Tag Archives: alternatywne osiedla

Gdzie znaleźć informacje o polskich wspólnotach, które mieszkają inaczej?

Kiedy zaczęłam pracować nad artykułem o cohousingu w Polsce (który ma się ukazać na łamach „Wytwórców” w najbliższych tygodniach), pojawił się pomysł, żeby stworzyć mapę polskich cohousingów. Pomysł ten jednak umarł, zanim się na dobre narodził, ponieważ okazało się, że nie ma w Polsce ani jednej grupy, którą można by uznać za cohousing.

Czym bowiem jest cohousing? To osiedle, gdzie oprócz mieszkań lub domów przeznaczonych dla poszczególnych rodzin, istnieje przestrzeń wspólna, która umożliwia mieszkańcom regularne spotkania. Może być to wspólny ogród, dom wspólnoty itp. Rozwiązania architektoniczne są różne, ponieważ cohousing stanowi inicjatywę oddolną, a jego mieszkańcy biorą udział w pracach nad projektem osiedla. Kiedy budynki i przestrzeń wspólna są już gotowe, współpraca między mieszkańcami wcale się nie kończy. Przechodzą oni do etapu wspólnego zarządzania wybudowanym osiedlem, a celem, którym im przyświeca, jest mieszkanie w przyjaznym i bezpiecznym sąsiedztwie. Ponieważ mieszkańcy chcą być dla siebie po prostu dobrymi sąsiadami, nie stawiają sobie nawzajem wymagań związanych z prowadzeniem określonego stylu życia czy przynależnością do określonej religii czy grupy politycznej. Istotą cohousingu jest otwartość na różnorodność – dlatego właśnie nie można wskazać jednej głębszej „ideologii”, która łączy wszystkich jego mieszkańców.

Mapa cohousingów w Polsce ;).

Mapa cohousingów w Polsce (jak łatwo się domyślić, mojego autorstwa ;).

Co w sytuacji, gdy mieszkańców jakaś „ideologia” łączy? Nie mamy wówczas do czynienia z cohousingiem, ale ze wspólnotą intencjonalną, czyli grupą ludzi, którzy mieszkają razem, ponieważ z jednej strony zależy im na życiu w przyjaznym sąsiedztwie, a z drugiej – chcą realizować dodatkowe cele, na przykład wyznawać wspólnie jakąś religię czy prowadzić razem ekologiczne gospodarstwo rolne. Takich wspólnot jest w Polsce przynajmniej kilkanaście. Mamy już w naszym kraju ekowioski, czyli wspólnoty, których mieszkańcy chcą żyć w zgodzie z naturą i organizują swoje osiedla w taki sposób, by miały one jak najmniejszy wpływ na środowisko (na przykład poprzez stosowanie alternatywnych źródeł energii i permakultury). Oprócz tego stosunkowo popularne są w Polsce colivingi, to jest domy zamieszkiwane wspólnie przez osoby, które łączy ta sama religia, hobby czy przynależność do jednego ruchu społecznego. Choć wspólnoty intencjonalne są w naszym kraju znacznie liczniej reprezentowane niż cohousingi, to mówi się o nich stosunkowo niewiele. Trudno też znaleźć wiarygodne i aktualne informacje na ich temat. Gdzie ich szukać?

Chyba najbardziej uporządkowany zbiór danych można znaleźć w książce Eurotopia. Living in community. Directory of communities and ecovillages in Europe, która ukazała się w zeszłym roku dzięki pracy mieszkańców niemieckiej ekowioski Sieben Linden. Książka stanowi zestawienie 429 wspólnot intencjonalnych z całej Europy, w tym z Polski. Dla każdego kraju sporządzona jest mapka, dzięki której łatwo się zorientować w położeniu poszczególnych wspólnot. Na mapce Polski zaznaczonych jest siedem wspólnot: ekoosada Bardo, ekowioska Barkowo, ekowioska Bhrugu Aranya, Bushcraft Berlin & Biber Camp Bronków, społeczność L.A.S., Przysiółek Mącze i Realearth.

mapa polski

Mapa polskich wspólnot intencjonalnych (skan z „Eurotopii”).

Każda wspólnota z mapki ma oddzielny opis, w którym – oprócz danych kontaktowych – można znaleźć informacje o:

  • dacie powstania;
  • stopniu, w którym wspólnota jest samowystarczalna żywieniowo (symbol: chłopek z taczką);
  • liczbie mieszkańców;
  • językach, które znają mieszkańcy;
  • liczbie mieszkańców, którzy pracują w obrębie wspólnoty na co dzień (symbol: młotek);
  • sposobie podejmowania decyzji;
  • sposobie finansowania wspólnoty;
  • formie własności (symbol: klucz);
  • głównych obszarach działania (symbol: biała dłoń na czarnym tle);
  • słowach-kluczach istotnych dla wspólnoty;
  • możliwości dołączenia do wspólnoty (jeśli taka istnieje, to opisowi towarzyszy symbol uśmiechniętej buźki);
  • możliwości odwiedzenia wspólnoty jako wolontariusz (jeśli taka istnieje, to opisowi towarzyszy symbol dwóch czarnych dłoni).
bardo osada

Opis polskiej ekoosady Bardo (skan z „Eurotopii”).

Jak widać na przykładzie opisu ekoosady Bardo, „Eurotopia” oferuje sporo nieźle uporządkowanych informacji, ale nie zawsze są to informacje konkretne. Nie do końca chociażby wiadomo, jaka jest struktura własności wspólnoty (z określenia „property”, czyli „własność”, niewiele wynika), ani dlaczego jednym ze słów-kluczy Barda jest „humour”, czyli „humor”. Brak też szczegółowych informacji o sposobie, w jaki osada osiąga wysoki (bo 50-procentowy) stopień samowystarczalności żywieniowej. Opis jest na tyle ogólnikowy, że raczej podsyca ciekawość niż ją zaspokaja. Na szczęście do opisu dołączone są dane kontaktowe, dzięki czemu zainteresowany czytelnik może drążyć temat dalej – odwiedzić stronę internetową wspólnoty, wysłać maila lub zadzwonić do jej mieszkańców.

Powodem, dla którego informacje zamieszczone w „Eurotopii” są często bardzo ogólnikowe, jest sposób, w jaki je zebrano. Książka powstała na podstawie ankiet, które zostały rozesłane do poszczególnych wspólnot. Ich mieszkańcy mieli swobodę w decydowaniu, na które pytania chcą odpowiadać, a ich odpowiedzi nie były weryfikowane przez żadne osoby trzecie. Autorzy nie mieli funduszy ani fizycznej możliwości, żeby odwiedzić każdą z ponad 400 wspólnot opisanych w książce, przez co nie pozostało im nic innego, jak tylko optymistycznie założyć, że informacje z odesłanych ankiet są trafne i aktualne. Trudno powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest i czy dane dotyczące polskich wspólnot odzwierciedlają rzeczywistość. Zastanawia chociażby, w jaki sposób mieszkańcy wyliczyli stopień swojej niezależności żywieniowej…

Summa summarum, fragment „Eurotopii” poświęcony polskim wspólnotom pozostawia czytelnikowi poczucie niedosytu. Po jego lekturze nie sposób nie zadać sobie pytania: „Czy nie ma lepszego źródła informacji o polskich wspólnotach? Czy nie istnieje dokładniejsze zestawienie sporządzone przez Polaków w języku polskim?”

