupa jest otwarta na nowych członków, ale – ponieważ wymaga sporego zaangażowania pod względem czasu i zasobów – niewiele osób chce do niej dołączyć”. Członkowie grupy głównej nie pracują poza wspólnotą, a do tego są właścicielami wszystkich budynków oraz firm prowadzonych przez Ganas. O firmach będzie jeszcze mowa, ale na razie warto zauważyć, że domy nie są współwłasnością wszystkich mieszkańców. Zamiast tego należą do spółki uformowanej przez członków grupy głównej. Spółka ta zawiera umowy najmu z pozostałymi mieszkańcami, którzy płacą za pokoje oraz usługi związane z organizacją codziennego życia.

Jedno z wielu pomieszczeń wspólnych - w każdym domu jest przynajmniej jeden taki salon.

Jedno z wielu pomieszczeń wspólnych – w każdym domu jest przynajmniej jeden taki salon.

Przeciętnie miesięczny czynsz wynosi niecałe 800 dolarów, przy czym kwota ta może być mniejsza lub większa w zależności od powierzchni zajmowanego pokoju. Jak na nowojorskie standardy nie są to duże pieniądze, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, co wchodzi w zakres usług, do których każdy mieszkaniec ma dostęp, a które wliczone są w cenę najmu. Po pierwsze Ganas zapewnia swoim mieszkańcom niemal pełne wyżywienie. Pięć razy w tygodniu członkowie ekipy kucharskiej przygotowują wspólne obiady w formie szwedzkiego stołu. Obiady są dostępne w głównej jadalni przez około 2 godziny i składają się z kilku dań, wśród których każdy może znaleźć coś dla siebie. Ponieważ mieszkańców nie łączy przywiązanie do określonego rodzaju diety, to podawane są potrawy zarówno mięsne, jak i wegańskie, wegetariańskie czy bezglutenowe. Niewykorzystane jedzenie trafia do wspólnej lodówki, która okazuje się przydatna zwłaszcza w te dni, kiedy nie ma obiadów w głównej jadalni. Oprócz lodówki wypełnionej jedzeniem z obiadów są jeszcze inne wspólne lodówki – po jednej w każdym domu. Trafiają do nich składniki potrzebne do przygotowywania pozostałych posiłków, a ich zaopatrywaniem zajmuje się ekipa zakupowa. Jeśli mieszkaniec stwierdza, że czegoś w takiej lodówce brakuje, to zapisuje nazwę produktu na karcie potrzeb przyczepionej do drzwi lodówki. Ekipa zakupowa sprawdza każdą kartę przynajmniej raz dziennie, więc zwykle jeszcze tego samego dnia brak jest uzupełniany. Wyjątkiem są sytuacje, gdy mieszkaniec prosi o produkt bardzo drogi – wtedy ekipa zaznacza na karcie, że nie mieści się on w budżecie Ganas, a mieszkańcowi nie pozostaje nic, jak tylko kupić go sobie z własnej kieszeni. Warto podkreślić, że nie istnieje obowiązek, by dzielić się jedzeniem zakupionym za własne pieniądze. W każdym domu stoją bowiem dwie lodówki: oprócz tej wspólnej jest jeszcze druga, przeznaczona na jedzenie „prywatne”. Ekipa zakupowa dostarcza nie tylko produkty żywnościowe, ale też i inne przedmioty potrzebne do codziennego życia. Należą do nich chociażby podstawowe kosmetyki, środki czystości i artykuły papiernicze. Mieszkańcy nie muszą się więc martwić o proszek do prania, zapas papieru do drukarki czy pastę do zębów. Oprócz tego ich czynsz uwzględnia wszelkie media (w tym internet) oraz usługi związane z bieżącą konserwacją budynków oraz utrzymaniem terenów wspólnych. Kto zapewnia te wszystkie usługi? Czy opierają się one wyłącznie na bezpłatnej pracy wszystkich mieszkańców?

Jeden z pokoi prywatnych.

Jeden z pokoi prywatnych.

Ciekawym rozwiązaniem kwestii usług jest podział mieszkańców na pracowników (workers), którzy wykonują odpłatną pracę na rzecz Ganas, oraz płatników (payers), którzy odpłatnej pracy nie wykonują i po prostu płacą pełny czynsz. Podział ten istnieje do pewnego stopnia niezależnie od wspomnianego wcześniej podziału na grupę główną, rozszerzoną grupę główną oraz grupę zwykłych mieszkańców. Choć wszyscy członkowie grupy głównej to pracownicy, to w rozszerzonej grupie głównej oraz w grupie zwykłych mieszkańców znaleźć można zarówno pracowników, jak i płatników. Płatnicy pracują poza wspólnotą, a w Ganas wykonują wyłącznie pracę nieodpłatną w wymiarze kilku godzin w tygodniu. Nieodpłatna praca ma na celu zaangażowanie płatników w codzienne życie osiedla i obejmuje proste prace, które nie wymagają wielkiego wysiłku: drobne porządki, zmywanie naczyń, itp. Płatnicy nie są delegowani do zadań trudniejszych i bardziej czasochłonnych, ponieważ takimi pracami zajmują się pracownicy, którzy otrzymują od Ganas zapłatę. Zapłata idzie na poczet czynszu – pracownicy na część etatu płacą więc odpowiednio mniejszy czynsz, a osoby zatrudnione na pełen etat nie płacą go wcale. Dodatkowo pełnoetatowi pracownicy otrzymują od Ganas kieszonkowe w wysokości około 300 dolarów miesięcznie. Większość mieszkańców to płatnicy, a pracowników jest około dwudziestu. Niektórzy pracownicy zajmują się obsługą bieżącego życia wspólnoty: gotowaniem, sprzątaniem, konserwacją budynków, utrzymaniem terenów wspólnych, zakupami, księgowością itd. Inni pracują w firmach prowadzonych przez Ganas. Jak już wspomniałam, członkowie grupy głównej są właścicielami nie tylko budynków mieszkalnych, ale też i przedsiębiorstw. Obecnie należą do nich trzy sklepy o wspólnej nazwie „Every Thing Goes”. Pierwszy z nich to sklep z używanymi meblami, w drugim sprzedawane są używane ubrania, a trzeci to połączenie księgarni, kafejki internetowej i lokalnego centrum kultury. Dochody ze sklepów trafiają do spółki, której wyłącznymi udziałowcami są członkowie grupy głównej. Pieniądze te przekazywane są następnie na potrzeby Ganas. Co ciekawe, spółka będąca właścicielem sklepów istnieje oddzielnie od spółki, do której należą budynki mieszkalne. Dlaczego tak jest?

