Tag Archives: Białoruś

Od „Szczęśliwych ludzi” do “Szczęśliwej świni” – o różnych rodzajach mieszkaniowych minimalistów

W 1989 roku Yuri i Tamara Bajkous sprzedali mieszkanie w Petersburgu, by zamieszkać w głębi białoruskiego lasu. Do dziś żyją tam w prostej szopie, bez elektryczności, kanalizacji i bieżącej wody. Z cywilizacją łączy ich tylko radio na baterie i sporadyczne wyprawy na targ w oddalonym o 15 kilometrów mieście. Nie promują swojego stylu życia – nie piszą na ten temat książek, ani nie prowadzą bloga, na którym można by śledzić ich codzienne perypetie. Skąd więc o nich wiem? W zeszłym roku Yuri i Tamara stali się bohaterami „Szczęśliwych ludzi”, krótkometrażowego dokumentu autorstwa Victora Asliuka. Film zdobył pewien rozgłos, kiedy zakwalifikował się do programu konkursowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Cinéma du Réel”. W ten sposób natknęłam się na niego w Paryżu, gdzie miałam okazję obejrzeć wersję z angielskimi napisami. Potem udało mi się wyszukać na Youtubie oryginał bez napisów. Nawet jeśli nie zna się języka białoruskiego, to warto rzucić okiem na pierwsze pięć minut „Szczęśliwych ludzi”. Można dzięki temu przekonać się, w jak skrajnym minimalizmie żyją Yuri i Tamara.

Kiedy oglądałam „Szczęśliwych ludzi”, przez cały czas czekałam na jakiś sygnał, który wskazywałby na ironiczny wydźwięk tytułu. Wcześniej w opisie filmu wyczytałam o bohaterach, że „ich marzenia i oczekiwania szybko zostały skonfrontowane z białoruską rzeczywistością”. Spodziewałam się więc, że reżyser potraktuje Yuriego i Tamarę z dużym dystansem i że summa summarum okażą się oni ludźmi nieszczęśliwymi. Tymczasem okazało się inaczej. Reżyser – wbrew temu, czego się spodziewałam – nie dokonał dekonstrukcji mitu o życiu blisko natury. Nie pokazał swoich bohaterów jako naiwnych mieszczuchów, którzy marzą o spokojnym życiu z dala od cywilizacji, a ostatecznie stają się prymitywnymi nędzarzami pozbawionymi nawet podstawowych wygód. Jacy są więc według niego Yuri i Tamara?

Dom Yuriego i Tamary (zrzut ekranu z Youtube'a).

Dom Yuriego i Tamary Bajkous  (zrzut ekranu z Youtube’a).

Z filmu wynika, że bohaterowie świadomie wybrali minimalistyczny styl życia i równie świadomie się takiego stylu trzymają. Yuri śmieje się, gdy reżyser pyta go, czy jest szczęśliwy. Mówi, że tego rodzaju pytania są dobre dla ludzi w mieście, bo to oni mają aspiracje. To im zależy, żeby mieć nowy dywan czy samochód – jemu natomiast wystarcza myśl, że zdołał przeżyć kolejny dzień. Miastowi wydają się budzić w nim politowanie. Kpi z ich pragnień i zauważa, że przecież nikt nie jest w stanie zabrać do grobu zgromadzonych przedmiotów. Krytykuje z jednej strony materializm, a z drugiej coraz większe lekceważenie, z jakim ludzie odnoszą się do przyrody. Brak śniegu w zimie postrzega jako znak drastycznego zaburzenia naturalnego porządku i zapowiedź apokalipsy, która zmiecie ludzkość z powierzchni ziemi.