Niestety takie zestawienie na razie nie istnieje, a anglojęzyczna „Eurotopia” jest ciągle najlepiej opracowaną bazą informacji o wspólnotach intencjonalnych, które istnieją w naszym kraju. W polskim internecie można znaleźć kilka stron poświęconych wspólnotom intencjonalnym, ale żadna nie zawiera uporządkowanego i sprawdzonego zestawu danych.

Stosunkowo najbardziej podobna do bazy z „Eurotopii” jest baza zamieszczona na polskim portalu COHOTO, który oferuje narzędzia pomagające „organizować i zarządzać działaniami takich grup jak: „wspólnoty mieszkaniowe (mieszkania, domy, akademiki, osady); grupy tematyczne (hobbystyczne), grupy edukacyjne (muzyczne, językowe), grupy coworkingowe (kluby, zespoły, stowarzyszenia), kooperatywy spożywców itp.” (więcej informacji o narzędziach oferowanych bezpłatnie przez twórców portalu można znaleźć w zakładce „Co to COHOTO”). Grupy, które korzystają z portalu, uwzględnione są na liście grup, ale same decydują, jak szczegółowe informacje chcą udostępniać publicznie. Jeśli zależy im na zachowaniu prywatności, to nie muszą podawać miejscowości, w której się znajdują, zamieszczać opisu swoich działań, ani nawet określać, jakiego rodzaju grupę dokładnie stanowią. W rezultacie czasem trudno stwierdzić, czy konkretna grupa jest wspólnotą intencjonalną, czy może tworzą ją ludzie, którzy nie mieszkają razem, a tylko spotykają się w ramach jakiegoś stowarzyszenia czy klubu zainteresowań. Dane podawane przez członków poszczególnych grup nie podlegają weryfikacji, przez co nie wiadomo, na ile odzwierciedlają stan rzeczywisty. Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany daną grupą, to może spróbować się z nią skontaktować i uzyskać więcej informacji – portal ułatwia nawiązywanie kontaktu, ponieważ do profilu każdej grupy dołączony jest przycisk „wyślij wiadomość do grupy”.

dwie lampy

Profil colivingu Dwie Lampy na portalu COHOTO (zrzut ekranu z cohoto.net).

Jak na razie COHOTO wydaje się najlepszym źródłem informacji o polskich colivingach, czyli domach dzielonych przez osoby o podobnych zainteresowaniach, stylu życia itp. Colivingi nie są w ogóle uwzględnione w „Eurotopii”, tymczasem na COHOTO można znaleźć wzmianki o takich polskich domach, jak wrocławskie Dwie Lampy czy Muzyczarnia.

Jeśli natomiast chodzi o polskie ekowioski, to – oprócz „Eurotopii” – można polecić następujące polskie strony internetowe:

ekoosada.pl – w dziale „Linkownia” zamieszczono kilka odnośników do stron poszczególnych ekowiosek;

polska podstrona Globalnej Sieci Ekowiosek – można tam znaleźć mapę ekowiosek w Europie, ale zaznaczone są niej tylko dwie ekowioski z Polski;

dobraidea.pl – jest tam kilka ciekawych tekstów na temat ekowiosek w Polsce, przy czym najnowszy tekst pochodzi z roku 2012;

– profil na Facebooku o nazwie „Ekowioski, Ekoosady, Alternatywne Społeczności” – chyba jest to obecnie najlepsze źródło informacji o bieżących wydarzeniach związanych z polskimi ekowioskami.

Niestety ciągle brakuje w miarę kompletnej bazy danych o polskich wspólnotach, które mieszkają inaczej – bazy ze sprawdzonymi informacjami o ekowioskach i colivingach, a w przyszłości także o cohousingach (bo wierzę, że te się wreszcie w naszym kraju pojawią). Tym bardziej więc ściskam kciuki za projekt Stowarzyszenia FREEDOM, którego celem jest stworzenie bazy polskich alternatywnych społeczności oraz opublikowanie jej w internecie. Baza ma powstać na podstawie odwiedzin w poszczególnych wspólnotach, co pozwala przypuszczać, że znajdą się w niej informacje bardziej konkretne i wiarygodne niż te, które zamieszczone są chociażby w „Eurotopii”. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej o tym projekcie, to polecam zajrzeć na Facebooka na profil „Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Freedom”.

freedom

Informacje o projekcie Stowarzyszenia FREEDOM (zrzut ekranu z Facebooka).

Advertisements

Wolność, równość, siostrzeństwo? Dziwne losy Domu Bab-Jag w podparyskim Montreuil

W 2009 roku trafia mi w ręce artykuł „Jesień feministki”, portret Therese Clerc, jednej z liderek francuskiego ruchu feministycznego. Therese jest w nim przedstawiona jako energiczna osiemdziesięciolatka i liderka lokalnej społeczności. Widać, że autorka tekstu jest zachwycona swoją bohaterką, opisuje ją bowiem jako „królową”:

Tego wieczoru, jak zwykle, królowała w swoim Domu Kobiet w Montreuil. Wokół niej wirował mały tłum młodych Arabek, Mulatek i Azjatek. Niektóre z dziećmi, inne przyszły same. Ona w bluzce z dekoltem, siwe włosy spięte w kok, bystre spojrzenie. Egzotyczna kolia na nagiej szyi. Nic z kruchości babci czy z dystynkcji starszej damy. Pełna życia i ciepła. Nic nie umyka jej uwadze, każdego wita od progu. – Jak się masz, sarenko? – woła do Marokanki. – Mówiłam ci, nie zadawaj się z nim, ale mnie nie posłuchałaś – mówi przez telefon. Garną się do niej młode. – Kiedy jej nie ma – mówią – jest tu nudno.

Therese Clerc (zdj. z wysokieobcasy.pl).

Z artykułu dowiaduję się, że Dom Kobiet to feministyczne centrum kultury i pomocy prawnej, które powstaje z inicjatywy Therese w roku 1999. W miarę jak centrum staje się stałym elementem krajobrazu podparyskiego Montreuil, inicjatorka projektu dochodzi do wniosku, że czas na nowe wyzwanie. Postanawia stworzyć  dom mieszkalny dla starszych kobiet. Nie nazywa go cohousingiem, ale nietrudno zauważyć podobieństwa między jej pomysłem a zasadami, na których opierają się cohousingi senioralne:

Zakłada dom starości, jakiego jeszcze nie było. Wszystko, tylko nie spokojnej. – Nasz dom będzie samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny – mówi. Chce w nim zamieszkać już w 2009 r. Taka komuna dziarskich staruszek. Wiek od 70 do 90 lat. 