Jedno z przedsiębiorstw należących do Ganas (zdj. z Wikipedii).

Księgarnia należąca do Ganas (zdj. z Wikipedii).

Temat finansów Ganas stanowił jedną z głównych kwestii omawianych w trakcie obiadu dla gości, w którym uczestniczyłam w zeszłym miesiącu. Członkowie grupy głównej tłumaczyli mi wtedy, że odrębne spółki istnieją po to, by odpowiednio kształtować zyski i możliwie jak najbardziej obniżać należne podatki – podobno w granicach prawa. Pomimo tych wyjaśnień nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że struktura finansowa Ganas jest wyjątkowo złożona. Nie było to tylko moje wrażenie, ponieważ podzielali je zwykli mieszkańcy, którzy nie zajmują się na co dzień księgowością. Ludzie ci mówili, że nie rozumieją, w jaki dokładnie sposób finansowana jest wspólnota, ale jednocześnie nie ukrywali, że nie mają czasu ani ochoty się tym interesować. Kiedy członkowie grupy głównej zostali zapytani, czy są gotowi wytłumaczyć zwykłym mieszkańcom, na czym polega struktura finansowa Ganas, zapewnili, że tak. Stwierdzili, że każdy mieszkaniec jest mile widziany na spotkaniach poświęconych przychodom i wydatkom wspólnoty, które odbywają się dwa razy w miesiącu. Wszyscy mieszkańcy mogą uczestniczyć nie tylko w dyskusjach na tematy finansowe, ale też w wielu innych spotkaniach dotyczących kwestii organizacyjnych. Najważniejsze z takich spotkań odbywają się pięć razy w tygodniu od 7:45 do 9:45 i służą omawianiu wszelkich problemów, które wiążą się z życiem w Ganas. Jak piszą mieszkańcy na stronie internetowej: „To wtedy dyskutujemy o problemach w firmach i między nami, analizujemy ukryte motywy i strategie obronne, zastanawiamy się, w jaki sposób się porozumiewamy (lub nie) we wszelkich sprawach, które nas dotyczą”. Poranne spotkania są okazją do pracy nad poprawą komunikacji we wspólnocie; wtedy też podejmowane są decyzje w kluczowych kwestiach. Najważniejsze decyzje są zwykle wypracowywane drogą konsensusu, choć czasem dopuszcza się możliwość głosowania. Nieco inaczej rzecz się ma w przypadku bieżących spraw. Decydują o nich zazwyczaj koordynatorzy poszczególnych elementów życia we wspólnocie, przy czym nie podejmują swoich decyzji zupełnie samowolnie – zawsze konsultują je z pozostałymi mieszkańcami. Na stronie Ganas można przeczytać, że: „Praktycznie każdy może być koordynatorem jakiegoś obszaru działania i tym samym mieć prawo do podejmowania decyzji z nim związanych – pod warunkiem, że jest gotowy wziąć za ten obszar odpowiedzialność”.

Mieszkańcy Ganas na spotkaniu w głównej jadalni.

Mieszkańcy Ganas na spotkaniu w głównej jadalni (zdj. z geo.coop).

Odpowiedzialność wydaje mi się jednym z pojęć, które są najistotniejsze dla Ganas. To od stopnia, w którym dany mieszkaniec bierze odpowiedzialność za wspólnotę, zależy, czy zostaje zaliczony do grupy głównej, rozszerzonej grupy głównej czy grupy zwykłych mieszkańców. Największą odpowiedzialność biorą na siebie członkowie grupy głównej, bo to oni są siłą napędową Ganas i właścicielami powiązanych spółek. Nieco mniejsza odpowiedzialność spoczywa na członkach rozszerzonej grupy głównej, którzy mniej lub bardziej regularnie uczestniczą w porannych spotkaniach, a tym samym biorą udział w procesie podejmowania decyzji. Najmniej odpowiedzialności ciąży na zwykłych mieszkańcach – wystarcza, że płacą czynsz i pomagają w drobnych pracach, ale nie muszą się przejmować strukturą finansową wspólnoty ani uczestniczyć w czasochłonnych dyskusjach służących wypracowywaniu konsensusu. Zróżnicowanie stopnia odpowiedzialności wśród mieszkańców stanowi według mnie jeden z dwóch podstawowych kluczy do sukcesu Ganas. Osiedle przyciąga wielu zainteresowanych, ponieważ jest otwarte zarówno dla osób, które chcą się całkowicie poświęcić życiu wspólnotowemu, jak i dla tych, którzy wolą stać z boku i się za mocno nie angażować. Z jednej strony mieszkają tam więc założyciele pierwszego domu, którzy od ponad 30 lat mocno angażują się w pracę na rzecz wspólnoty. Z drugiej zaś strony można wskazać mieszkańców, którzy płacą czynsz, ale praktycznie nie mieszkają w wynajmowanych pokojach, bo większość życia spędzają na podróżach po świecie. Ganas przyjmuje i jednych, i drugich. Jakie są warunki dołączenia do wspólnoty? To nic trudnego. W Ganas może zamieszkać każda osoba, która nie ma problemu z używkami, jest w stanie płacić regularnie czynsz i akceptuje cztery reguły: „1. Zakaz przemocy w stosunku do ludzi lub rzeczy; 2. Zakaz życia na czyjś koszt (każdy jest zobowiązany, żeby wydajnie pracować albo opłacać koszty swojego życia); 3. Zakaz nielegalnej działalności (w tym posiadania nielegalnych środków odurzających); 4. Jeśli ktoś jest niezadowolony ze wspólnoty lub innych mieszkańców, ma obowiązek przedstawić swoją skargę na forum grupy, gdzie można omówić problem i rozwiązać go z udziałem ludzi, których skarga dotyczy”. Czwarty punkt regulaminu pokazuje, jak duży nacisk kładzie się w Ganas na efektywną komunikację. Mieszkańcy cały czas pracują nad tym, by ulepszać metody porozumiewania się w grupie. Tę dbałość o jakość komunikacji uważam za drugi klucz do sukcesu Ganas – obok zróżnicowania stopnia odpowiedzialności, jaką poszczególne osoby ponoszą za wspólnotę.