Choć film wyraźnie pokazuje, że standard życia Yuriego i Tamary jest bardzo niski, to jednak nie powstaje wrażenie, że bohaterom czegoś do szczęścia brakuje. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że są zadowoleni ze świętego spokoju, który uzyskują dzięki trzymaniu się z dala od cywilizacji. Ich spokój przypomina nawet trochę spokój stoickich mędrców. Podobnie jak to czynili stoicy, Yuri i Tamara wyrzekają się pokus i pragnień, które zaburzają harmonię wewnętrzną. Można więc pomyśleć, że osiągają stan sławionej przez Senekę „beznamiętności”, czyli „apatii”.

Yuri przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube'a).

Yuri Bajkous przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube’a).

Czy jednak rzeczywiście Yuri i Tamara są stoickimi mędrcami i czy warto im zazdrościć prostego życia w białoruskim lesie? Po obejrzeniu „Szczęśliwych ludzi” wysłuchałam rozmowy z reżyserem filmu i dowiedziałam się, że on trochę swoim bohaterom zazdrości. Ja jednak podobnej zazdrości nie odczułam i to nie tylko dlatego, że jestem przywiązana do takich zdobyczy cywilizacyjnych, jak pralka czy internet. Najistotniejsza wydaje mi się kwestia odpowiedzialności społecznej, która sprawia, że Yuri i Tamara nie do końca realizują stoicki ideał życia. Jak pisze Tatarkiewicz w „Historii filozofii”:

Etyka stoików, wbrew odmiennym pozorom, była natury społecznej; ich obojętność dla dóbr nie była obojętnością dla ludzi (…). Każdy człowiek należy do różnych grup, węższych i szerszych, i ma wobec nich obowiązki. Te obowiązki opasują go niby koła koncentryczne coraz szersze, których on jest ośrodkiem. Te koła to własne ciało, krewni, towarzysze, naród. Ostatnie, najszersze koło obejmuje całą ludzkość.

O ile stoicy poczuwają się do odpowiedzialności za innych, to Yuri i Tamara podchodzą do pozostałych ludzi z obojętnością lub (w przypadku miastowych) z lekkim lekceważeniem. Odcinają się od społeczeństwa radykalnie – sami praktycznie niczego od niego nie biorą, ale też nic mu nie dają.

Pomimo że obojętność, z jaką bohaterowie „Szczęśliwych ludzi” traktują ludzkość, nie jest dla mnie specjalnie atrakcyjna, to jednak muszę przyznać, że ich postawa jest uczciwa. Ponieważ sami rezygnują z odpowiedzialności za innych, to nie oczekują, że ktokolwiek poczuje się za nich odpowiedzialnych i nie chcą od innych pomocy. Tym samym reprezentują model minimalizmu, który można opatrzyć kodem „0:0”: zero dawania i zero brania.

Jakie są inne modele minimalizmu? Jak łatwo zgadnąć, ich kody to „0:1” i „1:1”. Model „0:1” jest chyba najwygodniejszy, bo polega na tym, że nic się społeczeństwu nie daje, ale korzysta się z jego pomocy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Dobrym przykładem osoby, która wydaje się żyć według tego modelu, jest John Wells. Ten starszy pan kiedyś pracował jako fotograf w Nowym Jorku, a obecnie mieszka na małej, samowystarczalnej energetycznie farmie pośrodku teksańskiej pustyni. Mieszkanie w dużej odległości od innych ludzkich siedzib nie oznacza w jego przypadku izolacji. Choć Wells chwali się, że żyje z dala od cywilizacji, to chętnie korzysta z internetu i codziennie zamieszcza swoje przemyślenia na blogu zatytułowanym „The Field Lab”. Sprzeczności w myśleniu Wellsa jest więcej. W artykule dla the New York Times twierdzi chociażby, że lubi być sam:

John Wells (zdj. z frugal-living.freeedom.com)

Nie potrafię sobie wyobrazić, że nie mieszkam sam. Nie podoba mi się wizja dostosowywania do kogoś mojego planu dnia. Nie ma dla mnie znaczenia, jakie by się z tym wiązały korzyści.