Projekt Therese wydaje mi się na tyle ciekawy, że zaczynam śledzić dalsze jego losy. Co pewien czas wpisuję w wyszukiwarce nazwę planowanego domu: „La Maison des Babayagas”, czyli „Dom Bab-Jag”. Najważniejsza wiadomość pojawia się w roku 2012 – wtedy kończy się budowa domu i wprowadzają się do niego pierwsze mieszkanki. Wygląda na to, że projekt jest sukcesem, ponieważ kobiety należące do Stowarzyszenia Bab-Jag nie osiadają na laurach, a koniec budowy nie oznacza kresu ich aktywności. Zgodnie z zapowiedziami Therese dom staje się centrum licznych działań na rzecz lokalnej społeczności. W pokoju wspólnym mieszkanki zaczynają organizować otwarte warsztaty i wykłady. Czytam o tych wszystkich inicjatywach na stronie internetowej Domu Bab-Jag i obiecuję sobie, że kiedyś go odwiedzę.

Na jakiś czas przestaję się interesować Baba-Jagami i przypominam sobie o nich dopiero dwa miesiące temu, tuż przed wyjazdem do Paryża. Próbuję znaleźć na ich stronie informacje o możliwości odwiedzin, bo mam wrażenie, że kiedyś o takiej możliwości czytałam. Z zaskoczeniem jednak stwierdzam, że strona Stowarzyszenia Bab-Jag już nie istnieje. Szukam więc alternatywnych sposobów na skontaktowanie się z mieszkankami. Piszę bezpośrednio do Therese Clerc, potem wysyłam maila na adres Domu Kobiet w Montreuil. Nikt mi nie odpowiada.

Tracę nadzieję na odwiedziny w Domu Bab-Jag, ale postanawiam pojechać mimo wszystko do Montreuil. Zakładam, że nawet jeśli nie dotrę do nikogo związanego z Baba-Jagami, to chociaż zajrzę do Domu Kobiet, aby porównać działanie tego centrum z aktywnością wrocławskiego Centrum Praw Kobiet, w którym jestem wolontariuszką.

Kiedy po niemal godzinnej podróży metrem docieram do Montreuil, zaskakuje mnie małomiasteczkowy klimat dzielnicy. Przechodzę przez kilka spokojnych ulic i błyskawicznie docieram do centrum, gdzie ma znajdować się Dom Kobiet. „Pewnie jest gdzieś na piętrze, oznaczony małą tabliczką, żeby za bardzo nie rzucał się w oczy” – myślę sobie, bo przecież tak wyglądają siedziby organizacji feministycznych w Polsce. Nie chcę przeoczyć celu mojej podróży, szukam go więc, kierując się wskazówkami z Google Maps. Jak się okazuje, jest to niepotrzebna przezorność, bo Domu Kobiet nie można nie zauważyć. Nie kryje się on na piętrze ani w bramie, ale stoi na parterze, a jego fasada nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z centrum praw kobiet.

Dom Kobiet w Montreuil.

Dom Kobiet

Wchodzę do środka i zaczynam się rozglądać. Zauważam sporą biblioteczkę z literaturą feministyczną oraz liczne ulotki informujące o wykładach poświęconych „feminizmowi”, „feministycznych” śpiewach i innych wydarzeniach z „feminizmem” w nazwie. Szybko dochodzę do wniosku, że słowo „feminizm” najwyraźniej nie jest tu tak podejrzane jak w Polsce, gdzie unikają go nawet niektóre organizacje feministyczne (zamiast o feminizmie mówią więc o równouprawnieniu czy prawach kobiet). Kiedy więc podchodzi do mnie pracowniczka Domu Kobiet, od razu mówię jej, że interesuję się tym miejscem, ponieważ bliskie są mi idee feministyczne. Rozpoczęcie rozmowy od „Cześć. Jestem feministką” zapewnia mi ciepłe przyjęcie. Pracowniczka Domu Kobiet chętnie przechodzi ze mną na angielski i udziela szczegółowych informacji o działaniach centrum. Okazuje się, że jest Dom Kobiet to organizacja, która z jednej strony świadczy pomoc ofiarom przemocy domowej, a z drugiej, promuje feminizm, np. poprzez dyskusje poświęcone najważniejszym książkom i postaciom ruchu feministycznego.

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa “feminizm”.

Gdy mówię, że przyjechałam do Montreuil przede wszystkim po to, by dowiedzieć się więcej o projekcie domu mieszkalnego dla starszych kobiet, pracowniczka Domu Kobiet zaczyna wydzwaniać po osobach, które mogłyby mi o nim opowiedzieć . Telefon odbiera jedna z mieszkanek Domu Bab-Jag. Kiedy słyszy, że przyjechałam z Polski i chcę zadać parę pytań, zaprasza mnie do siebie. Jestem w lekkim szoku – nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam się z tak wielką gotowością do pomocy, zwłaszcza że nie mówię zbyt dobrze po francusku i proszę o informacje w języku angielskim.

Efekt mojej wyprawy do Montreuil jest więc o wiele lepszy niż zakładałam. Udaje mi się zobaczyć Dom Bab-Jag nie tylko z zewnątrz, ale i od środka. Jak na budynek komunalny jego standard jest bardzo wysoki. To nowoczesny apartamentowiec, w którym znajdują się 24 mieszkania (o powierzchni 40 m kw. każde), a także spore pomieszczenie wspólne ulokowane na parterze. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa akurat remont pomieszczenia wspólnego. Dlaczego trzeba je remontować, skoro budynek lśni nowością? Odpowiedź jest zaskakująca, ale o tym za chwilę.

IMG_0938

Dom Bab-Jag

IMG_0939

Dom Bab-Jag

Najpierw kilka słów o mieszkance, dzięki której mogę uzyskać wgląd w historię i obecną sytuację Domu Bab-Jag. Moją rozmówczynią jest Odette, feministka zaangażowana w działania na rzecz praw lesbijek. Opowiada, że z projektem budynku mieszkalnego dla starszych kobiet jest związana od roku 2012. Dołącza wtedy do grupy 21 przyszłych mieszkanek  domu, którego budowa dobiega właśnie końca. Cieszy się na myśl o zamieszkaniu w taniej kawalerce – ma ją wynajmować w preferencyjnej cenie od spółki, która zarządza budynkiem  w imieniu miasta. Zanim dom zostaje oddany do użytku, dochodzi jednak do ostrego konfliktu między liderką inicjatywy, wspomnianą wyżej Therese Clerc, a resztą mieszkanek. Konfliktu nie udaje się zażegnać i w efekcie niemal wszystkie kobiety, które mają zamieszkać w Domu Bab-Jag , postanawiają wycofać się z projektu. Z pierwszego składu Bab-Jag pozostają tylko dwie osoby: Odette oraz Therese.

IMG_0932

Odette, czyli moje źródło informacji o Domu Bab-Jag.

Co sprawia, że tyle kobiet rezygnuje z zamieszkania w domu, o którego budowę starały się dobre parę lat? Jak wyjaśnia Odette, podstawowe źródło problemów tkwi w despotyzmie Therese Clerc. Choć Therese kreśli wizję domu samorządnego, to w rzeczywistości oczekuje, że wszyscy będą się jej podporządkowywać. Nie znosi głosów sprzeciwu i nie chce uczyć się współpracy w ramach grupy o demokratycznej strukturze. Nie słucha mediatorów, którzy pojawiają się na zebraniach kobiet z pierwszej ekipy. Mediatorzy mają uczyć przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag, jak komunikować się bez przemocy. Therese szybko  traci jednak do nich cierpliwość. Stwierdza, że ich porady są niewiele warte i przestaje ich zapraszać.