Gazetka

Gazetka “Energy” wydawana przez mieszkańców Ganas.

W Ganas odbywa się wiele wydarzeń, które służą budowaniu lepszych relacji między mieszkańcami. Oprócz dyskusji w ramach porannych spotkań organizowane są warsztaty dotyczące, na przykład, umiejętności słuchania i przyjmowania krytyki. Wszystkie warsztaty bezpośrednio odnoszą się do problemów zaobserwowanych w Ganas, ponieważ prowadzą je sami mieszkańcy. Członkowie wspólnoty nie widzą potrzeby, by zapraszać mediatorów czy psychologów z zewnątrz – wolą sami wypracowywać takie metody komunikacji, które są możliwie najlepiej dopasowane do ich potrzeb. Kiedy organizują specjalne wydarzenia, to informują o nich na łamach gazetki „Energy”. Gazetka służy integracji wspólnoty – zawiera zaproszenia na warsztaty, imprezy urodzinowe, koncerty odbywające się w księgarni „Every Thing Goes” itp. Jest w niej też miejsce na dłuższe teksty, co oznacza, że każdy mieszkaniec może napisać do niej artykuł, by podzielić się przemyśleniami czy relacją z podróży. Często zdarza się, że mieszkańcy, którzy wyjeżdżają na dłużej, podnajmują swoje pokoje. Dzięki temu Ganas niemal zawsze dysponuje wolnymi pokojami, które udostępnia gościom w cenie 45 dolarów za noc (w co wliczone jest wyżywienie i wszystkie dodatkowe usługi, które przysługują pozostałym mieszkańcom). Jeśli ktoś jest zainteresowany Ganas, ale nie chce zostawać na noc, to może przyjść na piątkowy obiad, w czasie którego mieszkańcy chętnie odpowiadają na wszelkie pytania. Udział w takim obiedzie jest całkowicie bezpłatny – wystarczy zapowiedzieć się mailowo.

Od „Szczęśliwych ludzi” do “Szczęśliwej świni” – o różnych rodzajach mieszkaniowych minimalistów

W 1989 roku Yuri i Tamara Bajkous sprzedali mieszkanie w Petersburgu, by zamieszkać w głębi białoruskiego lasu. Do dziś żyją tam w prostej szopie, bez elektryczności, kanalizacji i bieżącej wody. Z cywilizacją łączy ich tylko radio na baterie i sporadyczne wyprawy na targ w oddalonym o 15 kilometrów mieście. Nie promują swojego stylu życia – nie piszą na ten temat książek, ani nie prowadzą bloga, na którym można by śledzić ich codzienne perypetie. Skąd więc o nich wiem? W zeszłym roku Yuri i Tamara stali się bohaterami „Szczęśliwych ludzi”, krótkometrażowego dokumentu autorstwa Victora Asliuka. Film zdobył pewien rozgłos, kiedy zakwalifikował się do programu konkursowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Cinéma du Réel”. W ten sposób natknęłam się na niego w Paryżu, gdzie miałam okazję obejrzeć wersję z angielskimi napisami. Potem udało mi się wyszukać na Youtubie oryginał bez napisów. Nawet jeśli nie zna się języka białoruskiego, to warto rzucić okiem na pierwsze pięć minut „Szczęśliwych ludzi”. Można dzięki temu przekonać się, w jak skrajnym minimalizmie żyją Yuri i Tamara.

Kiedy oglądałam „Szczęśliwych ludzi”, przez cały czas czekałam na jakiś sygnał, który wskazywałby na ironiczny wydźwięk tytułu. Wcześniej w opisie filmu wyczytałam o bohaterach, że „ich marzenia i oczekiwania szybko zostały skonfrontowane z białoruską rzeczywistością”. Spodziewałam się więc, że reżyser potraktuje Yuriego i Tamarę z dużym dystansem i że summa summarum okażą się oni ludźmi nieszczęśliwymi. Tymczasem okazało się inaczej. Reżyser – wbrew temu, czego się spodziewałam – nie dokonał dekonstrukcji mitu o życiu blisko natury. Nie pokazał swoich bohaterów jako naiwnych mieszczuchów, którzy marzą o spokojnym życiu z dala od cywilizacji, a ostatecznie stają się prymitywnymi nędzarzami pozbawionymi nawet podstawowych wygód. Jacy są więc według niego Yuri i Tamara?

Dom Yuriego i Tamary (zrzut ekranu z Youtube'a).

Dom Yuriego i Tamary Bajkous  (zrzut ekranu z Youtube’a).

Z filmu wynika, że bohaterowie świadomie wybrali minimalistyczny styl życia i równie świadomie się takiego stylu trzymają. Yuri śmieje się, gdy reżyser pyta go, czy jest szczęśliwy. Mówi, że tego rodzaju pytania są dobre dla ludzi w mieście, bo to oni mają aspiracje. To im zależy, żeby mieć nowy dywan czy samochód – jemu natomiast wystarcza myśl, że zdołał przeżyć kolejny dzień. Miastowi wydają się budzić w nim politowanie. Kpi z ich pragnień i zauważa, że przecież nikt nie jest w stanie zabrać do grobu zgromadzonych przedmiotów. Krytykuje z jednej strony materializm, a z drugiej coraz większe lekceważenie, z jakim ludzie odnoszą się do przyrody. Brak śniegu w zimie postrzega jako znak drastycznego zaburzenia naturalnego porządku i zapowiedź apokalipsy, która zmiecie ludzkość z powierzchni ziemi.

Choć film wyraźnie pokazuje, że standard życia Yuriego i Tamary jest bardzo niski, to jednak nie powstaje wrażenie, że bohaterom czegoś do szczęścia brakuje. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że są zadowoleni ze świętego spokoju, który uzyskują dzięki trzymaniu się z dala od cywilizacji. Ich spokój przypomina nawet trochę spokój stoickich mędrców. Podobnie jak to czynili stoicy, Yuri i Tamara wyrzekają się pokus i pragnień, które zaburzają harmonię wewnętrzną. Można więc pomyśleć, że osiągają stan sławionej przez Senekę „beznamiętności”, czyli „apatii”.

Yuri przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube'a).

Yuri Bajkous przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube’a).

Czy jednak rzeczywiście Yuri i Tamara są stoickimi mędrcami i czy warto im zazdrościć prostego życia w białoruskim lesie? Po obejrzeniu „Szczęśliwych ludzi” wysłuchałam rozmowy z reżyserem filmu i dowiedziałam się, że on trochę swoim bohaterom zazdrości. Ja jednak podobnej zazdrości nie odczułam i to nie tylko dlatego, że jestem przywiązana do takich zdobyczy cywilizacyjnych, jak pralka czy internet. Najistotniejsza wydaje mi się kwestia odpowiedzialności społecznej, która sprawia, że Yuri i Tamara nie do końca realizują stoicki ideał życia. Jak pisze Tatarkiewicz w „Historii filozofii”:

Etyka stoików, wbrew odmiennym pozorom, była natury społecznej; ich obojętność dla dóbr nie była obojętnością dla ludzi (…). Każdy człowiek należy do różnych grup, węższych i szerszych, i ma wobec nich obowiązki. Te obowiązki opasują go niby koła koncentryczne coraz szersze, których on jest ośrodkiem. Te koła to własne ciało, krewni, towarzysze, naród. Ostatnie, najszersze koło obejmuje całą ludzkość.

O ile stoicy poczuwają się do odpowiedzialności za innych, to Yuri i Tamara podchodzą do pozostałych ludzi z obojętnością lub (w przypadku miastowych) z lekkim lekceważeniem. Odcinają się od społeczeństwa radykalnie – sami praktycznie niczego od niego nie biorą, ale też nic mu nie dają.

Pomimo że obojętność, z jaką bohaterowie „Szczęśliwych ludzi” traktują ludzkość, nie jest dla mnie specjalnie atrakcyjna, to jednak muszę przyznać, że ich postawa jest uczciwa. Ponieważ sami rezygnują z odpowiedzialności za innych, to nie oczekują, że ktokolwiek poczuje się za nich odpowiedzialnych i nie chcą od innych pomocy. Tym samym reprezentują model minimalizmu, który można opatrzyć kodem „0:0”: zero dawania i zero brania.

Jakie są inne modele minimalizmu? Jak łatwo zgadnąć, ich kody to „0:1” i „1:1”. Model „0:1” jest chyba najwygodniejszy, bo polega na tym, że nic się społeczeństwu nie daje, ale korzysta się z jego pomocy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Dobrym przykładem osoby, która wydaje się żyć według tego modelu, jest John Wells. Ten starszy pan kiedyś pracował jako fotograf w Nowym Jorku, a obecnie mieszka na małej, samowystarczalnej energetycznie farmie pośrodku teksańskiej pustyni. Mieszkanie w dużej odległości od innych ludzkich siedzib nie oznacza w jego przypadku izolacji. Choć Wells chwali się, że żyje z dala od cywilizacji, to chętnie korzysta z internetu i codziennie zamieszcza swoje przemyślenia na blogu zatytułowanym „The Field Lab”. Sprzeczności w myśleniu Wellsa jest więcej. W artykule dla the New York Times twierdzi chociażby, że lubi być sam:

John Wells (zdj. z frugal-living.freeedom.com)

Nie potrafię sobie wyobrazić, że nie mieszkam sam. Nie podoba mi się wizja dostosowywania do kogoś mojego planu dnia. Nie ma dla mnie znaczenia, jakie by się z tym wiązały korzyści.

W tym samym artykule pojawia się jednak anegdota, z której wynika, że Wells nie potrafi zaakceptować konsekwencji, jakie wiążą się z samotnym życiem. Opowiada o pracy przy kontenerach, z których zbudowana jest jego farma:

Kiedy dostarczono kontenery pomyślałem sobie: “Co się stanie, jeśli drzwi się zatrzasną, a ja zostanę uwięziony w środku?” Patrzyłem w górę na kratownice i obawiałem się, że z nich spadnę. Zdałem sobie wtedy sprawę, że kamera internetowa jest środkiem bezpieczeństwa. Ktoś zawsze na mnie patrzy.

Dom Johna Wellsa (zdj. z frugal-living-freedom.com).

Jak widać, Wells nie ma nic przeciwko, żeby obserwowali go inni, kiedy może się okazać, że będzie potrzebował ich pomocy. We wszelkich innych sytuacjach tych samych ludzi traktuje jednak jako zawadę, ograniczenie ukochanej wolności. Wzbrania się przed odpowiedzialnością nie tylko za drugiego człowieka, ale nawet za miejsce, w którym żyje. Mówi, że postanowił przeprowadzić się do Teksasu, ponieważ „była to tak mała inwestycja, że gdyby nie wypaliła, to mógłbym dać sobie z nią spokój”. Jego filozofię życiową można w skrócie opisać jako: minimum zaangażowania, maksimum wolności. Stąd pewnie bierze się upodobanie, z jakim komunikuje się ze światem za pośrednictwem bloga. Dzięki „The Field Lab” ma możliwość, by z jednej strony swobodnie wyrażać siebie, a z drugiej by wchodzić tylko w takie interakcje, które nie obciążają go poczuciem odpowiedzialności za innych ludzi. Może brać od społeczeństwa w miarę potrzeb, a przy tym nie dawać w zamian praktycznie nic poza internetowymi notkami i filmikami, które wydają się służyć bardziej podbudowywaniu ego autora niż dzieleniu się jakąkolwiek wiedzą.

Oczywiście przypadek Wellsa jest skrajny i nie ma podstaw, by twierdzić, że każdy minimalista, który korzysta z internetu, robi to z egoistycznych pobudek. Bardzo często jest wręcz przeciwnie: wielu minimalistów świadomie decyduje, że nie chce odcinać się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ zależy im, by działać dla dobra ogółu. Jednym z nich jest Mark Boyle, autor takich książek, jak „The Moneyless Man” i „The Moneyless Manifesto”. Boyle na poważnie zaangażował się w promocję minimalizmu w roku 2007, kiedy to doszedł do wniosku, że „pieniądze doprowadzają do zaniku więzi między człowiekiem a jego działaniami”. Myśl ta skłoniła go do założenia Freeconomy Community, czyli internetowego serwisu umożliwiającego bezpłatne dzielenie się umiejętnościami i przedmiotami (obecnie działającego pod nazwą Streetbank).

Mark Boyle (zdj. z collaborativeconsumption.com).

Serwis szybko zdobył sporą popularność, a Boyle ciągle pracował nad jego rozwojem. W roku 2008 pojawiła się u niego myśl, by spróbować życia zupełnie bez pieniędzy, a tym samym stanął przed pytaniem: czy powinien odciąć się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ korzystanie z nich pociąga za sobą pewne koszty? Ostatecznie zdecydował, że będzie dalej używać komputera i internetu, by realizować swoje zobowiązania wobec użytkowników Freeconomy Community. Zrezygnował więc z ideologicznej czystości planowanego eksperymentu po to, by być bardziej użytecznym dla innych.

Przyczepa, w której Mark Boyle mieszkał przez ponad 2 lata (zdj. z theguardian.com).

Eksperyment Boyle’a się udał. Przez dwa i pół roku mieszkał bez pieniędzy w przyczepie kempingowej, przy czym korzystał z pewnych dóbr, które nie są darmowe (np. z internetu – opłacanego przez właścicieli farmy, na której pracował). Dzięki temu, że nie odciął się całkowicie od cywilizacji, udało mu zdobyć popularność i przyciągnąć do siebie ludzi zainteresowanych podobnym modelem życia. Z ich pomocą zorganizował wiele bezpłatnych wydarzeń, na przykład Freeconomy Feastival 2009, w ramach którego można było posłuchać koncertów, wziąć udział w różnego rodzaju warsztatach i zjeść trzydaniowy obiad. Z czasem jednorazowe inicjatywy przestały Boylowi wystarczać i pomyślał sobie, że świetnie byłoby uruchomić centrum kulturalno-edukacyjne, gdzie wszystkie atrakcje byłyby dostępne za darmo. Brzmi to jak mrzonka?

Może i projekt Boyle’a wydaje się utopijny, ale wszystko wskazuje na to, że uda się go urzeczywistnić w Galway na zachodzie Irlandii. Serwis permaculture.co.uk obwieścił bowiem niedawno, co następuje: „Mark Boyle stał się współzałożycielem pierwszego pubu bez pieniędzy. The Happy Pig będzie częścią An Teach Saor, czyli małego gospodarstwa permakulturowego opartego na idei gospodarki podarunku. Już niedługo The Happy Pig zacznie oferować darmowe warsztaty, darmową edukację, darmowe zakwaterowanie i, oczywiście, darmowy alkohol”.

Skąd nazwa „The Happy Pig”, czyli „Szczęśliwa świnia”? Z jednej strony jest to nawiązanie do historii budynku (który kiedyś pełnił funkcję chlewa), a z drugiej aluzja do angielskiego powiedzenia „Would you rather be a happy pig or a miserable philosopher?” („Czy wolałbyś być szczęśliwą świnią czy nieszczęśliwym filozofem”). Boyle i pozostali inicjatorzy projektu wolą to pierwsze i dlatego próbują stworzyć „miejsce, gdzie ludzie mogą się rozwijać, budować więzi społeczne, a także dzielić się zarówno praktycznymi umiejętnościami, które pomagają żyć w zdrowszej relacji do całego świata, jak i ideami, które leżą u podstaw takich transformacyjnych zmian. Ma to być miejsce, gdzie wszyscy możemy odkrywać w sobie szczęśliwe świnie”.

Tak wygląda obecnie The Happy Pig (zdj. z permaculture.co.uk).

Z informacji dostępnych w internecie wynika, że projekt jest już na ukończeniu. Kiedy patrzy się na zdjęcie niemal gotowego budynku, trudno nie zadać sobie pytania o to, w jaki sposób Boyle przeszedł od utopijnej wizji do namacalnych efektów. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu było z jednej strony jego ogromne zaangażowanie, a z drugiej otwartość na współpracę z innymi. Boyle nie tylko przeznaczył na The Happy Pig wszystkie dochody ze swoich książek, ale też przyciągnął do projektu wiele innych osób. Z pomocą wolontariuszy zdołał wyremontować chlew, a dzięki kampanii crowdfundingowej zebrał pieniądze na instalacje i wyposażenie wnętrza przyszłego centrum darmowej edukacji i kultury. Nowoczesne środki komunikacji posłużyły mu więc do realizacji celu, który ma przynieść korzyści całej społeczności.

Inaczej niż to było w przypadku bohaterów „Szczęśliwych ludzi” i Johna Wellsa, Boyle nie tylko nie odciął się od całkowicie od cywilizacji, ale wykorzystał jej zdobycze do wytwarzania społecznego dobra. Tym samym stał się wzorcowym realizatorem idei minimalizmu „1:1” – minimalizmu, w którym człowiek pozbywa się niepotrzebnych przedmiotów, ale nie odcina się od społeczeństwa i nie wyzbywa się odpowiedzialności za dobro innych.

Czy polski urzędnik dałby pieniądze na wystawę o hotelach pasożytach? (na marginesie paryskiej wystawy „Mobile Homes”)

Kiedy spacerowałam w zeszłym tygodniu po Paryżu, świat obiegła informacja o alarmującym poziomie zanieczyszczenia powietrza we francuskiej stolicy. Setki dziennikarzy opublikowało teksty, z których wynikało, że Paryż to obecnie najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie, a jakość powietrza jest tam gorsza niż w Pekinie czy Szanghaju. Była to dla mnie zaskakująca nowina, ponieważ miałam wrażenie, że w Paryżu oddycha się mimo wszystko lepiej niż w polskich miastach. Paryski smog wydawał mi się mocno wyolbrzymionym problemem zwłaszcza wieczorami, kiedy myłam twarz po wielogodzinnych spacerach. Nigdy nie dostrzegłam na sobie szarawej warstwy pyłu, jaka jest coraz częstszą pamiątką po moich spacerach ulicami Wrocławia. „Może jednak nie powinnam polegać wyłącznie na teście białego wacika do mycia twarzy?” – pomyślałam i postanowiłam nie zawierzać wyłącznie subiektywnym odczuciom dotyczącym poziomu zanieczyszczeń.

Tak podobno wyglądał Paryż kilka dni temu, choć zupełnie nie przypominam sobie podobnego smogu (zdj. z onet.pl).

Zaczęłam szukać danych, które pozwalałyby porównać jakość powietrza w Paryżu i w największych polskich miastach. Najpierw sięgnęłam do raportów, na których opierali się dziennikarze piszący o Paryżu jako o „najbardziej zanieczyszczonym mieście świata”. Okazało się, że raporty te sporządza firma Plume Labs i że dotyczą one bardzo wąskiego wycinka naszej planety, a mianowicie 60 największych miast w Europie Zachodniej i Południowej, Azji Południowej oraz Ameryce Północnej. Analitycy Plume Labs nie zajmują się w ogóle Europą Środkową, Rosją czy Kaukazem – z ich opracowań nie dowiedziałam się więc, czy Paryż jest bardziej zanieczyszczony od polskich miast. Dane pozwalające porównać jakość powietrza we Francji i Polsce udało mi się znaleźć dopiero w raporcie WHO, który zawiera informacje o stężeniu pyłu zawieszonego (PM10) w powietrzu ponad tysiąca miast na całym świecie. Wyczytałam z niego, że jakość powietrza w Paryżu jest równie marna jak w Polsce, bo o ile norma stężenia pyłu zawieszonego wynosi 20 μg/m3 w skali roku, to w Paryżu stężenie tego pyłu sięga 38 μg/m3, a w polskich miastach, co następuje: Wrocław – 35 μg/m3, Warszawa – 32 μg/m3, Kraków – aż 64 μg/m3.

Smog w Krakowie (zdj. z brudnykrakow.wordpress.com).

Choć zanieczyszczenie powietrza w polskich miastach i Paryżu wydaje się podobne, to jednak całkowicie różne są reakcje władz miejskich na problem smogu. W Polsce samorządy podchodzą do tej kwestii „z pewną taką nieśmiałością” i nie podejmują żadnych radykalnych działań, które miałyby służyć poprawie sytuacji (co jasno wynika chociażby z ostatniego raportu NIK-u poświęconego ochronie powietrza). Tymczasem w stolicy Francji odważnych pomysłów nie brakuje, czego najlepszym dowodem są rozwiązania, które władze miasta wprowadziły w życie w kilka dni po publikacji raportu Plume Labs. Kiedy Paryż otrzymał łatkę najbardziej zanieczyszczonego miasta świata, władze szybko podjęły decyzję o tymczasowej likwidacji opłat za transport miejski i parkingi – wszystko po to, by więcej ludzi przesiadło się z samochodów do autobusów i metra.

Co ciekawe, radykalne rozwiązania służące ochronie powietrza dotyczą we Francji nie tylko transportu miejskiego, ale i budownictwa. Zaledwie kilka dni temu francuski parlament uchwalił prawo, zgodnie z którym wszystkie nowe budynki w strefach handlowych będą musiały mieć dachy przynajmniej częściowo pokryte roślinnością lub panelami słonecznymi.  Jeśli na dachach znajdą się rośliny, to budynki będą mieć lepszą izolację termiczną i potrzeba będzie mniej energii, aby je ogrzać. Elektrownie konwencjonalne będą produkować mniej energii, a tym samym będą wytwarzać mniej zanieczyszczeń. Podobny efekt przyniesie położenie na dachach paneli słonecznych – ponieważ panele zapewnią tzw. czystą energię, zmniejszy się ilość energii i zanieczyszczeń pochodzących z elektrowni konwencjonalnych. W rezultacie powietrze stanie się czystsze zarówno w Paryżu, jak i w całej Francji (warto bowiem podkreślić, że nowe prawo ma zasięg ogólnokrajowy).

Francuscy politycy nie unikają refleksji nad wyzwaniami, które stoją przed architekturą w kontekście problemu zanieczyszczenia środowiska. Architektura jest tematem przewodnim licznych wydarzeń towarzyszących szczytowi klimatycznemu ONZ, który odbędzie się w Paryżu pod koniec 2015 roku. Na jedno z takich wydarzeń natknęłam się przypadkiem, kiedy wałęsałam się po mieście. Próbowałam znaleźć stację metra i tak dotarłam na Berges de Seine, czyli promenadę utworzoną w miejsce dawnej drogi szybkiego ruchu. Od 2013 roku Berges de Seine działa jako darmowe centrum kultury i rekreacji, a z okazji szczytu klimatycznego władze Paryża zorganizowały tam wystawę „Mobile Homes” („Domy mobilne”).

Promenada Berges de Seines (zdj. z feelslikehomeinparis.com).

Opis wystawy brzmi całkiem poważnie: „Od lutego na Berges de Seine można oglądać grupę obiektów tymczasowych. Wystawa została zorganizowana w związku z paryskim szczytem klimatycznym COP21. Prototypy mieszkań modułowych zostały stworzone przez młodych projektantów i służą zakwestionowaniu wyobrażenia o życiu w mieście za pomocą kształtów, materiałów i zastosowań prezentowanych obiektów. Wystawa odnosi się do kwestii mieszkalnictwa związanych z COP21, a także proponuje nowe sposoby mieszkania i przemieszczania się w mieście, które to propozycje łączą w sobie humor, sztukę i architekturę”.

IMG_1136

Choć kuratorzy obiecują humor, to jednak odwiedzający nie spodziewa się rozrywkowych treści –  w końcu to wystawa zorganizowana przez miasto z okazji ważnego politycznego wydarzenia. Tym bardziej intryguje więc zdjęcie reklamujące „Mobile homes”. Wystarczy odejść kilka kroków od planszy z opisem, by przekonać się, że fotografia przedstawia część ekspozycji: dom mobilny Room Room.

IMG_1140

Room Room

Room Room został stworzony z myślą o osobach, które utraciły tradycyjne domy w wyniku klęsk żywiołowych, a także o wszystkich, którzy chcą się swobodnie przemieszczać. Autorzy projektu dołożyli starań, by zaprojektować dom „lekki, solidny, dobrze ocieplony, ergonomiczny i tani”, ponieważ zależało im, by „wprawiać w ruch ludzi, a w efekcie wywoływać ruch myśli”. Pomimo że taki opis brzmi nieco pompatycznie, to jednak sam projekt nie wydaje się przesadnie poważny (pewnie w dużym stopniu za sprawą kolorystyki).

Mało poważne są też pozostałe domy mobilne pokazywane na wystawie. Świadczą o tym już same ich nazwy, chociażby Vingt Mille Lieues sous la Seine (20 tysięcy mil podróży pod Sekwaną) czy Hotel Parasite (Hotel Pasożyt).

IMG_1142

Vingt Mille Lieues sous la Seine

Projekt Vingt Mille Lieues sous la Seine nawiązuje swą nazwą do znanej książki Juliusza Verne’a „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. Podobnie jak w przypadku Room Room jest to mobilny dom, który ma z jednej strony stanowić schronienie w przypadku klęski żywiołowej, np. powodzi, a z drugiej – ma wyobrażać  fantastyczną podróż w nieznane.

Nieco inne kwestie podejmują autorzy projektu Hotel Parasite, który jest mobilnym, jednopokojowym hotelem.

paris-13-1100x729

Hotel Parasite (zdj. z snodevormgevers.nl/).

Hotel Parasite zwraca uwagę na problem statyczności paryskiej architektury, która w ciągu ostatnich 150 lat nie uległa znaczącym zmianom. Względna niezmienność architektury wydaje się nie przystawać do dynamicznego wzrostu liczby mieszkańców Paryża. Autorzy próbują więc uleczyć miasto kuracją z obiektów pasożytów. Mobilne konstrukcje, takie jak Hotel Parasite, mają stanowić źródło dodatkowej przestrzeni, a także mają ożywiać miejsca, które są już od dawna zabudowane, przez co nie można dodawać do nich żadnych nowych pełnowymiarowych i trwałych budynków.

Kiedy przechadzałam się po wystawie, zastanawiałam się, co by powiedzieli polscy urzędnicy, gdyby ktoś zaproponował im sfinansowanie wystawy o hotelach pasożytach. Wyobraziłam sobie, jak pukają się w czoło, bo poczucie humoru na oficjalnych wystawach nie jest w naszym kraju zbyt mile widziane.

Przypomniało mi się też, że nie tak dawno gospodarzem szczytu klimatycznego ONZ była Warszawa. Jakie ciekawe wydarzenia kulturalne przygotowały z tej okazji władze naszej stolicy? Po powrocie do Polski zaczęłam szukać informacji na ten temat i trafiłam na plakaty reklamujące najważniejszą wystawę towarzyszącą warszawskiemu szczytowi klimatycznemu.

efektywnosc_energetyczna Choć zauważyłam, że polska wystawa miała na celu bardziej edukację niż pokazywanie ciekawych projektów z pogranicza sztuki i architektury, to jednak mimowolnie zaczęłam wątpić w otwartość polskich urzędników nie tylko na pomysły z nutą humoru, ale w ogóle na wszelkie pomysły, które są nieco mniej oczywiste niż promowanie żarówek energooszczędnych.

„Może jednak gdzieś w Polsce doszukam się oryginalnych projektów kulturalnych, które dotyczą mieszkalnictwa i są finansowane przez władze miejskie?” – postanowiłam nie tracić nadziei i pocieszyłam się myślą, że na pewno Wrocław przygotowuje coś godnego uwagi, skoro już niedługo ma się stać Europejską Stolicą Kultury. Nie musiałam długo szukać informacji, bo akurat na oficjalnej stronie miasta pojawił się artykuł zapowiadający „6 wystaw architektury ESK 2016 Wrocław”. Czy którakolwiek z planowanych wystaw ma w interesujący sposób poruszać współczesne problemy związane z mieszkalnictwem? Niestety nie, bo najwidoczniej tego rodzaju problemy (podobnie jak problemy związane z zanieczyszczeniem powietrza) nie wymagają w Polsce większej uwagi.

„Kątem u siebie” – Stanisław Barańczak o zadomowieniu i wyobcowaniu

1501-bar-oklGdyby wszystkie książki świata miały ulec zniszczeniu i można by ocalić tylko jedną, jaką książkę byś wybrał? Lubię zadawać to pytanie od czasu, gdy, dziecięciem będąc, obejrzałam „Fahrenheit 451”, film o strażaku ratującym papierowe książki w świecie, w którym istnieje nakaz ich palenia. Kiedy pytam o książkę wartą ocalenia, ciekawi mnie oczywiście to, jaka książka ma największe znaczenie w życiu danej osoby. Dla mnie taką książką już od lat są „Wiersze zebrane” zmarłego wczoraj Stanisława Barańczaka. Tom ten towarzyszy mi wszędzie – pamiętam, że, jak nic innego, pomógł mi poradzić sobie z poczuciem wyobcowania w czasie pierwszej podróży do USA, kiedy to przez dwa miesiące w kółko czytałam wiersz „Small talk” („Jak Się Masz, Mam Się Dobrze, kto mówi, że nie ma/ mowy o jakiejkolwiek rozmowie między nami…”).

Barańczak o wyobcowaniu pisał wielokrotnie, nie tylko w wierszach stworzonych na emigracji w Stanach, ale także w tych powstałych wcześniej, to jest w czasach, gdy mieszkał na PRL-owskim osiedlu z wielkiej płyty. Mieszkanie w bloku stało się dla Barańczaka inspiracją do napisania dziesięciu utworów, które złożyły się na cykl o wiele mówiącym tytule: „Kątem u siebie. Wiersze mieszkalne”. W tekstach tych Barańczak skupił się na pytaniach, które warto sobie zadać, jeśli chce się „mieszkać inaczej”. „Co to znaczy mieszkać? Jaki jest stosunek między zadomowieniem a wyobcowaniem?”

Barańczak podjął te pytania w typowy dla siebie sposób: wychodząc od konkretnych sytuacji i miejsc w stronę refleksji o charakterze egzystencjalnym i metafizycznym. Przedstawił człowieka z jednej strony jako lokatora ciasnego M, z drugiej zaś jako mieszkańca własnej skóry i całego świata. Zasugerował przy tym, że wielość przestrzeni, które zamieszkujemy, nie przekłada się na zwiększone poczucie zadomowienia. Nigdzie nie możemy poczuć się „jak w domu”: ani w naszych mieszkaniach, ani, tym bardziej, w naszych ciałach czy w świecie. W wierszu „Mieszkać” czytamy:

Mieszkać kątem u siebie (cztery kąty a
szpieg piąty, sufit, z góry przejrzy moje
sny), we własnych czterech
cienkich ścianach (każda z nich pusta,
a podłoga szósta oddolnie napiętnuje
każdy mój krok), na własnych śmieciach,
do własnej śmierci (masz jamę w betonie,
więc pomyśl o siódmym,
o zgonie,
ósmy cudzie świata, człowieku)

Zawsze uśmiecham się pod nosem, kiedy czytam pierwszy wers, bo przywodzi mi na myśl magazyn wnętrzarski „Cztery kąty”. Magazyn nieistniejący w czasach Barańczaka, ale stanowiący chyba esencję tego, co zostało skrytykowane w „Mieszkać”. „Cztery Kąty”, jak każde czasopismo poświęcone urządzaniu mieszkania, propaguje przekonanie, że można zadomowić się we wnętrzu poprzez kupowanie ładnych przedmiotów. Tymczasem w wierszu Barańczaka optymistyczna wiara w zadomowienie się poprzez posiadanie zostaje potraktowana ironicznie. Wizja mieszkania „na własnych śmieciach,/ do własnej śmierci” to nic przyjemnego, bo uświadamia nam, że nie jesteśmy wszechwładnymi panami tego, co jest jest nasze, „własne”. To, co posiadamy, posiada nas – mieszkanie jest więc nie tylko schronieniem, ale też i pułapką, o czym świadczą fragmenty, takie jak: „szpieg piąty, sufit, z góry przejrzy moje/ sny” czy „podłoga szósta oddolnie napiętnuje/ każdy mój krok”. Tę dwoistość mieszkania jako schronienia i pułapki uwypuklają cudowna metafora „jama w betonie”, a także kilkakrotnie zastosowane nawiasy, które z jednej strony są symbolem ograniczenia, a z drugiej przypominają swoim kształtem bezpieczną, obłą przestrzeń w rodzaju kołyski lub jamy.

Nie dość, że poczucie bezpieczeństwa przychodzi za cenę ograniczenia wolności, to jeszcze nigdy nie jest pełne. Barańczak pisze wprost o „własnej śmierci” i „zgonie”, których perspektywa sprawia, że w żadnej przestrzeni nie możemy się poczuć jak u siebie. Pozostaje nam więc „mieszkać kątem”, nie zapominając, że jesteśmy tymczasowymi lokatorami naszych mieszkań, ciał i świata. Ta tymczasowość zostaje podkreślona w wierszu „Jeżeli porcelana to wyłącznie taka”:

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Wiersz ten brzmi trochę jak manifest współczesnych minimalistów, którzy starają się maksymalnie ograniczać ilość posiadanych przedmiotów i rzeczywiście mogą powiedzieć: „Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce”. Oczywiście jednak trzeba pamiętać, że Barańczak nie napisał „Porcelany”, by krytykować rozbuchany konsumpcjonizm – problem, który w czasach PRL-u nie był, delikatnie rzecz ujmując, szczególnie palący. „Porcelana” to przede wszystkim wiersz metafizyczny. Przypomina, że czeka nas nieuchronna przeprowadzka na inny „świat” i przestrzega przed przyzwyczajaniem się do rzeczywistości, w której obecnie żyjemy. Nic nie jest na zawsze, a my nawet nie kontrolujemy terminów naszych przeprowadzek. Musimy wyruszać w drogę, „gdy nadejdzie czas”.

Z wierszy Barańczaka wynika, że w naszych przeprowadzkach jesteśmy podporządkowani kalendarzowi, który układa ktoś inny. Kim jest ten ktoś? Barańczak nie pisze wprost o Bogu, ale wspomina, że istnieje jakiś „On”, którego porównuje w wierszu „Czas skończyć z takimi” do niesolidnego fachowca ze spółdzielni. Za takie właśnie koncepty uwielbiam jego poezję. Kto inny wpadłby na pomysł, żeby narzekanie na nienaprawione usterki w mieszkaniu uczynić punktem wyjścia do rozważań metafizycznych?

Czas skończyć z takimi
Praktykami – skarży się lokator
Własnościowego życia – czekam co dzień,
A On nie raczy się zjawić,
Fachowiec od siedmiu boleści; wszystko paczy się, pęka, psuje,
A On nie przyjdzie, chociaż sam zawinił
W swoim czasie
Wszystkie możliwe usterki;
Zapytuję, jak długo można się modlić na klęczkach,
Chodzi w końcu o zwykłą
Rzetelność; na początku było słowo
Honoru, że przyjdzie i naprawi,
A teraz tylko domaganie się kolejnych zaliczek;

I jak On chce, żebym w Niego wierzył,
Ten niesolidny rzemieślnik
Bujający w obłokach;

Czas skończyć z takim spoglądaniem z góry
Na człowieka;

Czy On sobie wyobraża, że jest moim Panem?

Barańczak znów podkreśla tymczasowość ludzkiej egzystencji, pisząc, że człowiek to „lokator własnościowego życia”. Z jego wiersza wynika, że pełne zadomowienie się jest niemożliwe, ponieważ jesteśmy mieszkańcami świata przez ograniczony czas, a poza tym nie cierpimy na nadmiar wygód. Patrzymy, jak „wszystko paczy się, pęka, psuje”, ale nie mamy na to wpływu i możemy co najwyżej wyrzekać na fachowca „od siedmiu boleści”. Świat z wiersza nijak się więc ma do świata kreowanego przez kolorowe magazyny, które sugerują nam, że wystarczy wziąć życie we własne ręce, by je naprawić. Barańczak nie mydli nam oczu wiarą w ludzką wszechmoc i jasno pokazuje, że nie nad wszystkim jesteśmy w stanie zapanować. Ponieważ świat nie jest nam w pełni poddany, pozostajemy w nim do pewnego stopnia wyobcowani.

Wraz z odejściem Barańczaka trudno nie poczuć się jeszcze bardziej wyobcowanym niż zwykle. Spółdzielnia „Świat” straciła jednego ze swoich najlepszych lokatorów. Na szczęście jest jeszcze spółdzielnia „Literatura”, w której Barańczak ciągle mieszka i, dla mnie, będzie mieszkał już zawsze.

R.I.P.