W tym samym artykule pojawia się jednak anegdota, z której wynika, że Wells nie potrafi zaakceptować konsekwencji, jakie wiążą się z samotnym życiem. Opowiada o pracy przy kontenerach, z których zbudowana jest jego farma:

Kiedy dostarczono kontenery pomyślałem sobie: “Co się stanie, jeśli drzwi się zatrzasną, a ja zostanę uwięziony w środku?” Patrzyłem w górę na kratownice i obawiałem się, że z nich spadnę. Zdałem sobie wtedy sprawę, że kamera internetowa jest środkiem bezpieczeństwa. Ktoś zawsze na mnie patrzy.

Dom Johna Wellsa (zdj. z frugal-living-freedom.com).

Jak widać, Wells nie ma nic przeciwko, żeby obserwowali go inni, kiedy może się okazać, że będzie potrzebował ich pomocy. We wszelkich innych sytuacjach tych samych ludzi traktuje jednak jako zawadę, ograniczenie ukochanej wolności. Wzbrania się przed odpowiedzialnością nie tylko za drugiego człowieka, ale nawet za miejsce, w którym żyje. Mówi, że postanowił przeprowadzić się do Teksasu, ponieważ „była to tak mała inwestycja, że gdyby nie wypaliła, to mógłbym dać sobie z nią spokój”. Jego filozofię życiową można w skrócie opisać jako: minimum zaangażowania, maksimum wolności. Stąd pewnie bierze się upodobanie, z jakim komunikuje się ze światem za pośrednictwem bloga. Dzięki „The Field Lab” ma możliwość, by z jednej strony swobodnie wyrażać siebie, a z drugiej by wchodzić tylko w takie interakcje, które nie obciążają go poczuciem odpowiedzialności za innych ludzi. Może brać od społeczeństwa w miarę potrzeb, a przy tym nie dawać w zamian praktycznie nic poza internetowymi notkami i filmikami, które wydają się służyć bardziej podbudowywaniu ego autora niż dzieleniu się jakąkolwiek wiedzą.

Oczywiście przypadek Wellsa jest skrajny i nie ma podstaw, by twierdzić, że każdy minimalista, który korzysta z internetu, robi to z egoistycznych pobudek. Bardzo często jest wręcz przeciwnie: wielu minimalistów świadomie decyduje, że nie chce odcinać się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ zależy im, by działać dla dobra ogółu. Jednym z nich jest Mark Boyle, autor takich książek, jak „The Moneyless Man” i „The Moneyless Manifesto”. Boyle na poważnie zaangażował się w promocję minimalizmu w roku 2007, kiedy to doszedł do wniosku, że „pieniądze doprowadzają do zaniku więzi między człowiekiem a jego działaniami”. Myśl ta skłoniła go do założenia Freeconomy Community, czyli internetowego serwisu umożliwiającego bezpłatne dzielenie się umiejętnościami i przedmiotami (obecnie działającego pod nazwą Streetbank).

Mark Boyle (zdj. z collaborativeconsumption.com).

Serwis szybko zdobył sporą popularność, a Boyle ciągle pracował nad jego rozwojem. W roku 2008 pojawiła się u niego myśl, by spróbować życia zupełnie bez pieniędzy, a tym samym stanął przed pytaniem: czy powinien odciąć się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ korzystanie z nich pociąga za sobą pewne koszty? Ostatecznie zdecydował, że będzie dalej używać komputera i internetu, by realizować swoje zobowiązania wobec użytkowników Freeconomy Community. Zrezygnował więc z ideologicznej czystości planowanego eksperymentu po to, by być bardziej użytecznym dla innych.

Przyczepa, w której Mark Boyle mieszkał przez ponad 2 lata (zdj. z theguardian.com).