Zamiast słuchać mediatorów, Therese woli forsować swoją wizję inicjatyw, które powinny być podejmowane przez Baby-Jagi. Wychodzi na przykład z pomysłem, by zorganizować w domu darmową łaźnię dla kobiet z okolicy. Uważa, że taka łaźnia to świetny sposób na integrację imigrantek, ale nie bierze pod uwagę kosztów wody i energii, które wiążą się z jego realizacją. Nie zauważa też, że prowadzenie łaźni wymaga sporego nakładu pracy i że przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag mogą nie podołać tak ambitnemu projektowi, skoro do najmłodszych już nie należą. Kiedy kobiety z pierwszej ekipy próbują przekonać samozwańczą liderkę, że łaźnia nie jest pomysłem na ich siły, Therese wpada w furię. Zarzuca im, że są „głupimi rasistkami”, a one tracą cierpliwość i – koniec końców – decydują, że nie chcą już dłużej należeć do Stowarzyszenia Bab-Jag. Łaźnia ostatecznie nigdy nie powstaje.

Kiedy z projektu wycofują się wszystkie kobiety poza Therese i Odette, trzeba szybko znaleźć kogoś na ich miejsce. Dom jest przecież prawie gotowy, a władze miejskie nie zamierzają płacić za utrzymywanie pustego budynku. Obowiązki związane z selekcją nowych mieszkanek spadają na Odette. Moja rozmówczyni twierdzi, że Therese nie chce zajmować się rekrutacją, ponieważ „woli koncentrować się na ideach, a nie na sprawach praktycznych”. Kiedy więc Odette zbiera drugą ekipę mieszkanek, Therese promuje Dom Bab-Jag w mediach. Udziela licznych wywiadów, w których przedstawia swój projekt jako pełen sukces. Nie wspomina jednak dziennikarzom o konflikcie z pierwszą ekipą, gdyż  – i tu znów słowa Odette – „nie potrafi przyznać się do porażki i uważa, że wszystko, co robi jest słuszne”.

Ostatecznie udaje się sformować drugą ekipę złożoną z 21 kobiet w wieku od 60 do 89 lat. Pod koniec 2012 roku nowe Baba-Jagi wprowadzają się do ukończonego już budynku. Każda zajmuje po jednej kawalerce, a pozostałe trzy mieszkania zostają wynajęte osobom młodym. W ten sposób zostają spełnione wymogi stawiane przez głównego sponsora projektu, czyli władze miejskie. Urzędnicy nie zgadzają się, by wszystkie mieszkania były zajmowane przez starsze kobiety, ponieważ obawiają się oskarżeń o dyskryminowanie ludzi w młodszym wieku. Oprócz tego istnieje ryzyko pojawienia się innych zarzutów, na przykład o to, że miejskie pieniądze wydawane są na pomoc osobom zamożnym. Urzędnicy decydują więc, że tanie mieszkania w nowo powstałym budynku przysługują wyłącznie tym Baba-Jagom, które nie są właścicielkami nieruchomości. Informują, że jeśli któraś kobieta ma mieszkanie, to musi je sprzedać, żeby móc wynająć od miasta kawalerkę.

Gdy Therese dowiaduje się o warunkach stawianych przez urzędników, reaguje oburzeniem. Stwierdza, że nikt nie będzie jej dyktował, co może, a czego nie może posiadać. Nie sprzedaje swojego mieszkania, a tym samym nie zyskuje prawa do zamieszkania w Domu Bab-Jag. Chociaż nie staje się jego mieszkanką, nie ma zamiaru tracić kontroli nad jego dalszymi losami. Cały czas pozostaje nieformalną liderką Stowarzyszenia Bab-Jag, do którego należą wszystkie starsze kobiety, które zamieszkały w domu. Jak twierdzi Odette, pozycja outsiderki jest dla Therese wygodna. Może jątrzyć spory, a potem stwierdzać, że rozwiązanie konfliktu to nie jej problem i że wraca do swojego mieszkania. „Człowiek ma większą motywację, żeby dążyć do zażegnania sporu, jeśli mieszka w miejscu, którego spór dotyczy” – zauważa Odette i opowiada, że wymiana ekipy nie przynosi końca konfliktów między Therese a resztą Bab-Jag. Wśród nowych mieszkanek szybko zaczynają pojawiać się głosy sprzeciwu wobec despotycznych zapędów liderki Stowarzyszenia. Nie mija wiele czasu, a dochodzi do kolejnego rozłamu. Szesnaście kobiet decyduje się wystąpić ze Stowarzyszenia Bab-Jag po to, by założyć własne stowarzyszenie – takie, w którym nie ma liderki, a decyzje są podejmowane w sposób demokratyczny. Wśród tych kobiet jest i Odette. W Stowarzyszeniu Bab-Jag pozostaje tymczasem zaledwie pięć osób: Therese oraz cztery kobiety, które ciągle trzymają jej stronę.

Pomieszczenie wspólne w Domu Bab-Jag - kiedyś odbywały się w nim otwarte dyskusje i warsztaty, a obecnie trwa w nim remont.

Zamknięte drzwi do pomieszczenia wspólnego w Domu Bab-Jag. Kiedyś odbywały się tam otwarte dyskusje i warsztaty, ale obecnie trwa remont.

Konflikt między Therese a mieszkankami, które zdecydowały się opuścić Stowarzyszenie Bab-Jag, jest brzemienny w skutki. Okazuje się, że jedno pomieszczenie wspólne jest niewystarczające dla dwóch zwaśnionych grup. Ponieważ pomieszczenie pozostaje pod kontrolą Stowarzyszenia Bab-Jag, a Therese nie chce go udostępniać, pojawia się potrzeba, by podzielić je na dwie części: po jednej dla każdego stowarzyszenia. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa właśnie remont, który ma doprowadzić do powstania dwóch odrębnych pomieszczeń. Oczywiście zastanawia mnie, dlaczego władze miejskie tolerują Therese i nie próbują się jej pozbyć, aby zaprowadzić  wreszcie zgodę wśród mieszkanek. Odette tłumaczy mi, że Therese ma bardzo mocną pozycję, bo jest znana i wpływowa. Tezę tę potwierdzają artykuły prasowe, z którymi zapoznaję się po powrocie do Polski. W artykule z „Liberation” czytam o konfliktach z udziałem Therese – ich charakterystyka zgadza się z tym, co usłyszałam od Odette. Opisowi burzliwych losów Domu Bab-Jag towarzyszą komentarze Jeana-Michela Blery, urzędnika miejskiego odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową Montreuil. Mówi on o Therese, co następuje: „Therese Clerc to prawdziwy guru! Choć jej utopijna idea jest dobra, to należy do osób, którym trudno jest przejść od idei do praktycznego projektu”. Urzędnik zauważa wady Therese, a mimo to jest przekonany, że Dom Bab-Jag nie może bez niej funkcjonować, ponieważ: „projekt tego domu narodził się w jej głowie i nigdy nie zostałby zrealizowany, gdyby nie jej determinacja i popularność w mediach”.

Ponieważ pomieszczenie wspólne jest w remoncie, a do wspólnego ogrodu dotrzeć można tylko przez to pomieszczenie, żadna z grup nie dysponuje obecnie przestrzenią do spotkań. Dom, który miał być „samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny”, nie różni się więc chwilowo od zwykłych budynków wielorodzinnych, w których mieszkańcy zamieniają czasem kilka słów, ale nie podejmują razem żadnych istotnych działań. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja zmieni się wraz z końcem remontu i że pojawią się wtedy jakieś formy życia w grupie. Odette zapowiada, że członkinie jej stowarzyszenia planują wspólnie organizować wydarzenia dla lokalnej społeczności. Być może dzięki takim inicjatywom uda im się dotrzeć do okolicznych imigrantek w sposób, który jest trochę mniej energochłonny niż prowadzenie łaźni.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Jak widać, od czasu rozpoczęcia remontu pomieszczenia wspólnego mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Od czasu, gdy zaczął się remont pomieszczenia wspólnego, mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Czy Dom Bab-Jag stanie się kiedyś cohousingiem senioralnym, którym był przez długi czas w moich wyobrażeniach? Trochę w to wątpię, bo przecież istotą cohousingu jest przyjazne sąsiedztwo, a trudno mówić o takim sąsiedztwie w sytuacji, kiedy jeden budynek dzielą przedstawicielki dwóch zwaśnionych stowarzyszeń. Chciałabym być optymistką i wierzyć, że między stowarzyszeniami dojdzie kiedyś do porozumienia, ale wiem, że o zgodzie nie może być mowy tak długo, jak Therese odrzuca możliwość kompromisu. Na razie niestety nic nie wskazuje na to, żeby Therese miała brać kompromis pod uwagę. Od lat jest despotką i chyba despotką pozostanie. Ma już ponad 80 lat, więc trudno oczekiwać, że jej osobowość ulegnie radykalnej przemianie. Szkoda tylko, że jej autokratyczne zapędy mają tak destrukcyjny wpływ na projekt, który zainicjowała i który mógłby być wzorem dla podobnych inicjatyw podejmowanych nie tylko we Francji, ale też i w innych częściach świata.

Kiedy zastanawiam się, co konkretnie doprowadziło do konfliktów między Therese a pozostałymi kobietami zaangażowanymi w Dom Bab-Jag, przychodzą mi do głowy słowa „Wolność, równość, siostrzeństwo”. Odnoszę wrażenie, że Therese w specyficzny sposób interpretuje każde tych słów. Po pierwsze – wydaje się obsesyjnie przywiązana do swojej wolności, przez co nie bierze odpowiedzialności za Dom Bab-Jag . Jej brak odpowiedzialności wyraża się w tym, że wydaje decyzje, które mają wpływ na losy Domu, ale nie ponosi ich konsekwencji. Dzięki temu, że mieszka poza Domem, ma swobodę, by opuszczać go za każdym razem, kiedy dochodzi do konfliktu. Po drugie – choć twierdzi, że chce mieszkać w domu samorządnym i obywatelskim, to nie uważa innych kobiet za osoby sobie równe. Zamiast szanować ich opinie i rozmawiać z nimi w celu wypracowania konsensusu, woli narzucać im swoje wizje. Po trzecie – wiele wskazuje na to, że nie chce tworzyć wspólnoty, w której jest miejsce na różnorodność. Wystarcza jej mała grupka wiernych zwolenniczek i szybko pozbywa się z otoczenia każdego, kto reprezentuje odmienne poglądy. Jej siostrami są więc wyłącznie takie kobiety, które nie ośmielają się podważać jej autorytetu.

„Wolność, równość, siostrzeństwo” (lub odpowiednio „braterstwo”) – to słowa, których znaczenie warto przemyśleć za każdym razem, gdy chce się budować wspólnotę. Przykład Domu Bab-Jag pokazuje bowiem, że od rozumienia tych słów może zależeć sukces projektu, który zakłada wspólne zamieszkiwanie. Oczywiście przy pytaniach o znaczenie poszczególnych słów trudno nie zastanowić się, co w ogóle znaczy „znaczyć”. Są na przykład tacy, którzy twierdzą, że znaczenie zależy od rozumienia, a rozumienie z kolei zależy od interakcji z otoczeniem fizycznym i innymi ludźmi. To jednak już temat na zupełnie inny tekst…

Jak wygląda życie na osiedlu domów kooperatywnych? (na przykładzie osiedla Ganas w Nowym Jorku)

Można spędzić w Nowym Jorku lata i nigdy nie natknąć się na osiedle Ganas – jest ono bowiem położone na Staten Island, czyli w dzielnicy typowo mieszkaniowej, której nie odwiedzają nawet nowojorczycy z innych dzielnic, a co dopiero turyści. Można też mieszkać na Staten Island, codziennie przechodzić przez Ganas i nie zdawać sobie z tego sprawy. Taki scenariusz jest możliwy, ponieważ osiedle nie jest w żaden sposób wyodrębnione z reszty zabudowy ani oznakowane. To po prostu zespół 8 domów kooperatywnych, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak zwykłe budynki jednorodzinne. Z domami jednorodzinnymi niewiele jednak mają wspólnego. Nie dość że mieszka w nich w sumie ponad 70 niespokrewnionych osób, to jeszcze ludzi tych różni niemal wszystko: od wieku, przez wykształcenie, wyznanie, rasę i płeć, po przekonania polityczne. Nie można wskazać jednej ideologii, która byłaby im bliska –ideologią nie jest bowiem zwyczajna chęć, by żyć w otoczeniu przyjaznych sąsiadów i spotykać się z nimi regularnie, np. na wspólnych posiłkach. Jak to więc możliwe, że pomimo wszystkich różnic, które dzielą mieszkańców, Ganas działa już ponad 30 lat i ciągle się rozwija?

Widok na Manhattan ze Staten Island. Po prawej charakterystyczny pomarańczowy prom, który kursuje między tymi dwiema dzielnicami Nowego Jorku.

Widok na Manhattan ze Staten Island. Po prawej charakterystyczny pomarańczowy prom, który przez całą dobę kursuje między Staten Island i Manhattanem.

Historia Ganas sięga roku 1979, kiedy to sześcioro przyjaciół kupiło dom za pieniądze, które jeden z nich otrzymał w spadku. Nie było wówczas żadnych planów, by tworzyć osiedle – założyciele Ganas po prostu zdecydowali się zamieszkać razem i zobaczyć, co z tego wyniknie. Z czasem pojawiły się kolejne osoby zainteresowane mieszkaniem w domach kooperatywnych. Wspólnota zaczęła stopniowo powiększać się o nowych członków, a także o kolejne domy kupowane na ich potrzeby. Ponieważ udało się nabyć kilka sąsiadujących budynków, zlikwidowano płoty odgradzające poszczególne działki i tak powstała spora przestrzeń wspólna z ogrodem i basenem. W każdym domu wygospodarowano też pomieszczenia przeznaczone dla wszystkich mieszkańców: siłownię, biblioteczkę, dużą jadalnię do wspólnych posiłków, warsztat z narzędziami, itp. Kiedy Ganas stało się osiedlem, założyciele stanęli przed wyzwaniem: jak rozwiązać kwestię własności domów oraz sprawnie zorganizować codzienne życie we wspólnocie liczącej już nie sześć, ale kilkadziesiąt osób?