Eksperyment Boyle’a się udał. Przez dwa i pół roku mieszkał bez pieniędzy w przyczepie kempingowej, przy czym korzystał z pewnych dóbr, które nie są darmowe (np. z internetu – opłacanego przez właścicieli farmy, na której pracował). Dzięki temu, że nie odciął się całkowicie od cywilizacji, udało mu zdobyć popularność i przyciągnąć do siebie ludzi zainteresowanych podobnym modelem życia. Z ich pomocą zorganizował wiele bezpłatnych wydarzeń, na przykład Freeconomy Feastival 2009, w ramach którego można było posłuchać koncertów, wziąć udział w różnego rodzaju warsztatach i zjeść trzydaniowy obiad. Z czasem jednorazowe inicjatywy przestały Boylowi wystarczać i pomyślał sobie, że świetnie byłoby uruchomić centrum kulturalno-edukacyjne, gdzie wszystkie atrakcje byłyby dostępne za darmo. Brzmi to jak mrzonka?

Może i projekt Boyle’a wydaje się utopijny, ale wszystko wskazuje na to, że uda się go urzeczywistnić w Galway na zachodzie Irlandii. Serwis permaculture.co.uk obwieścił bowiem niedawno, co następuje: „Mark Boyle stał się współzałożycielem pierwszego pubu bez pieniędzy. The Happy Pig będzie częścią An Teach Saor, czyli małego gospodarstwa permakulturowego opartego na idei gospodarki podarunku. Już niedługo The Happy Pig zacznie oferować darmowe warsztaty, darmową edukację, darmowe zakwaterowanie i, oczywiście, darmowy alkohol”.

Skąd nazwa „The Happy Pig”, czyli „Szczęśliwa świnia”? Z jednej strony jest to nawiązanie do historii budynku (który kiedyś pełnił funkcję chlewa), a z drugiej aluzja do angielskiego powiedzenia „Would you rather be a happy pig or a miserable philosopher?” („Czy wolałbyś być szczęśliwą świnią czy nieszczęśliwym filozofem”). Boyle i pozostali inicjatorzy projektu wolą to pierwsze i dlatego próbują stworzyć „miejsce, gdzie ludzie mogą się rozwijać, budować więzi społeczne, a także dzielić się zarówno praktycznymi umiejętnościami, które pomagają żyć w zdrowszej relacji do całego świata, jak i ideami, które leżą u podstaw takich transformacyjnych zmian. Ma to być miejsce, gdzie wszyscy możemy odkrywać w sobie szczęśliwe świnie”.

Tak wygląda obecnie The Happy Pig (zdj. z permaculture.co.uk).

Z informacji dostępnych w internecie wynika, że projekt jest już na ukończeniu. Kiedy patrzy się na zdjęcie niemal gotowego budynku, trudno nie zadać sobie pytania o to, w jaki sposób Boyle przeszedł od utopijnej wizji do namacalnych efektów. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu było z jednej strony jego ogromne zaangażowanie, a z drugiej otwartość na współpracę z innymi. Boyle nie tylko przeznaczył na The Happy Pig wszystkie dochody ze swoich książek, ale też przyciągnął do projektu wiele innych osób. Z pomocą wolontariuszy zdołał wyremontować chlew, a dzięki kampanii crowdfundingowej zebrał pieniądze na instalacje i wyposażenie wnętrza przyszłego centrum darmowej edukacji i kultury. Nowoczesne środki komunikacji posłużyły mu więc do realizacji celu, który ma przynieść korzyści całej społeczności.

Inaczej niż to było w przypadku bohaterów „Szczęśliwych ludzi” i Johna Wellsa, Boyle nie tylko nie odciął się od całkowicie od cywilizacji, ale wykorzystał jej zdobycze do wytwarzania społecznego dobra. Tym samym stał się wzorcowym realizatorem idei minimalizmu „1:1” – minimalizmu, w którym człowiek pozbywa się niepotrzebnych przedmiotów, ale nie odcina się od społeczeństwa i nie wyzbywa się odpowiedzialności za dobro innych.