Domy i wspólny ogród.

Domy i wspólny ogród.

Ciekawie rozwiązana została kwestia własności. Mieszkańcy zostali podzieleni na 3 grupy w zależności od stopnia zaangażowania w życie wspólnoty. Powstała grupa główna (core group), rozszerzona grupa główna (extended core group) oraz grupa zwykłych mieszkańców. Członkami grupy głównej stały się osoby, które są najbardziej zaangażowane we wspólnotę i działają jako jej zarząd. Na stronie internetowej Ganas można przeczytać, że: „Grupa główna obecnie składa się z pięciu mężczyzn i pięciu kobiet […]. Ludzie ci nie tylko poświęcają cały swój czas i wszystkie talenty, ale też dzielą się ze sobą dobrami materialnymi. Zobowiązują się również do wymiany myśli, odczuć oraz uwag. Grupa jest otwarta na nowych członków, ale – ponieważ wymaga sporego zaangażowania pod względem czasu i zasobów – niewiele osób chce do niej dołączyć”. Członkowie grupy głównej nie pracują poza wspólnotą, a do tego są właścicielami wszystkich budynków oraz firm prowadzonych przez Ganas. O firmach będzie jeszcze mowa, ale na razie warto zauważyć, że domy nie są współwłasnością wszystkich mieszkańców. Zamiast tego należą do spółki uformowanej przez członków grupy głównej. Spółka ta zawiera umowy najmu z pozostałymi mieszkańcami, którzy płacą za pokoje oraz usługi związane z organizacją codziennego życia.

Jedno z wielu pomieszczeń wspólnych - w każdym domu jest przynajmniej jeden taki salon.

Jedno z wielu pomieszczeń wspólnych – w każdym domu jest przynajmniej jeden taki salon.

Przeciętnie miesięczny czynsz wynosi niecałe 800 dolarów, przy czym kwota ta może być mniejsza lub większa w zależności od powierzchni zajmowanego pokoju. Jak na nowojorskie standardy nie są to duże pieniądze, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, co wchodzi w zakres usług, do których każdy mieszkaniec ma dostęp, a które wliczone są w cenę najmu. Po pierwsze Ganas zapewnia swoim mieszkańcom niemal pełne wyżywienie. Pięć razy w tygodniu członkowie ekipy kucharskiej przygotowują wspólne obiady w formie szwedzkiego stołu. Obiady są dostępne w głównej jadalni przez około 2 godziny i składają się z kilku dań, wśród których każdy może znaleźć coś dla siebie. Ponieważ mieszkańców nie łączy przywiązanie do określonego rodzaju diety, to podawane są potrawy zarówno mięsne, jak i wegańskie, wegetariańskie czy bezglutenowe. Niewykorzystane jedzenie trafia do wspólnej lodówki, która okazuje się przydatna zwłaszcza w te dni, kiedy nie ma obiadów w głównej jadalni. Oprócz lodówki wypełnionej jedzeniem z obiadów są jeszcze inne wspólne lodówki – po jednej w każdym domu. Trafiają do nich składniki potrzebne do przygotowywania pozostałych posiłków, a ich zaopatrywaniem zajmuje się ekipa zakupowa. Jeśli mieszkaniec stwierdza, że czegoś w takiej lodówce brakuje, to zapisuje nazwę produktu na karcie potrzeb przyczepionej do drzwi lodówki. Ekipa zakupowa sprawdza każdą kartę przynajmniej raz dziennie, więc zwykle jeszcze tego samego dnia brak jest uzupełniany. Wyjątkiem są sytuacje, gdy mieszkaniec prosi o produkt bardzo drogi – wtedy ekipa zaznacza na karcie, że nie mieści się on w budżecie Ganas, a mieszkańcowi nie pozostaje nic, jak tylko kupić go sobie z własnej kieszeni. Warto podkreślić, że nie istnieje obowiązek, by dzielić się jedzeniem zakupionym za własne pieniądze. W każdym domu stoją bowiem dwie lodówki: oprócz tej wspólnej jest jeszcze druga, przeznaczona na jedzenie „prywatne”. Ekipa zakupowa dostarcza nie tylko produkty żywnościowe, ale też i inne przedmioty potrzebne do codziennego życia. Należą do nich chociażby podstawowe kosmetyki, środki czystości i artykuły papiernicze. Mieszkańcy nie muszą się więc martwić o proszek do prania, zapas papieru do drukarki czy pastę do zębów. Oprócz tego ich czynsz uwzględnia wszelkie media (w tym internet) oraz usługi związane z bieżącą konserwacją budynków oraz utrzymaniem terenów wspólnych. Kto zapewnia te wszystkie usługi? Czy opierają się one wyłącznie na bezpłatnej pracy wszystkich mieszkańców?

Jeden z pokoi prywatnych.

Jeden z pokoi prywatnych.

Ciekawym rozwiązaniem kwestii usług jest podział mieszkańców na pracowników (workers), którzy wykonują odpłatną pracę na rzecz Ganas, oraz płatników (payers), którzy odpłatnej pracy nie wykonują i po prostu płacą pełny czynsz. Podział ten istnieje do pewnego stopnia niezależnie od wspomnianego wcześniej podziału na grupę główną, rozszerzoną grupę główną oraz grupę zwykłych mieszkańców. Choć wszyscy członkowie grupy głównej to pracownicy, to w rozszerzonej grupie głównej oraz w grupie zwykłych mieszkańców znaleźć można zarówno pracowników, jak i płatników. Płatnicy pracują poza wspólnotą, a w Ganas wykonują wyłącznie pracę nieodpłatną w wymiarze kilku godzin w tygodniu. Nieodpłatna praca ma na celu zaangażowanie płatników w codzienne życie osiedla i obejmuje proste prace, które nie wymagają wielkiego wysiłku: drobne porządki, zmywanie naczyń, itp. Płatnicy nie są delegowani do zadań trudniejszych i bardziej czasochłonnych, ponieważ takimi pracami zajmują się pracownicy, którzy otrzymują od Ganas zapłatę. Zapłata idzie na poczet czynszu – pracownicy na część etatu płacą więc odpowiednio mniejszy czynsz, a osoby zatrudnione na pełen etat nie płacą go wcale. Dodatkowo pełnoetatowi pracownicy otrzymują od Ganas kieszonkowe w wysokości około 300 dolarów miesięcznie. Większość mieszkańców to płatnicy, a pracowników jest około dwudziestu. Niektórzy pracownicy zajmują się obsługą bieżącego życia wspólnoty: gotowaniem, sprzątaniem, konserwacją budynków, utrzymaniem terenów wspólnych, zakupami, księgowością itd. Inni pracują w firmach prowadzonych przez Ganas. Jak już wspomniałam, członkowie grupy głównej są właścicielami nie tylko budynków mieszkalnych, ale też i przedsiębiorstw. Obecnie należą do nich trzy sklepy o wspólnej nazwie „Every Thing Goes”. Pierwszy z nich to sklep z używanymi meblami, w drugim sprzedawane są używane ubrania, a trzeci to połączenie księgarni, kafejki internetowej i lokalnego centrum kultury. Dochody ze sklepów trafiają do spółki, której wyłącznymi udziałowcami są członkowie grupy głównej. Pieniądze te przekazywane są następnie na potrzeby Ganas. Co ciekawe, spółka będąca właścicielem sklepów istnieje oddzielnie od spółki, do której należą budynki mieszkalne. Dlaczego tak jest?

Jedno z przedsiębiorstw należących do Ganas (zdj. z Wikipedii).

Księgarnia należąca do Ganas (zdj. z Wikipedii).

Temat finansów Ganas stanowił jedną z głównych kwestii omawianych w trakcie obiadu dla gości, w którym uczestniczyłam w zeszłym miesiącu. Członkowie grupy głównej tłumaczyli mi wtedy, że odrębne spółki istnieją po to, by odpowiednio kształtować zyski i możliwie jak najbardziej obniżać należne podatki – podobno w granicach prawa. Pomimo tych wyjaśnień nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że struktura finansowa Ganas jest wyjątkowo złożona. Nie było to tylko moje wrażenie, ponieważ podzielali je zwykli mieszkańcy, którzy nie zajmują się na co dzień księgowością. Ludzie ci mówili, że nie rozumieją, w jaki dokładnie sposób finansowana jest wspólnota, ale jednocześnie nie ukrywali, że nie mają czasu ani ochoty się tym interesować. Kiedy członkowie grupy głównej zostali zapytani, czy są gotowi wytłumaczyć zwykłym mieszkańcom, na czym polega struktura finansowa Ganas, zapewnili, że tak. Stwierdzili, że każdy mieszkaniec jest mile widziany na spotkaniach poświęconych przychodom i wydatkom wspólnoty, które odbywają się dwa razy w miesiącu. Wszyscy mieszkańcy mogą uczestniczyć nie tylko w dyskusjach na tematy finansowe, ale też w wielu innych spotkaniach dotyczących kwestii organizacyjnych. Najważniejsze z takich spotkań odbywają się pięć razy w tygodniu od 7:45 do 9:45 i służą omawianiu wszelkich problemów, które wiążą się z życiem w Ganas. Jak piszą mieszkańcy na stronie internetowej: „To wtedy dyskutujemy o problemach w firmach i między nami, analizujemy ukryte motywy i strategie obronne, zastanawiamy się, w jaki sposób się porozumiewamy (lub nie) we wszelkich sprawach, które nas dotyczą”. Poranne spotkania są okazją do pracy nad poprawą komunikacji we wspólnocie; wtedy też podejmowane są decyzje w kluczowych kwestiach. Najważniejsze decyzje są zwykle wypracowywane drogą konsensusu, choć czasem dopuszcza się możliwość głosowania. Nieco inaczej rzecz się ma w przypadku bieżących spraw. Decydują o nich zazwyczaj koordynatorzy poszczególnych elementów życia we wspólnocie, przy czym nie podejmują swoich decyzji zupełnie samowolnie – zawsze konsultują je z pozostałymi mieszkańcami. Na stronie Ganas można przeczytać, że: „Praktycznie każdy może być koordynatorem jakiegoś obszaru działania i tym samym mieć prawo do podejmowania decyzji z nim związanych – pod warunkiem, że jest gotowy wziąć za ten obszar odpowiedzialność”.

Mieszkańcy Ganas na spotkaniu w głównej jadalni.

Mieszkańcy Ganas na spotkaniu w głównej jadalni (zdj. z geo.coop).

Odpowiedzialność wydaje mi się jednym z pojęć, które są najistotniejsze dla Ganas. To od stopnia, w którym dany mieszkaniec bierze odpowiedzialność za wspólnotę, zależy, czy zostaje zaliczony do grupy głównej, rozszerzonej grupy głównej czy grupy zwykłych mieszkańców. Największą odpowiedzialność biorą na siebie członkowie grupy głównej, bo to oni są siłą napędową Ganas i właścicielami powiązanych spółek. Nieco mniejsza odpowiedzialność spoczywa na członkach rozszerzonej grupy głównej, którzy mniej lub bardziej regularnie uczestniczą w porannych spotkaniach, a tym samym biorą udział w procesie podejmowania decyzji. Najmniej odpowiedzialności ciąży na zwykłych mieszkańcach – wystarcza, że płacą czynsz i pomagają w drobnych pracach, ale nie muszą się przejmować strukturą finansową wspólnoty ani uczestniczyć w czasochłonnych dyskusjach służących wypracowywaniu konsensusu. Zróżnicowanie stopnia odpowiedzialności wśród mieszkańców stanowi według mnie jeden z dwóch podstawowych kluczy do sukcesu Ganas. Osiedle przyciąga wielu zainteresowanych, ponieważ jest otwarte zarówno dla osób, które chcą się całkowicie poświęcić życiu wspólnotowemu, jak i dla tych, którzy wolą stać z boku i się za mocno nie angażować. Z jednej strony mieszkają tam więc założyciele pierwszego domu, którzy od ponad 30 lat mocno angażują się w pracę na rzecz wspólnoty. Z drugiej zaś strony można wskazać mieszkańców, którzy płacą czynsz, ale praktycznie nie mieszkają w wynajmowanych pokojach, bo większość życia spędzają na podróżach po świecie. Ganas przyjmuje i jednych, i drugich. Jakie są warunki dołączenia do wspólnoty? To nic trudnego. W Ganas może zamieszkać każda osoba, która nie ma problemu z używkami, jest w stanie płacić regularnie czynsz i akceptuje cztery reguły: „1. Zakaz przemocy w stosunku do ludzi lub rzeczy; 2. Zakaz życia na czyjś koszt (każdy jest zobowiązany, żeby wydajnie pracować albo opłacać koszty swojego życia); 3. Zakaz nielegalnej działalności (w tym posiadania nielegalnych środków odurzających); 4. Jeśli ktoś jest niezadowolony ze wspólnoty lub innych mieszkańców, ma obowiązek przedstawić swoją skargę na forum grupy, gdzie można omówić problem i rozwiązać go z udziałem ludzi, których skarga dotyczy”. Czwarty punkt regulaminu pokazuje, jak duży nacisk kładzie się w Ganas na efektywną komunikację. Mieszkańcy cały czas pracują nad tym, by ulepszać metody porozumiewania się w grupie. Tę dbałość o jakość komunikacji uważam za drugi klucz do sukcesu Ganas – obok zróżnicowania stopnia odpowiedzialności, jaką poszczególne osoby ponoszą za wspólnotę.

Gazetka

Gazetka “Energy” wydawana przez mieszkańców Ganas.

W Ganas odbywa się wiele wydarzeń, które służą budowaniu lepszych relacji między mieszkańcami. Oprócz dyskusji w ramach porannych spotkań organizowane są warsztaty dotyczące, na przykład, umiejętności słuchania i przyjmowania krytyki. Wszystkie warsztaty bezpośrednio odnoszą się do problemów zaobserwowanych w Ganas, ponieważ prowadzą je sami mieszkańcy. Członkowie wspólnoty nie widzą potrzeby, by zapraszać mediatorów czy psychologów z zewnątrz – wolą sami wypracowywać takie metody komunikacji, które są możliwie najlepiej dopasowane do ich potrzeb. Kiedy organizują specjalne wydarzenia, to informują o nich na łamach gazetki „Energy”. Gazetka służy integracji wspólnoty – zawiera zaproszenia na warsztaty, imprezy urodzinowe, koncerty odbywające się w księgarni „Every Thing Goes” itp. Jest w niej też miejsce na dłuższe teksty, co oznacza, że każdy mieszkaniec może napisać do niej artykuł, by podzielić się przemyśleniami czy relacją z podróży. Często zdarza się, że mieszkańcy, którzy wyjeżdżają na dłużej, podnajmują swoje pokoje. Dzięki temu Ganas niemal zawsze dysponuje wolnymi pokojami, które udostępnia gościom w cenie 45 dolarów za noc (w co wliczone jest wyżywienie i wszystkie dodatkowe usługi, które przysługują pozostałym mieszkańcom). Jeśli ktoś jest zainteresowany Ganas, ale nie chce zostawać na noc, to może przyjść na piątkowy obiad, w czasie którego mieszkańcy chętnie odpowiadają na wszelkie pytania. Udział w takim obiedzie jest całkowicie bezpłatny – wystarczy zapowiedzieć się mailowo.

LILAC – tanio, ekologicznie i we wspólnocie

Kiedy przeczytałam, co oznacza nazwa projektu LILAC, byłam zaskoczona ambicjami jego twórców. LILAC to skrót od “Low Impact Living Affordable Community”, co można przetłumaczyć jako niedrogą i ekologiczną wspólnotę mieszkaniową. Czy rzeczywiście można zrealizować te wszystkie cele i stworzyć osiedle, które byłoby nie tylko tanie i przyjazne środowisku, ale też sprzyjałoby zacieśnianiu więzi międzyludzkich? Początkowo miałam wątpliwości: to wszystko wydawało mi się zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. W filmiku opisującym założenia projektu jedna z przyszłych mieszkanek osiedla przewidywała, że LILAC będzie trochę jak raj. Filmik pochodził sprzed dwóch lat, a w międzyczasie projekt został ukończony i na osiedle wprowadzili się mieszkańcy. Czy spełniły się ich nadzieje? Czy położone w deszczowej Anglii (a konkretnie w Leeds) osiedle to raj na ziemi?

Nie widziałam tego osiedla na  własne oczy, ale zdjęcia i relacje mieszkańców wskazują na to, że porównywanie LILAC do raju na ziemi nie jest chyba takie przesadne. Twórcom udało się osiągnąć założone sobie cele i w ten sposób powstało osiedle, które jest:

1) ekologiczne

Domy zbudowane są z drewnianych paneli wypełnionych słomą. Mają charakter pasywny dzięki wykorzystanym materiałom, a także dzięki rozwiązaniom konstrukcyjnym, które umożliwiają np. recykling ciepła wytworzonego przez domowe kuchenki. Mniejsza ilość energii zużywanej na ogrzewanie domów oznacza mniejszą emisję dwutlenku węgla. Domy wytwarzają mało CO2, a jednocześnie sporo tego związku pochłaniają za sprawą wykorzystanej przy ich budowie słomy. W rezultacie bilans emisji CO2 jest w ich przypadku ujemny.

Oprócz tego, że domy są ekologiczne, to są jeszcze całkiem ładne:

Lilac_night_light

Co ciekawe, ekologiczne są nie tylko budynki, ale i podejście ich mieszkańców do życia. Mieszkańcy osiedla LILAC uprawiają własne owoce i warzywa, a do tego wspólnie użytkują samochody. Dzięki temu, że korzystają z samochodów razem (na zasadach carpoolingu i carsharingu), wystarcza im 10 pojazdów na 20 rodzin. Dla mnie możliwość dzielenia się samochodami jest chyba najbardziej atrakcyjnym aspektem ekologiczności projektu LILAC, bo nie widzę większego sensu w posiadaniu jednego samochodu na osobę.

2) tanie

Aby obniżyć ceny mieszkań, twórcy LILAC opracowali nowy model współwłasności o nazwie “mutual home ownership scheme“. W ramach tego modelu została utworzona spółdzielnia, w której mieszkańcy wykupili udziały. To spółdzielnia jest właścicielem gruntu oraz mieszkań; to ona też spłaca kredyt zaciągnięty na budowę nieruchomości. Pieniędzy na spłatę kredytu oraz utrzymanie nieruchomości dostarczają początkowe wkłady oraz miesięczne raty wpłacane przez mieszkańców. Niby nic odkrywczego, ale nietypowy jest sposób, w jaki obliczana jest wysokość miesięcznych płatności. Otóż są one uzależnione od wysokości dochodów danego mieszkańca. Każdy mieszkaniec wpłaca na rzecz spółdzielni około 35% swojego dochodu netto. Po spłacie wszystkich udziałów powiązanych z nieruchomością, w której mieszka, jego opłaty spadają do wysokości 10% dochodu netto. Model zakłada rozwiązania na wypadek sytuacji, gdy dochody mieszkańca spadają lub rosną: taka osoba może np. kupić nowe udziały lub sprzedać te, które posiada.

Od dochodów zależy rodzaj mieszkania, na które może sobie pozwolić dana osoba. Okazuje się, że kawalerki dostępne są już dla osób o dochodach nieco tylko wyższych niż płaca minimalna (dokładne informacje można znaleźć tutaj). Jeśli ktoś nie osiąga dochodów wymaganych w przypadku danego mieszkania, to może się o nie ubiegać, jeśli wpłaci odpowiednio wyższy wkład własny. Model skonstruowany jest w taki sposób, by ceny mieszkań nie rosły z czasem i by były dalej dostępne dla osób o niskich dochodach. Jeśli bowiem ktoś decyduje się sprzedać udziały, to ich cena jest rewaluowana w oparciu o średnie zarobki w Wielkiej Brytanii. W ten sposób hamowany jest wzrost cen udziałów.

Obrazowe przedstawienie zasad modelu “mutual home ownership” można znaleźć na tym screenie z YT (kliknij, aby powiększyć):

lilac2

3) sprzyjające budowaniu wspólnoty

Na osiedlu znajduje dom wspólny, w którym mieszkańcy mogą spędzać wspólnie czas i gotować. Do przestrzeni wspólnej należą również ogród oraz plac zabaw.

Oczywiście dla jakości wspólnoty kluczowy jest dobór osób, które ją tworzą. Dla mnie ogromnym plusem projektu jest to, że mieszkańcy LILAC nie tworzą homogenicznej grupy. Choć łączą ich wyznawane wartości, to jednak różnią się wiekiem czy zawodem, co można dostrzec, oglądając zamieszczone powyżej wideo. Może to nic wielkiego, ale jednak miła odmiana po projektach, których mieszkańcy poddawani są rygorystycznej selekcji i muszą wykazywać, że są np. społecznymi innowatorami. W kategorii “bezpretensjonalność” LILAC wygrywa u mnie na całej linii.

Niestety wszystkie mieszkania na osiedlu LILAC są już zajęte, ale można mieć nadzieję, że niedługo powstaną kolejne osiedla wybudowane na podobnych zasadach. Prawdą jest bowiem to, co mówi Paul Chatterton, mieszkaniec osiedla: LILAC to mieszkalnictwo przyszłości: