Tag Archives: cohousing

Cohousing po francusku – ekologiczność, solidarność, lokalność

We wrześniu odwiedziłam projekt „Z’écobâtisseurs”, pierwszy ekologiczny cohousing we Francji, który znajduje się na północy kraju, w Normandii. Formalnie projekt położony jest w niewielkiej miejscowości Louvigny, jednak trafniejsze określenie jego lokalizacji to raczej „przedmieścia Caen”. Od centrum tego dużego miasta (największego w regionie Normandii Północnej) dzieli mieszkańców zaledwie 6 kilometrów, a dojazd mają wygodny dzięki rozbudowanej sieci transportu miejskiego, szerokiej drodze i niemal równie szerokiej trasie rowerowej.

dsc08346

Jedna ze ścieżek rowerowych w Caen. Na horyzoncie Christian, mój przewodnik po mieście i projekcie “Z’écobâtisseurs”.

Jak trafiłam do “Z’écobâtisseurs”?

O jakości trasy rowerowej przekonałam się osobiście, ponieważ Christian, mój przewodnik po okolicy, okazał się zapalonym cyklistą. Zaproponował, żebyśmy spotkali się w centrum Caen, przy Maison du Vélo (czyli Domu Rowerów). Wyobrażałam sobie, że Maison to po prostu punkt z rowerami do wypożyczenia, ale Christian szybko wytłumaczył mi, że w Maison rowery się nie tylko tanio wypożycza, lecz także sprzedaje, reperuje i promuje (ma tam swoje siedziby 6  lokalnych stowarzyszeń zrzeszających rowerzystów). Inicjatywa zaskoczyła mnie rozmachem – Maison zajmował sporej wielkości budynek, a same magazyny z rowerami w różnym stadium rozkładu (lub składu) zajmowały jedno całe piętro. W jednym z magazynów Christian pomógł mi wybrać rower do wypożyczenia i dwie minuty później byliśmy już z powrotem przy drzwiach Maison. Zanim ruszyliśmy w stronę Louvigny, mój przewodnik zasugerował, że mogę wpakować plecak do sakwy przy jego jednośladzie. Początkowo się wzbraniałam, bo nie chciałam nadużywać uczynności starszego pana, który mógłby być moim ojcem. Ostatecznie jednak dałam się przekonać i nie minęła chwila, a zdałam sobie sprawę, że była to słuszna decyzja – Christian narzucił takiego tempo jazdy, że nawet bez plecaka miałam problem, by za nim nadążyć.

dsc08381

Maison du Vélo w Caen – piękne miasto i świetna inicjatywa.

Jak w ogóle trafiłam na Christiana? Z pomocą przyszedł mi mój ulubiony portal Couchsurfing, z którego korzystam niemal zawsze, gdy planuję podróże. Napisałam tam do Christiana wiadomość i poprosiłam w niej o możliwość odwiedzenia „Z’écobâtisseurs” jako projektu zbliżonego do tego, który pomagam obecnie rozwijać w Warszawie. Kilka tygodni później byłam już w drodze do jego domu, który wraz z dwunastoma innymi szeregowcami i domem wspólnym składa się na „Z’écobâtisseurs” – ekologiczny cohousing o historii sięgającej roku 2006.

“Z’écobâtisseurs” – krótka (?) historia projektu

Christian okazał się nie tylko bardzo gościnnym i interesującym człowiekiem, lecz także idealnym źródłem informacji o historii projektu. Dowiedziałam się, że należał do pierwszych aktywistów działających na rzecz upowszechnienia odnawialnych źródeł energii we Francji, a projekt ekologicznego osiedla miał w głowie od wielu lat. Chciał, by osiedle powstało niedaleko centrum Caen, by pokazać, że budownictwo przyjazne środowisku jest propozycją zarówno dla wsi, jak i dla miasta. Przeszkodę w realizacji pomysłu stanowił jednak brak odpowiedniej działki. Sprawa ruszyła z miejsca dopiero wtedy, gdy w 2006 roku Christian wybrał się na lokalny festiwal Dni Zrównoważonego Rozwoju. Spotkał tam Pascala i usłyszał od niego o działce w Louvigny. Kończyła się tam właśnie budowa nowej dzielnicy, a władze były chętne, by ostatnią wolną działkę przekazać na projekt o charakterze ekologicznym.

louvigny-2

“A tutaj będziemy mieć taras i jeść na nim śniadanie” – przyszli mieszkańcy cohousingu oglądają działkę i wyobrażają sobie, jak będą mieszkać (2009 r., kadr z filmu “Les Z’écobâtisseurs, une utopie du m2”).

Christian i Pascal postanowili działać razem i pozyskać działkę na osiedle, które byłoby zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. Chcieli, by projekt „Z’écobâtisseurs” opierał się na trzech filarach:

  • filar środowiskowy – modelowe budownictwo ekologiczne;
  • filar społeczny – budownictwo oddolne w duchu gospodarki solidarności;
  • filar ekonomiczny – poszukiwanie rozwiązań dla osób o niższych dochodach i wsparcie dla gospodarki lokalnej.

Innymi słowy, postawili sobie za cel wybudowanie niedrogiego i ekologicznego cohousingu. Ich założenia były bardzo ambitne, ale początkowo nic nie wskazywało, że staną się źródłem sporych problemów. Władze Louvigny zdecydowały się wesprzeć ich pomysł – zarezerwowały wolną działkę w nowej dzielnicy i obiecały, że sprzedadzą ją po nieco niższej cenie, kiedy wszystko będzie już gotowe do rozpoczęcia budowy. Christian i Pascal zaczęli więc szukać osób, które chciałyby do nich dołączyć. Szybko powstała grupa 10 zainteresowanych rodzin, co pozwoliło przejść do kolejnego kroku: przygotowania projektu architektonicznego. Grupa zatrudniła architekta, który specjalizował się w rozwiązaniach przyjaznych środowisku, jednak efekt jego pracy nie okazał się w pełni satysfakcjonujący. Powstał projekt zdecydowanie zbyt kosztowny – jakby architekt nie wziął pod uwagę, że budynki miały być nie tylko ekologiczne, lecz także niedrogie. Poproszono go o modyfikacje, ale koniec końców nie udało mu się dostosować projektu do ograniczeń finansowych członków cohousingu. W rezultacie aż siedem rodzin z dziesięciu postanowiło się wycofać. Cierpliwość zaczęły wtedy tracić władze Louvigny – chciały, by grupa rozpoczęła niebawem budowę, a tymczasem brakowało większości członków i projektu architektonicznego.

louvigny-5

Jedno z wielu spotkań poświęconych omawianiu projektu architektonicznego osiedla (2009 r., kadr z filmu “Z’écobâtisseurs, une utopie du m2”).

Christian i Pascal nie dali za wygraną i zebrali nową grupę, w sumie 13 rodzin. Liczba członków cohousingu powiększyła się, aby spełnić oczekiwania władz Louvigny, które zdecydowały, że działkę należy wykorzystać efektywniej. Nowy projekt architektoniczny trzeba było więc przygotować tak, aby zmieścić na działce nie 10, ale 13 gospodarstw domowych. Na szczęście udało się znaleźć architektów, którzy podołali temu zadaniu. Zaprojektowali dwa rzędy domów szeregowych o powierzchni od 80 do 130 mkw. oraz dom wspólny o powierzchni 100 mkw. Wybrali takie technologie i materiały, które były ekologiczne, a jednocześnie niedrogie: drewniane szkielety, wypełnienia ze słomy i waty celulozowej, tynki wapienne. Oczywiście nie obyło się bez trudnych negocjacji między członkami cohousingu, ponieważ niektórym bardziej zależało na ekologiczności, a innym na przystępności cenowej domów. Architekci wzięli te różnice pod uwagę i, na przykład, zaproponowali nieco inne zadaszenia w poszczególnych rzędach szeregówek. Zadbali, by ich projekt był dostosowany do oczekiwań wszystkich  przyszłych mieszkańców, dzięki czemu w 2010 roku grupa przystąpiła wreszcie do budowy – 4 lata od pierwszego spotkania Christiana i Pascala.

louvigny-3

Plan zagospodarowania przestrzennego osiedla (z bloga “Z’écobâtisseurs”).

Sama budowa zajęła dobrych parę lat. Domy szeregowe ukończono w 2012 roku, a dom wspólny dopiero w roku 2016. Prace budowlane przeciągnęły się z wielu względów, m.in. dlatego że sporo czasu zajęło pozyskanie odpowiednich materiałów budowlanych. Członkom cohousingu zależało, by budować z materiałów nie tylko ekologicznych i niedrogich, lecz także lokalnych. Nie zawsze jednak takie materiały udawało się znaleźć i, na przykład, drewno potrzebne do postawienia szkieletów budynków trzeba było ostatecznie sprowadzić z Niemiec.

imgp4535_1024_m

Pierwsze prace budowlane (2010 r., zdj. z bloga “Z’écobâtisseurs”).

Rzecz jasna do spowolnienia budowy przyczyniły się też ograniczenia finansowe. Ponieważ wśród członków cohousingu znalazły się osoby bardziej i mniej zamożne, trzeba było znaleźć rozwiązania, które pozwoliłyby tym drugim pokryć koszty uczestnictwa w projekcie. Wspólnymi siłami grupa wypracowała trzy formy wsparcia finansowego dla tych, którzy nie mieli wysokich zarobków ani nieruchomości, które mogliby spieniężyć:

  • mniej zamożni członkowie pracowali więcej na budowie niż reszta i, w efekcie, w większym stopniu pokrywali koszty uczestnictwa własną pracą,
  • bardziej zamożni członkowie wykładali gotówkę na zakupy grupowe (np. pieców), a mniej zamożni spłacali im odpowiednią część tych wydatków w nieoprocentowanych ratach,
  • grupa weszła we współpracę z Nouvelle Économie Fraternelle, czyli pierwszym bankiem solidarnym (banque solidaire) we Francji, który wspiera projekty o wysokich walorach etycznych (np. związanych ze sprawiedliwym handlem czy ekologicznym budownictwem). Bank udzielił nisko oprocentowanych pożyczek mniej zamożnym członkom cohousingu, ale nie były to pożyczki na wiele lat. Według informacji, które otrzymałam od Christiana, wszystkie zobowiązania wobec Nouvelle Économie Fraternelle zostały już spłacone.
p1000781_m

Przyszli mieszkańcy cohousingu wspólnie pracują nad wypełnieniem drewnianego szkieletu budynku kostkami słomy (2010 r., zdj. z bloga “Z’écobâtisseurs”).

“Z’écobâtisseurs” a zrównoważony rozwój

Realizacja projektu była skomplikowana i czasochłonna, ale wysiłki członków cohousingu nie poszły na marne. Stworzyli świetne osiedle, które odpowiada początkowym założeniom i opiera się na trzech filarach: środowiskowym, społecznym i ekonomicznym. W czasie pobytu w Louvigny przekonałam się, że cele sformułowane u zarania projektu, czyli w roku 2006, zostały urzeczywistnione, a cohousing „Z’écobâtisseurs” realizuje ideę zrównoważonego rozwoju poprzez:

  • Ekologiczność

Budynki są niskoenergetyczne – średnie zużycie energii wynosi 36 kW/m²/rok. Niskiemu zużyciu energii sprzyjają m.in:

  • orientacja budynków w taki sposób, by najczęściej używane pomieszczenia miały duże okna wychodzące na południe, a pomieszczenia takie jak łazienki miały małe okna wychodzące na północ – służy to maksymalnemu wykorzystaniu energii słonecznej;
  • zastosowanie ekologicznych materiałów o dobrych właściwościach izolacyjnych, np. słomy czy waty celulozowej;
  • zastosowanie nowoczesnego systemu ogrzewania z wykorzystaniem paneli fotowoltaicznych.
dsc08370

Domy od strony południowej.

2017-01-29-17-30-34

Taras po stronie południowej i domy od strony północnej.

Osiedle nie jest samowystarczalne energetycznie, ale wybiera wyłącznie takich dostawców energii, którym bliskie są zasady zrównoważonego rozwoju – na przykład energia elektryczna pochodzi od Enercoop, czyli spółdzielni dostarczającej energię wyłącznie ze źródeł odnawialnych. Obecnie trwają prace nad stworzeniem systemu carsharingu, tak by poszczególne rodziny nie musiały mieć własnych samochodów.

  • Solidarność

Mieszkańcy nie tylko wybudowali domy dla poszczególnych rodzin, lecz także postawili dom wspólny, w którym mogą przygotowywać wspólne posiłki, organizować imprezy i przyjmować gości. Na razie dom wykorzystywany jest przede wszystkim do organizowania imprez urodzinowych, ale członkowie cohousingu udostępniają go także zaprzyjaźnionej organizacji pozarządowej, dzięki czemu może ona zapewniać tymczasowe schronienie uchodźcom. Nie istnieje grafik regularnych działań w domu wspólnym – imprezy i wspólne posiłki odbywają ad hoc.

dsc08372

Dom wspólny po lewej.

Mieszkańcy wspólnie korzystają z domu wspólnego, a także ze wspólnego ogrodu. Mają prywatne ogródki, które znajdują się przy ich domach, ale oprócz tego – pomiędzy domami – znajduje się spory ogród, w którym znajdują się drzewa owocowe oraz przestrzeń do wypoczynku oraz zabawy dla dzieci.

Cohousing nie ma struktury hierarchicznej, więc głos każdego mieszkańca jest równie ważny. Na etapie budowy mieszkańcy działali w podzespołach, które odpowiadały za poszczególne aspekty prac: kontakt z podwykonawcami, zagadnienia architektoniczne, prawne i finansowe. Obecnie nie ma już formalnie wyodrębnionych podzespołów, a zarządzanie osiedlem odbywa się w ramach regularnych spotkań ogółu mieszkańców. Uczestnicy spotkań dążą do powszechnej zgody i podejmują decyzje drogą konsensusu.

dsc08367

Wspólny ogród.

  • Lokalność

Mieszkańcy nie zamykają się w ramach osiedla, a ich obecność wzmacnia społeczność lokalną. W bezpośrednim pobliżu cohousingu działa miejski ogród, którego animatorem jest Christian. Mieszkańcy osiedla aktywnie uczestniczą też w kooperatywie spożywczej – zachęcają sąsiadów z okolicznych budynków do składania wspólnych zamówień na ekologiczne produkty żywnościowe. Na obrzeżach cohousingu znajduje się mały budynek mieszczący ekologiczną piekarnię. Prowadzi ją jeden z mieszkańców, Philippe, który piecze najlepsze croissanty z migdałami, jakie w życiu jadłam. Choćby ze względu na nie warto odwiedzić Louvigny – człowiek wyjeżdża w przekonaniu, że nie ma się co zrażać przeszkodami związanymi z  tworzeniem innowacyjnych projektów mieszkaniowych, bo bez pracy nie ma kołaczy ani – w wersji francuskiej – pysznych croissantów ;).

dsc08353

Ogród miejski animowany przez Christiana, jednego z mieszkańców cohousingu.

PS. Osoby zainteresowane „Z’écobâtisseurs” zachęcam do zajrzenia na bloga projektu, gdzie znajdują się zdjęcia obrazujące poszczególne etapy prac budowlanych. Polecam także bardzo ciekawy film „Les Z’écobâtisseurs, une utopie du m²”, w którym można posłuchać mieszkańców cohousingu (w tym wszystkich osób wspomnianych powyżej), jak również burmistrza, architektów, prawników i przedstawicieli instytucji finansowych, które zaangażowały się w projekt.

Advertisements

Gdzie znaleźć informacje o polskich wspólnotach, które mieszkają inaczej?

Kiedy zaczęłam pracować nad artykułem o cohousingu w Polsce (który ma się ukazać na łamach „Wytwórców” w najbliższych tygodniach), pojawił się pomysł, żeby stworzyć mapę polskich cohousingów. Pomysł ten jednak umarł, zanim się na dobre narodził, ponieważ okazało się, że nie ma w Polsce ani jednej grupy, którą można by uznać za cohousing.

Czym bowiem jest cohousing? To osiedle, gdzie oprócz mieszkań lub domów przeznaczonych dla poszczególnych rodzin, istnieje przestrzeń wspólna, która umożliwia mieszkańcom regularne spotkania. Może być to wspólny ogród, dom wspólnoty itp. Rozwiązania architektoniczne są różne, ponieważ cohousing stanowi inicjatywę oddolną, a jego mieszkańcy biorą udział w pracach nad projektem osiedla. Kiedy budynki i przestrzeń wspólna są już gotowe, współpraca między mieszkańcami wcale się nie kończy. Przechodzą oni do etapu wspólnego zarządzania wybudowanym osiedlem, a celem, którym im przyświeca, jest mieszkanie w przyjaznym i bezpiecznym sąsiedztwie. Ponieważ mieszkańcy chcą być dla siebie po prostu dobrymi sąsiadami, nie stawiają sobie nawzajem wymagań związanych z prowadzeniem określonego stylu życia czy przynależnością do określonej religii czy grupy politycznej. Istotą cohousingu jest otwartość na różnorodność – dlatego właśnie nie można wskazać jednej głębszej „ideologii”, która łączy wszystkich jego mieszkańców.

Mapa cohousingów w Polsce ;).

Mapa cohousingów w Polsce (jak łatwo się domyślić, mojego autorstwa ;).

Co w sytuacji, gdy mieszkańców jakaś „ideologia” łączy? Nie mamy wówczas do czynienia z cohousingiem, ale ze wspólnotą intencjonalną, czyli grupą ludzi, którzy mieszkają razem, ponieważ z jednej strony zależy im na życiu w przyjaznym sąsiedztwie, a z drugiej – chcą realizować dodatkowe cele, na przykład wyznawać wspólnie jakąś religię czy prowadzić razem ekologiczne gospodarstwo rolne. Takich wspólnot jest w Polsce przynajmniej kilkanaście. Mamy już w naszym kraju ekowioski, czyli wspólnoty, których mieszkańcy chcą żyć w zgodzie z naturą i organizują swoje osiedla w taki sposób, by miały one jak najmniejszy wpływ na środowisko (na przykład poprzez stosowanie alternatywnych źródeł energii i permakultury). Oprócz tego stosunkowo popularne są w Polsce colivingi, to jest domy zamieszkiwane wspólnie przez osoby, które łączy ta sama religia, hobby czy przynależność do jednego ruchu społecznego. Choć wspólnoty intencjonalne są w naszym kraju znacznie liczniej reprezentowane niż cohousingi, to mówi się o nich stosunkowo niewiele. Trudno też znaleźć wiarygodne i aktualne informacje na ich temat. Gdzie ich szukać?

Chyba najbardziej uporządkowany zbiór danych można znaleźć w książce Eurotopia. Living in community. Directory of communities and ecovillages in Europe, która ukazała się w zeszłym roku dzięki pracy mieszkańców niemieckiej ekowioski Sieben Linden. Książka stanowi zestawienie 429 wspólnot intencjonalnych z całej Europy, w tym z Polski. Dla każdego kraju sporządzona jest mapka, dzięki której łatwo się zorientować w położeniu poszczególnych wspólnot. Na mapce Polski zaznaczonych jest siedem wspólnot: ekoosada Bardo, ekowioska Barkowo, ekowioska Bhrugu Aranya, Bushcraft Berlin & Biber Camp Bronków, społeczność L.A.S., Przysiółek Mącze i Realearth.

mapa polski

Mapa polskich wspólnot intencjonalnych (skan z „Eurotopii”).

Każda wspólnota z mapki ma oddzielny opis, w którym – oprócz danych kontaktowych – można znaleźć informacje o:

  • dacie powstania;
  • stopniu, w którym wspólnota jest samowystarczalna żywieniowo (symbol: chłopek z taczką);
  • liczbie mieszkańców;
  • językach, które znają mieszkańcy;
  • liczbie mieszkańców, którzy pracują w obrębie wspólnoty na co dzień (symbol: młotek);
  • sposobie podejmowania decyzji;
  • sposobie finansowania wspólnoty;
  • formie własności (symbol: klucz);
  • głównych obszarach działania (symbol: biała dłoń na czarnym tle);
  • słowach-kluczach istotnych dla wspólnoty;
  • możliwości dołączenia do wspólnoty (jeśli taka istnieje, to opisowi towarzyszy symbol uśmiechniętej buźki);
  • możliwości odwiedzenia wspólnoty jako wolontariusz (jeśli taka istnieje, to opisowi towarzyszy symbol dwóch czarnych dłoni).
bardo osada

Opis polskiej ekoosady Bardo (skan z „Eurotopii”).

Jak widać na przykładzie opisu ekoosady Bardo, „Eurotopia” oferuje sporo nieźle uporządkowanych informacji, ale nie zawsze są to informacje konkretne. Nie do końca chociażby wiadomo, jaka jest struktura własności wspólnoty (z określenia „property”, czyli „własność”, niewiele wynika), ani dlaczego jednym ze słów-kluczy Barda jest „humour”, czyli „humor”. Brak też szczegółowych informacji o sposobie, w jaki osada osiąga wysoki (bo 50-procentowy) stopień samowystarczalności żywieniowej. Opis jest na tyle ogólnikowy, że raczej podsyca ciekawość niż ją zaspokaja. Na szczęście do opisu dołączone są dane kontaktowe, dzięki czemu zainteresowany czytelnik może drążyć temat dalej – odwiedzić stronę internetową wspólnoty, wysłać maila lub zadzwonić do jej mieszkańców.

Powodem, dla którego informacje zamieszczone w „Eurotopii” są często bardzo ogólnikowe, jest sposób, w jaki je zebrano. Książka powstała na podstawie ankiet, które zostały rozesłane do poszczególnych wspólnot. Ich mieszkańcy mieli swobodę w decydowaniu, na które pytania chcą odpowiadać, a ich odpowiedzi nie były weryfikowane przez żadne osoby trzecie. Autorzy nie mieli funduszy ani fizycznej możliwości, żeby odwiedzić każdą z ponad 400 wspólnot opisanych w książce, przez co nie pozostało im nic innego, jak tylko optymistycznie założyć, że informacje z odesłanych ankiet są trafne i aktualne. Trudno powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest i czy dane dotyczące polskich wspólnot odzwierciedlają rzeczywistość. Zastanawia chociażby, w jaki sposób mieszkańcy wyliczyli stopień swojej niezależności żywieniowej…

Summa summarum, fragment „Eurotopii” poświęcony polskim wspólnotom pozostawia czytelnikowi poczucie niedosytu. Po jego lekturze nie sposób nie zadać sobie pytania: „Czy nie ma lepszego źródła informacji o polskich wspólnotach? Czy nie istnieje dokładniejsze zestawienie sporządzone przez Polaków w języku polskim?”

Niestety takie zestawienie na razie nie istnieje, a anglojęzyczna „Eurotopia” jest ciągle najlepiej opracowaną bazą informacji o wspólnotach intencjonalnych, które istnieją w naszym kraju. W polskim internecie można znaleźć kilka stron poświęconych wspólnotom intencjonalnym, ale żadna nie zawiera uporządkowanego i sprawdzonego zestawu danych.

Stosunkowo najbardziej podobna do bazy z „Eurotopii” jest baza zamieszczona na polskim portalu COHOTO, który oferuje narzędzia pomagające „organizować i zarządzać działaniami takich grup jak: „wspólnoty mieszkaniowe (mieszkania, domy, akademiki, osady); grupy tematyczne (hobbystyczne), grupy edukacyjne (muzyczne, językowe), grupy coworkingowe (kluby, zespoły, stowarzyszenia), kooperatywy spożywców itp.” (więcej informacji o narzędziach oferowanych bezpłatnie przez twórców portalu można znaleźć w zakładce „Co to COHOTO”). Grupy, które korzystają z portalu, uwzględnione są na liście grup, ale same decydują, jak szczegółowe informacje chcą udostępniać publicznie. Jeśli zależy im na zachowaniu prywatności, to nie muszą podawać miejscowości, w której się znajdują, zamieszczać opisu swoich działań, ani nawet określać, jakiego rodzaju grupę dokładnie stanowią. W rezultacie czasem trudno stwierdzić, czy konkretna grupa jest wspólnotą intencjonalną, czy może tworzą ją ludzie, którzy nie mieszkają razem, a tylko spotykają się w ramach jakiegoś stowarzyszenia czy klubu zainteresowań. Dane podawane przez członków poszczególnych grup nie podlegają weryfikacji, przez co nie wiadomo, na ile odzwierciedlają stan rzeczywisty. Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany daną grupą, to może spróbować się z nią skontaktować i uzyskać więcej informacji – portal ułatwia nawiązywanie kontaktu, ponieważ do profilu każdej grupy dołączony jest przycisk „wyślij wiadomość do grupy”.

dwie lampy

Profil colivingu Dwie Lampy na portalu COHOTO (zrzut ekranu z cohoto.net).

Jak na razie COHOTO wydaje się najlepszym źródłem informacji o polskich colivingach, czyli domach dzielonych przez osoby o podobnych zainteresowaniach, stylu życia itp. Colivingi nie są w ogóle uwzględnione w „Eurotopii”, tymczasem na COHOTO można znaleźć wzmianki o takich polskich domach, jak wrocławskie Dwie Lampy czy Muzyczarnia.

Jeśli natomiast chodzi o polskie ekowioski, to – oprócz „Eurotopii” – można polecić następujące polskie strony internetowe:

ekoosada.pl – w dziale „Linkownia” zamieszczono kilka odnośników do stron poszczególnych ekowiosek;

polska podstrona Globalnej Sieci Ekowiosek – można tam znaleźć mapę ekowiosek w Europie, ale zaznaczone są niej tylko dwie ekowioski z Polski;

dobraidea.pl – jest tam kilka ciekawych tekstów na temat ekowiosek w Polsce, przy czym najnowszy tekst pochodzi z roku 2012;

– profil na Facebooku o nazwie „Ekowioski, Ekoosady, Alternatywne Społeczności” – chyba jest to obecnie najlepsze źródło informacji o bieżących wydarzeniach związanych z polskimi ekowioskami.

Niestety ciągle brakuje w miarę kompletnej bazy danych o polskich wspólnotach, które mieszkają inaczej – bazy ze sprawdzonymi informacjami o ekowioskach i colivingach, a w przyszłości także o cohousingach (bo wierzę, że te się wreszcie w naszym kraju pojawią). Tym bardziej więc ściskam kciuki za projekt Stowarzyszenia FREEDOM, którego celem jest stworzenie bazy polskich alternatywnych społeczności oraz opublikowanie jej w internecie. Baza ma powstać na podstawie odwiedzin w poszczególnych wspólnotach, co pozwala przypuszczać, że znajdą się w niej informacje bardziej konkretne i wiarygodne niż te, które zamieszczone są chociażby w „Eurotopii”. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej o tym projekcie, to polecam zajrzeć na Facebooka na profil „Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne Freedom”.

freedom

Informacje o projekcie Stowarzyszenia FREEDOM (zrzut ekranu z Facebooka).

Wolność, równość, siostrzeństwo? Dziwne losy Domu Bab-Jag w podparyskim Montreuil

W 2009 roku trafia mi w ręce artykuł „Jesień feministki”, portret Therese Clerc, jednej z liderek francuskiego ruchu feministycznego. Therese jest w nim przedstawiona jako energiczna osiemdziesięciolatka i liderka lokalnej społeczności. Widać, że autorka tekstu jest zachwycona swoją bohaterką, opisuje ją bowiem jako „królową”:

Tego wieczoru, jak zwykle, królowała w swoim Domu Kobiet w Montreuil. Wokół niej wirował mały tłum młodych Arabek, Mulatek i Azjatek. Niektóre z dziećmi, inne przyszły same. Ona w bluzce z dekoltem, siwe włosy spięte w kok, bystre spojrzenie. Egzotyczna kolia na nagiej szyi. Nic z kruchości babci czy z dystynkcji starszej damy. Pełna życia i ciepła. Nic nie umyka jej uwadze, każdego wita od progu. – Jak się masz, sarenko? – woła do Marokanki. – Mówiłam ci, nie zadawaj się z nim, ale mnie nie posłuchałaś – mówi przez telefon. Garną się do niej młode. – Kiedy jej nie ma – mówią – jest tu nudno.

Therese Clerc (zdj. z wysokieobcasy.pl).

Z artykułu dowiaduję się, że Dom Kobiet to feministyczne centrum kultury i pomocy prawnej, które powstaje z inicjatywy Therese w roku 1999. W miarę jak centrum staje się stałym elementem krajobrazu podparyskiego Montreuil, inicjatorka projektu dochodzi do wniosku, że czas na nowe wyzwanie. Postanawia stworzyć  dom mieszkalny dla starszych kobiet. Nie nazywa go cohousingiem, ale nietrudno zauważyć podobieństwa między jej pomysłem a zasadami, na których opierają się cohousingi senioralne:

Zakłada dom starości, jakiego jeszcze nie było. Wszystko, tylko nie spokojnej. – Nasz dom będzie samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny – mówi. Chce w nim zamieszkać już w 2009 r. Taka komuna dziarskich staruszek. Wiek od 70 do 90 lat. 

Projekt Therese wydaje mi się na tyle ciekawy, że zaczynam śledzić dalsze jego losy. Co pewien czas wpisuję w wyszukiwarce nazwę planowanego domu: „La Maison des Babayagas”, czyli „Dom Bab-Jag”. Najważniejsza wiadomość pojawia się w roku 2012 – wtedy kończy się budowa domu i wprowadzają się do niego pierwsze mieszkanki. Wygląda na to, że projekt jest sukcesem, ponieważ kobiety należące do Stowarzyszenia Bab-Jag nie osiadają na laurach, a koniec budowy nie oznacza kresu ich aktywności. Zgodnie z zapowiedziami Therese dom staje się centrum licznych działań na rzecz lokalnej społeczności. W pokoju wspólnym mieszkanki zaczynają organizować otwarte warsztaty i wykłady. Czytam o tych wszystkich inicjatywach na stronie internetowej Domu Bab-Jag i obiecuję sobie, że kiedyś go odwiedzę.

Na jakiś czas przestaję się interesować Baba-Jagami i przypominam sobie o nich dopiero dwa miesiące temu, tuż przed wyjazdem do Paryża. Próbuję znaleźć na ich stronie informacje o możliwości odwiedzin, bo mam wrażenie, że kiedyś o takiej możliwości czytałam. Z zaskoczeniem jednak stwierdzam, że strona Stowarzyszenia Bab-Jag już nie istnieje. Szukam więc alternatywnych sposobów na skontaktowanie się z mieszkankami. Piszę bezpośrednio do Therese Clerc, potem wysyłam maila na adres Domu Kobiet w Montreuil. Nikt mi nie odpowiada.

Tracę nadzieję na odwiedziny w Domu Bab-Jag, ale postanawiam pojechać mimo wszystko do Montreuil. Zakładam, że nawet jeśli nie dotrę do nikogo związanego z Baba-Jagami, to chociaż zajrzę do Domu Kobiet, aby porównać działanie tego centrum z aktywnością wrocławskiego Centrum Praw Kobiet, w którym jestem wolontariuszką.

Kiedy po niemal godzinnej podróży metrem docieram do Montreuil, zaskakuje mnie małomiasteczkowy klimat dzielnicy. Przechodzę przez kilka spokojnych ulic i błyskawicznie docieram do centrum, gdzie ma znajdować się Dom Kobiet. „Pewnie jest gdzieś na piętrze, oznaczony małą tabliczką, żeby za bardzo nie rzucał się w oczy” – myślę sobie, bo przecież tak wyglądają siedziby organizacji feministycznych w Polsce. Nie chcę przeoczyć celu mojej podróży, szukam go więc, kierując się wskazówkami z Google Maps. Jak się okazuje, jest to niepotrzebna przezorność, bo Domu Kobiet nie można nie zauważyć. Nie kryje się on na piętrze ani w bramie, ale stoi na parterze, a jego fasada nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z centrum praw kobiet.

Dom Kobiet w Montreuil.

Dom Kobiet

Wchodzę do środka i zaczynam się rozglądać. Zauważam sporą biblioteczkę z literaturą feministyczną oraz liczne ulotki informujące o wykładach poświęconych „feminizmowi”, „feministycznych” śpiewach i innych wydarzeniach z „feminizmem” w nazwie. Szybko dochodzę do wniosku, że słowo „feminizm” najwyraźniej nie jest tu tak podejrzane jak w Polsce, gdzie unikają go nawet niektóre organizacje feministyczne (zamiast o feminizmie mówią więc o równouprawnieniu czy prawach kobiet). Kiedy więc podchodzi do mnie pracowniczka Domu Kobiet, od razu mówię jej, że interesuję się tym miejscem, ponieważ bliskie są mi idee feministyczne. Rozpoczęcie rozmowy od „Cześć. Jestem feministką” zapewnia mi ciepłe przyjęcie. Pracowniczka Domu Kobiet chętnie przechodzi ze mną na angielski i udziela szczegółowych informacji o działaniach centrum. Okazuje się, że jest Dom Kobiet to organizacja, która z jednej strony świadczy pomoc ofiarom przemocy domowej, a z drugiej, promuje feminizm, np. poprzez dyskusje poświęcone najważniejszym książkom i postaciom ruchu feministycznego.

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa “feminizm”.

Gdy mówię, że przyjechałam do Montreuil przede wszystkim po to, by dowiedzieć się więcej o projekcie domu mieszkalnego dla starszych kobiet, pracowniczka Domu Kobiet zaczyna wydzwaniać po osobach, które mogłyby mi o nim opowiedzieć . Telefon odbiera jedna z mieszkanek Domu Bab-Jag. Kiedy słyszy, że przyjechałam z Polski i chcę zadać parę pytań, zaprasza mnie do siebie. Jestem w lekkim szoku – nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam się z tak wielką gotowością do pomocy, zwłaszcza że nie mówię zbyt dobrze po francusku i proszę o informacje w języku angielskim.

Efekt mojej wyprawy do Montreuil jest więc o wiele lepszy niż zakładałam. Udaje mi się zobaczyć Dom Bab-Jag nie tylko z zewnątrz, ale i od środka. Jak na budynek komunalny jego standard jest bardzo wysoki. To nowoczesny apartamentowiec, w którym znajdują się 24 mieszkania (o powierzchni 40 m kw. każde), a także spore pomieszczenie wspólne ulokowane na parterze. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa akurat remont pomieszczenia wspólnego. Dlaczego trzeba je remontować, skoro budynek lśni nowością? Odpowiedź jest zaskakująca, ale o tym za chwilę.

IMG_0938

Dom Bab-Jag

IMG_0939

Dom Bab-Jag

Najpierw kilka słów o mieszkance, dzięki której mogę uzyskać wgląd w historię i obecną sytuację Domu Bab-Jag. Moją rozmówczynią jest Odette, feministka zaangażowana w działania na rzecz praw lesbijek. Opowiada, że z projektem budynku mieszkalnego dla starszych kobiet jest związana od roku 2012. Dołącza wtedy do grupy 21 przyszłych mieszkanek  domu, którego budowa dobiega właśnie końca. Cieszy się na myśl o zamieszkaniu w taniej kawalerce – ma ją wynajmować w preferencyjnej cenie od spółki, która zarządza budynkiem  w imieniu miasta. Zanim dom zostaje oddany do użytku, dochodzi jednak do ostrego konfliktu między liderką inicjatywy, wspomnianą wyżej Therese Clerc, a resztą mieszkanek. Konfliktu nie udaje się zażegnać i w efekcie niemal wszystkie kobiety, które mają zamieszkać w Domu Bab-Jag , postanawiają wycofać się z projektu. Z pierwszego składu Bab-Jag pozostają tylko dwie osoby: Odette oraz Therese.

IMG_0932

Odette, czyli moje źródło informacji o Domu Bab-Jag.

Co sprawia, że tyle kobiet rezygnuje z zamieszkania w domu, o którego budowę starały się dobre parę lat? Jak wyjaśnia Odette, podstawowe źródło problemów tkwi w despotyzmie Therese Clerc. Choć Therese kreśli wizję domu samorządnego, to w rzeczywistości oczekuje, że wszyscy będą się jej podporządkowywać. Nie znosi głosów sprzeciwu i nie chce uczyć się współpracy w ramach grupy o demokratycznej strukturze. Nie słucha mediatorów, którzy pojawiają się na zebraniach kobiet z pierwszej ekipy. Mediatorzy mają uczyć przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag, jak komunikować się bez przemocy. Therese szybko  traci jednak do nich cierpliwość. Stwierdza, że ich porady są niewiele warte i przestaje ich zapraszać.

Zamiast słuchać mediatorów, Therese woli forsować swoją wizję inicjatyw, które powinny być podejmowane przez Baby-Jagi. Wychodzi na przykład z pomysłem, by zorganizować w domu darmową łaźnię dla kobiet z okolicy. Uważa, że taka łaźnia to świetny sposób na integrację imigrantek, ale nie bierze pod uwagę kosztów wody i energii, które wiążą się z jego realizacją. Nie zauważa też, że prowadzenie łaźni wymaga sporego nakładu pracy i że przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag mogą nie podołać tak ambitnemu projektowi, skoro do najmłodszych już nie należą. Kiedy kobiety z pierwszej ekipy próbują przekonać samozwańczą liderkę, że łaźnia nie jest pomysłem na ich siły, Therese wpada w furię. Zarzuca im, że są „głupimi rasistkami”, a one tracą cierpliwość i – koniec końców – decydują, że nie chcą już dłużej należeć do Stowarzyszenia Bab-Jag. Łaźnia ostatecznie nigdy nie powstaje.

Kiedy z projektu wycofują się wszystkie kobiety poza Therese i Odette, trzeba szybko znaleźć kogoś na ich miejsce. Dom jest przecież prawie gotowy, a władze miejskie nie zamierzają płacić za utrzymywanie pustego budynku. Obowiązki związane z selekcją nowych mieszkanek spadają na Odette. Moja rozmówczyni twierdzi, że Therese nie chce zajmować się rekrutacją, ponieważ „woli koncentrować się na ideach, a nie na sprawach praktycznych”. Kiedy więc Odette zbiera drugą ekipę mieszkanek, Therese promuje Dom Bab-Jag w mediach. Udziela licznych wywiadów, w których przedstawia swój projekt jako pełen sukces. Nie wspomina jednak dziennikarzom o konflikcie z pierwszą ekipą, gdyż  – i tu znów słowa Odette – „nie potrafi przyznać się do porażki i uważa, że wszystko, co robi jest słuszne”.

Ostatecznie udaje się sformować drugą ekipę złożoną z 21 kobiet w wieku od 60 do 89 lat. Pod koniec 2012 roku nowe Baba-Jagi wprowadzają się do ukończonego już budynku. Każda zajmuje po jednej kawalerce, a pozostałe trzy mieszkania zostają wynajęte osobom młodym. W ten sposób zostają spełnione wymogi stawiane przez głównego sponsora projektu, czyli władze miejskie. Urzędnicy nie zgadzają się, by wszystkie mieszkania były zajmowane przez starsze kobiety, ponieważ obawiają się oskarżeń o dyskryminowanie ludzi w młodszym wieku. Oprócz tego istnieje ryzyko pojawienia się innych zarzutów, na przykład o to, że miejskie pieniądze wydawane są na pomoc osobom zamożnym. Urzędnicy decydują więc, że tanie mieszkania w nowo powstałym budynku przysługują wyłącznie tym Baba-Jagom, które nie są właścicielkami nieruchomości. Informują, że jeśli któraś kobieta ma mieszkanie, to musi je sprzedać, żeby móc wynająć od miasta kawalerkę.

Gdy Therese dowiaduje się o warunkach stawianych przez urzędników, reaguje oburzeniem. Stwierdza, że nikt nie będzie jej dyktował, co może, a czego nie może posiadać. Nie sprzedaje swojego mieszkania, a tym samym nie zyskuje prawa do zamieszkania w Domu Bab-Jag. Chociaż nie staje się jego mieszkanką, nie ma zamiaru tracić kontroli nad jego dalszymi losami. Cały czas pozostaje nieformalną liderką Stowarzyszenia Bab-Jag, do którego należą wszystkie starsze kobiety, które zamieszkały w domu. Jak twierdzi Odette, pozycja outsiderki jest dla Therese wygodna. Może jątrzyć spory, a potem stwierdzać, że rozwiązanie konfliktu to nie jej problem i że wraca do swojego mieszkania. „Człowiek ma większą motywację, żeby dążyć do zażegnania sporu, jeśli mieszka w miejscu, którego spór dotyczy” – zauważa Odette i opowiada, że wymiana ekipy nie przynosi końca konfliktów między Therese a resztą Bab-Jag. Wśród nowych mieszkanek szybko zaczynają pojawiać się głosy sprzeciwu wobec despotycznych zapędów liderki Stowarzyszenia. Nie mija wiele czasu, a dochodzi do kolejnego rozłamu. Szesnaście kobiet decyduje się wystąpić ze Stowarzyszenia Bab-Jag po to, by założyć własne stowarzyszenie – takie, w którym nie ma liderki, a decyzje są podejmowane w sposób demokratyczny. Wśród tych kobiet jest i Odette. W Stowarzyszeniu Bab-Jag pozostaje tymczasem zaledwie pięć osób: Therese oraz cztery kobiety, które ciągle trzymają jej stronę.

Pomieszczenie wspólne w Domu Bab-Jag - kiedyś odbywały się w nim otwarte dyskusje i warsztaty, a obecnie trwa w nim remont.

Zamknięte drzwi do pomieszczenia wspólnego w Domu Bab-Jag. Kiedyś odbywały się tam otwarte dyskusje i warsztaty, ale obecnie trwa remont.

Konflikt między Therese a mieszkankami, które zdecydowały się opuścić Stowarzyszenie Bab-Jag, jest brzemienny w skutki. Okazuje się, że jedno pomieszczenie wspólne jest niewystarczające dla dwóch zwaśnionych grup. Ponieważ pomieszczenie pozostaje pod kontrolą Stowarzyszenia Bab-Jag, a Therese nie chce go udostępniać, pojawia się potrzeba, by podzielić je na dwie części: po jednej dla każdego stowarzyszenia. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa właśnie remont, który ma doprowadzić do powstania dwóch odrębnych pomieszczeń. Oczywiście zastanawia mnie, dlaczego władze miejskie tolerują Therese i nie próbują się jej pozbyć, aby zaprowadzić  wreszcie zgodę wśród mieszkanek. Odette tłumaczy mi, że Therese ma bardzo mocną pozycję, bo jest znana i wpływowa. Tezę tę potwierdzają artykuły prasowe, z którymi zapoznaję się po powrocie do Polski. W artykule z „Liberation” czytam o konfliktach z udziałem Therese – ich charakterystyka zgadza się z tym, co usłyszałam od Odette. Opisowi burzliwych losów Domu Bab-Jag towarzyszą komentarze Jeana-Michela Blery, urzędnika miejskiego odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową Montreuil. Mówi on o Therese, co następuje: „Therese Clerc to prawdziwy guru! Choć jej utopijna idea jest dobra, to należy do osób, którym trudno jest przejść od idei do praktycznego projektu”. Urzędnik zauważa wady Therese, a mimo to jest przekonany, że Dom Bab-Jag nie może bez niej funkcjonować, ponieważ: „projekt tego domu narodził się w jej głowie i nigdy nie zostałby zrealizowany, gdyby nie jej determinacja i popularność w mediach”.

Ponieważ pomieszczenie wspólne jest w remoncie, a do wspólnego ogrodu dotrzeć można tylko przez to pomieszczenie, żadna z grup nie dysponuje obecnie przestrzenią do spotkań. Dom, który miał być „samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny”, nie różni się więc chwilowo od zwykłych budynków wielorodzinnych, w których mieszkańcy zamieniają czasem kilka słów, ale nie podejmują razem żadnych istotnych działań. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja zmieni się wraz z końcem remontu i że pojawią się wtedy jakieś formy życia w grupie. Odette zapowiada, że członkinie jej stowarzyszenia planują wspólnie organizować wydarzenia dla lokalnej społeczności. Być może dzięki takim inicjatywom uda im się dotrzeć do okolicznych imigrantek w sposób, który jest trochę mniej energochłonny niż prowadzenie łaźni.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Jak widać, od czasu rozpoczęcia remontu pomieszczenia wspólnego mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Od czasu, gdy zaczął się remont pomieszczenia wspólnego, mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Czy Dom Bab-Jag stanie się kiedyś cohousingiem senioralnym, którym był przez długi czas w moich wyobrażeniach? Trochę w to wątpię, bo przecież istotą cohousingu jest przyjazne sąsiedztwo, a trudno mówić o takim sąsiedztwie w sytuacji, kiedy jeden budynek dzielą przedstawicielki dwóch zwaśnionych stowarzyszeń. Chciałabym być optymistką i wierzyć, że między stowarzyszeniami dojdzie kiedyś do porozumienia, ale wiem, że o zgodzie nie może być mowy tak długo, jak Therese odrzuca możliwość kompromisu. Na razie niestety nic nie wskazuje na to, żeby Therese miała brać kompromis pod uwagę. Od lat jest despotką i chyba despotką pozostanie. Ma już ponad 80 lat, więc trudno oczekiwać, że jej osobowość ulegnie radykalnej przemianie. Szkoda tylko, że jej autokratyczne zapędy mają tak destrukcyjny wpływ na projekt, który zainicjowała i który mógłby być wzorem dla podobnych inicjatyw podejmowanych nie tylko we Francji, ale też i w innych częściach świata.

Kiedy zastanawiam się, co konkretnie doprowadziło do konfliktów między Therese a pozostałymi kobietami zaangażowanymi w Dom Bab-Jag, przychodzą mi do głowy słowa „Wolność, równość, siostrzeństwo”. Odnoszę wrażenie, że Therese w specyficzny sposób interpretuje każde tych słów. Po pierwsze – wydaje się obsesyjnie przywiązana do swojej wolności, przez co nie bierze odpowiedzialności za Dom Bab-Jag . Jej brak odpowiedzialności wyraża się w tym, że wydaje decyzje, które mają wpływ na losy Domu, ale nie ponosi ich konsekwencji. Dzięki temu, że mieszka poza Domem, ma swobodę, by opuszczać go za każdym razem, kiedy dochodzi do konfliktu. Po drugie – choć twierdzi, że chce mieszkać w domu samorządnym i obywatelskim, to nie uważa innych kobiet za osoby sobie równe. Zamiast szanować ich opinie i rozmawiać z nimi w celu wypracowania konsensusu, woli narzucać im swoje wizje. Po trzecie – wiele wskazuje na to, że nie chce tworzyć wspólnoty, w której jest miejsce na różnorodność. Wystarcza jej mała grupka wiernych zwolenniczek i szybko pozbywa się z otoczenia każdego, kto reprezentuje odmienne poglądy. Jej siostrami są więc wyłącznie takie kobiety, które nie ośmielają się podważać jej autorytetu.

„Wolność, równość, siostrzeństwo” (lub odpowiednio „braterstwo”) – to słowa, których znaczenie warto przemyśleć za każdym razem, gdy chce się budować wspólnotę. Przykład Domu Bab-Jag pokazuje bowiem, że od rozumienia tych słów może zależeć sukces projektu, który zakłada wspólne zamieszkiwanie. Oczywiście przy pytaniach o znaczenie poszczególnych słów trudno nie zastanowić się, co w ogóle znaczy „znaczyć”. Są na przykład tacy, którzy twierdzą, że znaczenie zależy od rozumienia, a rozumienie z kolei zależy od interakcji z otoczeniem fizycznym i innymi ludźmi. To jednak już temat na zupełnie inny tekst…

Jakie rozwiązania mieszkaniowe sprzyjają równości płci?

Większość Polaków popiera ideę równości płci. Pod stwierdzeniem: „Kobieta i mężczyzna w równym stopniu dzielą się obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi” podpisuje się 65% Polaków i 78% Polek (dane z książki „Matka Feministka” Agnieszki Graff). Niestety postępowość widoczna w słownych deklaracjach nie przekłada się na życie codzienne. W polskich domach podział obowiązków ma dalej mocno tradycyjny charakter, a zmiany w tej materii zachodzą bardzo powoli. Według danych z 2013 roku, każdego dnia przeciętna Polka poświęca na prace domowe 3 godziny 41 minut, podczas gdy przeciętnemu Polakowi tego rodzaju prace zajmują ponad godzinę mniej: 2 godziny 19 minut. Co ciekawe, pod względem zaangażowania w sprzątanie i gotowanie, współczesny polski mężczyzna nie różni się specjalnie od Polaka sprzed 30 lat. Jak informuje Michał Gąsior z portalu natemat.pl: „Obowiązki domowe zajmują dziś mężczyznom 9 minut dłużej dziennie niż w 1984 roku.” Czy można w jakiś sposób przyspieszyć proces zmian, tak by równość płci w sferze domowej stała się czymś więcej niż pustą deklaracją?

Wiele pomysłów na poprawę sytuacji adresowanych jest do władz państwowych i pracodawców. Zainteresowanych tymi pomysłami odsyłam do wspomnianej już książki Agnieszki Graff „Matka feministka” (a zwłaszcza do rozdziału „Parytety to za mało”). Sama chciałabym się tymczasem skupić na kwestii, która wydaje się nie istnieć w polskiej dyskusji nad równością płci, a która jest według mnie bardzo ciekawa. Kwestią tą jest związek między poszczególnymi rozwiązaniami kwestii mieszkaniowej a równością kobiet i mężczyzn. Jak nietrudno zgadnąć, zaangażowanie kobiet i mężczyzn w obowiązki domowe różni się w zależności od tego, czy mieszkają oni w pałacu ze służbą, czy w anarchistycznym squacie. Różnic tych nikt chyba jednak w Polsce nie bada, nikt też nie zastanawia się nad rozwiązaniami mieszkaniowymi, które najbardziej sprzyjają równości płci.

Jak sugerują zagraniczni badacze, jednym z godnych uwagi rozwiązań jest cohousing. W artykule “Design for gender equality – the history of cohousing ideas and realities” można znaleźć wyniki badań Williama Michelsona, który przyjrzał się cohousingom oraz tradycyjnym osiedlom pod kątem ilości oraz podziału prac domowych. Okazało się, że mieszkańcy cohousingów spędzają na pracach domowych znacznie mniej czasu niż mieszkańcy konwencjonalnych osiedli. Mniej czasochłonne jest dla nich na przykład gotowanie, ponieważ często organizują wspólne posiłki.

Wspólny posiłek w osadzie Twin Oaks (zdj. ze strony internetowej Twin Oaks).

Jak zauważył Michelson, cohousingi różnią się od konwencjonalnych osiedli nie tylko nakładem prac domowych, ale też ich podziałem. Spośród wszystkich badanych osiedli to szwedzki cohousing Prästgårdshagen okazał się być miejscem, w którym ojcowie spędzają z dziećmi stosunkowo najwięcej czasu. Z badań Michelsona wynikło również, że czas spędzany z dziećmi przez matki jest mniejszy w Prästgårdshagen niż na konwencjonalnych osiedlach. Czy można na tej podstawie wysnuć wniosek, że cohousingi stanowią siedliska zbyt mocno wyemancypowanych kobiet, które zostawiają swoje dzieci na pastwę losu, przez co mężczyźni są zmuszeni przejąć obowiązki związane z opieką? Choć taka konkluzja nasunęłaby się pewnie konserwatystom, to jednak Michelson zinterpretował swoje obserwacje inaczej. Zasugerował, że w cohousingach dzieci nie muszą znajdować się pod ciągłą opieką matek, ponieważ nic im nie grozi, kiedy bawią się w obrębie wspólnotowego ogrodu czy placu zabaw, to jest bezpiecznej przestrzeni, którą nie dysponują konwencjonalne osiedla. W cohousingach opieka nad dziećmi jest z jednej strony mniej czasochłonna, z drugiej zaś równiej podzielona między ojców i matki.

Ciekawy przykład wspólnoty zorganizowanej zgodnie z ideą równości płci w sferze obowiązków domowych stanowi amerykańska osada Twin Oaks (Wirginia). Nie jest to typowy cohousing, ponieważ jej członków wiążą znacznie silniejsze więzi niż te, które zwykle łączą mieszkańców cohousingu. O ile cohousing to sąsiedzka wspólnota mieszkaniowa, której członkowie z reguły są dla siebie tylko sąsiadami, a pracują poza wspólnotą, to mieszkańcy Twin Oaks wspólnie zarówno mieszkają, jak i pracują. Dzięki temu że cała praca odbywa się w ramach wspólnoty, jej członkowie mogą decydować, co definiują jako pracę, a także określać sposób, w jaki chcą dzielić się obowiązkami. Mieszkańcy Twin Oaks pracują około 42 godziny w tygodniu. Sami wybierają rodzaj pracy, który najbardziej im odpowiada, i decydują, że chcą się zajmować np. uprawą ziemi, opieką nad dziećmi, gotowaniem lub pracami budowlanymi. Co ważne, obowiązki domowe, takie jak zmywanie naczyń czy robienie zakupów, uznawane są za pracę na równi z pracą w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, na przykład z wytwarzaniem hamaków, które trafiają na sprzedaż. Nie ma podziału na zadania „męskie” i „kobiece” – wszystkie rodzaje prac są wykonywane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn.

Wspólna praca kobiet i mężczyzn w osadzie Twin Oaks (zdj. ze strony internetowej Twin Oaks).

Prawdę mówiąc, wątpię, żebym dożyła czasów, kiedy w Polsce powstanie wspólnota choć w połowie tak radykalna jak Twin Oaks. Może jednak mniej rewolucyjne rozwiązania w postaci cohousingów zdobędą u nas z czasem popularność i przyczynią się do poprawy wskaźnika zaangażowania mężczyzn w prace domowe. Sądzę, że Matki Polki nie miałyby nic przeciwko.

Po webinarze Cohabitatu – problemy mieszkańców cohousingów

W miniony czwartek Cohabitat zaprezentował drugi webinar poświęcony tematyce sąsiedzkich wspólnot mieszkaniowych (ang. „cohousing”). Czwórka prelegentów starała się przybliżyć „ludzką” stronę cohousingu, czyli po prostu opowiedzieć, jak żyje się w tego rodzaju wspólnotach. Sporo miejsca poświęcono zaletom mieszkania w sąsiedzkich wspólnotach mieszkaniowych, ale pojawiło się też kilka słów na temat problemów, z którymi stykają się mieszkańcy cohousingów.

Zdecydowanie najciekawszą część spotkania stanowiła wypowiedź Anny Sokołowskiej, która podzieliła się wrażeniami z odwiedzin w amerykańskich cohousingach. Anna opowiedziała o mieszkańcach tychże wspólnot i spróbowała na podstawie ich historii pokazać, jakie zalety i wady wiążą się z takim modelem mieszkania. Zwróciła uwagę na to, że cohousing stanowi zwykle dobre rozwiązanie dla rodzin z małymi dziećmi, ponieważ w sąsiedzkich wspólnotach mieszkaniowych istnieje bezpieczna przestrzeń wspólna, czyli idealne miejsce dla dziecięcych zabaw. Małe dzieci mieszkające w cohousingach nie tylko mają się gdzie bawić, ale też mają z kim. Mogą spędzać czas z wieloma rówieśnikami (innymi mieszkańcami tej samej wspólnoty), dzięki czemu uczą się zachowań prospołecznych.

Nie każde dziecko jest jednak zadowolone z mieszkania w sąsiedzkiej wspólnocie mieszkaniowej. Anna przytoczyła historię kobiety, która przeprowadziła się do cohousingu z dwunastoletnim synem. Syn nie potrafił przyzwyczaić się do mieszkania we wspólnocie, ponieważ czuł, że cały czas jest obserwowany przez dorosłych i że ma nie jedną mamę, lecz kilkanaścioro rodziców. Z historii tej wynikało, że nie zawsze dzieci (zwłaszcza starsze) dobrze przystosowują się do mieszkania w cohousingu.

Sąsiedzka wspólnota mieszkaniowa nie zawsze też jest przestrzenią przyjazną dla osób niepełnosprawnych. Anna wspomniała o wielu pozytywnych przykładach angażowania niepełnosprawnych w życie wspólnoty, ale przytoczyła oprócz tego historię pokazującą, że integracja osób niepełnosprawnych może kończyć się niepowodzeniem. Opowiedziała o rodzinie, która adoptowała dwójkę głuchych dzieci, a potem wyprowadziła się ze wspólnoty, ponieważ okazało się, że pozostali jej członkowie nie chcą uczyć się języka migowego i wchodzić w interakcję z dziećmi.

Historie opowiedziane przez Annę były bardzo ciekawe, jednak mimo wszystko pozostawiły niedosyt. Nie omówiono w ogóle problemów związanych z zaangażowaniem mieszkańców w życie wspólnoty czy wspólnym podejmowaniem decyzji. W wypowiedziach prelegentów słychać było pochwały dla cohousingu jako szkoły demokracji, dzięki której ludzie uczą się dyskutować i racjonalnie podejmować decyzje drogą konsensusu. Nie pojawił się jednak żaden głos, który poddałby w wątpliwość konsensus jako najlepszy sposób podejmowania decyzji. A nie zawsze przecież można osiągnąć pełną zgodę i dojść do punktu, w którym wszyscy członkowie wspólnoty opowiadają się za daną decyzję. Jest to szczególnie trudne w większych wspólnotach, liczących ponad 50 członków.

Jedną z takich dużych wspólnot jest chociażby Nachbarschafts-Haus Prinzenallee, berlińska spółdzielnia licząca około 80 mieszkańców. Można uznać ją za cohousing, ponieważ jej członkowie razem podejmują decyzję dotyczące wspólnoty, a oprócz tego dzielą przestrzeń wspólną, na którą składają się m.in. ogród, kawiarnia i salka koncertowa. Miałam okazję rozmawiać z byłym mieszkańcem tej wspólnoty i dowiedziałam się od niego, że mieszkańcy Nachbarschafts-Haus wcale nie podejmują decyzji drogą dochodzenia do konsensusu. Taki sposób podejmowania decyzji został uznany przez nich za nieefektywny i dlatego przeprowadzają zwykłe głosowanie zamiast żmudnie wypracowywać konsensus. Zdaniem mojego rozmówcy, zachowanie mieszkańców w trakcie głosowania nie zawsze jest racjonalne, ponieważ czasem na wyniki głosowania wpływ wywierają osobiste animozje. Zdarza się na przykład, że starsi stażem mieszkańcy dystansują się od młodszych członków wspólnoty, krytykują ich za nadmierną aktywność i blokują wysuwane przez nich inicjatywy.

Problem stanowi nie tylko przebieg głosowania, ale i frekwencja mieszkańców na spotkaniach, w trakcie których zapadają decyzje dotyczące wspólnoty. Nie wszystkim chce się w takich spotkaniach uczestniczyć. Ze wspomnień byłego mieszkańca Nachbarschafts-Haus wynika, że na 80 mieszkańców wspólnoty na comiesięcznych spotkaniach pojawia się średnio 15 do 20 osób. Rzadko przychodzą zwłaszcza mieszkańcy starsi stażem, którzy nie czują już potrzeby, żeby aktywnie angażować się w życie wspólnoty. Ludzie ci często chcą mieć po prostu święty spokój, co jest po części zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę, że historia Nachbarschafts-Haus sięga początku lat 80. Trudno oczekiwać, żeby po 30 latach mieszkania we wspólnocie najstarsi stażem mieszkańcy tryskali energią do działania. Z drugiej jednak strony rodzi to problemy, kiedy tacy mieszkańcy blokują inicjatywy osób, którym ciągle chce się działać.

Przykład Nachbarschafts-Haus pokazuje, że sąsiedzkie wspólnoty mieszkaniowe borykają się z wieloma innymi problemami niż tylko integracja dzieci czy osób niepełnosprawnych. Sądzę, że na kolejnych webinarach Cohabitatu warto by poświęcić tym kwestiom więcej uwagi, ponieważ cohousing nie jest utopią i oprócz plusów może mieć różnorakie minusy.

Ugotujmy to razem – cohousing i wspólne posiłki

Wspólny posiłek we wspólnocie SongaiaJak mieć każdego dnia domowy obiad, gotując przy tym nie częściej niż raz w tygodniu? Wystarczy zamieszkać w sąsiedzkiej wspólnocie mieszkaniowej (ang. „cohousing”), której członkowie zdecydowali się na regularne przyrządzanie wspólnych posiłków.

Taką wspólnotą jest chociażby Trudeslund, duński cohousing istniejący od 1978 roku. Przeczytałam o nim w książce „Cohousing cultures” i trochę pozazdrościłam mieszkańcom, że nie muszą codziennie gotować obiadów. Ponieważ wspólnota składa się ze 100 osób, w tym 60 dorosłych, a poszczególne obiady są przygotowywane przez dwie dorosłe osoby, to każdy dorosły mieszkaniec Trudeslund musi gotować tylko raz na miesiąc, po to by codziennie móc korzystać ze wspólnych obiadów. Wolę nawet nie liczyć, ile czasu mieszkańcy wspólnoty oszczędzają w stosunku do mnie, gotującej obiad każdego dnia ;). Do tego dochodzi jeszcze oszczędność pieniędzy, ponieważ obiady przygotowywane dla większej liczby osób są zasadniczo tańsze niż obiady dla singla (chociażby z tego względu, że składniki można kupować hurtem). Mieszkańcy Trudeslund płacą średnio 3 do 4 euro za pojedynczy obiad. Obiad dla dziecka kosztuje o połowę mniej. Oczywiście we wspólnych obiadach nie chodzi tylko o to, by oszczędzać czas i pieniądze. Jest to też świetna okazja, żeby spotkać się z innymi mieszkańcami wspólnoty.

Regularne dyżury kulinarne istnieją również w mniejszych wspólnotach, np. w cohousingu Songaia (w stanie Waszyngton w USA), w którym mieszka obecnie 38 osób. Mieszkańcy jedzą tam wspólnie pięć posiłków tygodniowo: cztery obiady w tygodniu oraz brunch w sobotę. Podobnie jak w Trudeslund, mieszkańcy tworzą listy dyżurów, na które wpisują się osoby chętne do przygotowania posiłku w danym dniu. Ponieważ jednak wspólnota jest mniejsza, to gotować trzeba częściej niż w Trudeslund: raz w tygodniu. Osoba odpowiedzialna za gotowanie dostarcza opracowane przez siebie menu członkom komitetu żywieniowego, a ci raz w tygodniu robią duże zakupy i kupują składniki na wspólne posiłki. Co ciekawe, członkowie komitetu żywieniowego robią także mniejsze zakupy: co dwa, trzy dni zbierają zamówienia od poszczególnych rodzin i kupują podstawowe produkty, takie jak płatki, mleko czy jogurty. Dzięki temu mieszkańcy mogą zaoszczędzić czas, który normalnie przeznaczaliby na wędrówki po sklepach spożywczych. Z oszczędnością czasu wiąże się też oszczędność pieniędzy: członkowie komitetu żywieniowego starają się robić zakupy w kilku miejscach, tak by uzyskać jak najlepsze ceny, np. dzięki zakupom produktów w promocyjnych cenach czy w ilościach hurtowych. W rezultacie koszt miesięcznego wyżywienia jednego członka wspólnoty jest niewielki. W 2008 roku (kiedy powstał ebook o wspólnocie Songaia: „Songaia Cohousing Community, An Unfolding Dream) koszt pięciu posiłków tygodniowo oraz dostępu do spiżarni z podstawowymi produktami (takimi jak mleko, jogurty itd.) wynosił zaledwie 100 dolarów miesięcznie. Nawet jeśli od tego czasu ta wartość wzrosła dwukrotnie, to i tak jest to niewygórowana cena za pięć domowych posiłków w tygodniu.

Jak zauważa jeden z założycieli wspólnoty Songaia, Fred Lanphear, większość sąsiedzkich wspólnot mieszkaniowych organizuje wspólne posiłki dość rzadko: raz do trzech razy w tygodniu, a czasem raptem raz na miesiąc. Według niego przyczyną takiego stanu rzeczy, jest niechęć mieszkańców do brania na siebie odpowiedzialności za wspólne zakupy i gotowanie. Ale czy to taki wielki ciężar, skoro w nagrodę można gotować i robić zakupy o wiele rzadziej? Sama nie miałabym nic przeciwko, żeby mieszkać we wspólnocie z dyżurami kulinarnymi. Tylko czy ktoś by mnie do takiej wspólnoty przyjął, skoro do mistrza patelni mi bardzo daleko? ;)

Zdjęcie ze strony wspólnoty Songaia.

Cohousing nie jest taki prosty – przypadek spółdzielni Möckernkiez

Kiedy byłam ostatnio w Berlinie, odwiedziłam biuro spółdzielni Möckernkiez (Yorckstraße 62), która ma stać się największym niezależnie zorganizowanym projektem mieszkaniowym w centrum stolicy Niemiec. Byłam ciekawa, jak Möckernkiez wygląda w rzeczywistości, bo w internecie znalazłam tylko komputerowe wizualizacje, takie jak ta:

IMG_8462

Wizualizacje zrobiły na mnie wrażenie, podobnie zresztą jak informacje o spółdzielni, która zaprojektowana została z dużym rozmachem: docelowo ma składać się z 460 mieszkań, przestrzeni wspólnej oraz powierzchni handlowych. Ponieważ jednak pierwsze budynki mają zostać ukończone dopiero za dwa lata (przed końcem 2015 roku), to na razie nie ma czego oglądać: Möckernkiez stanowi jeden wielki plan budowy. Prace budowlane są w tak wstępnym stadium, że trudno nawet powiedzieć, czy realizowany jest plan zagospodarowania przestrzennego, który można obejrzeć w biurze spółdzielni:

IMG_8465

Plan wygląda ładnie, ale nikt nie wie, kiedy uda się go w pełni zrealizować. Problemem jest brak pieniędzy, ponieważ członkowie spółdzielni muszą finansować projekt z wkładów własnych oraz kredytów. Niestety nie mogą liczyć na wsparcie władz miejskich – Berlin jest miastem biednym i nie stać go na współfinansowanie Möckernkiez. Sukces spółdzielni zależy więc od pozyskania odpowiedniej liczby członków, którzy będą w stanie zapewnić fundusze na kontynuowanie prac. Obecni członkowie intensywnie rekrutują więc nowych za pośrednictwem biura projektu otwartego w każdy wtorek i czwartek od 16 do 18.

Kiedy odwiedziłam biuro Möckernkiez i zapytałam, jakie warunki stawiane są kandydatom na członków spółdzielni, usłyszałam: „Wystarczy, że masz pieniądze.” Trochę zdziwiła mnie taka odpowiedź, bo na oficjalnej stronie Möckernkiez wyczytałam, że celem projektu jest integracja społeczna: stworzenie miejsca łączącego przedstawicieli różnych pokoleń i kultur. Przedstawiciele spółdzielni wyjaśnili mi, że istotnie wspólnotę ma cechować różnorodność, ale na razie priorytetem jest zebranie pieniędzy i doprowadzenie budowy do końca. Zapewnili, że kiedy powstaną wreszcie pierwsze budynki, przyjdzie czas na to, by nadać wspólnocie charakter wielokulturowy i wielopokoleniowy.

Słysząc takie wyjaśnienia, nie mogłam zaprzeczyć, że obecnie najważniejszą kwestią jest znalezienie funduszy na dokończenie budowy. Jednocześnie jednak zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób uda się nadać wspólnocie bardziej różnorodny charakter, skoro w momencie zakończenia budowy wszystkie mieszkania będą już prawdopodobnie zajęte. Członkowie spółdzielni nie zaczną przecież organizować wewnętrznych czystek po to tylko, by stworzyć przestrzeń dla większej różnorodności. Wiele więc wskazuje na to, że Möckernkiez nie stanie się w najbliższej przyszłości wspólnotą wielopokoleniową i wielokulturową. Jak na razie większość członków stanowią starsze, względnie zamożne osoby. Według danych z 2011 roku, członkowie spółdzielni to zwykle ludzie między 50 i 60 rokiem życia. W ciągu ostatnich dwóch lat raczej niewiele się w tej kwestii zmieniło, bo wszyscy przedstawiciele Möckernkiez, z którymi rozmawiałam w biurze projektu, byli właśnie w takim wieku.

Dlaczego Möckernkiez nie przyciąga przedstawicieli młodszego pokolenia? Chyba niewielu młodych ludzi stać na to, by wyłożyć niemałe pieniądze na mieszkanie, które zostanie oddane do użytku dopiero za dwa lata. Na dodatek nie ma pewności, czy budowa się nie przedłuży, bo początkowo przewidywano jej ukończenie na rok 2013. Trzeba więc liczyć się z tym, że jeszcze przez dobrych kilka lat mieszkania się nie zobaczy, a pieniądze trzeba wpłacić już teraz. Do uzyskania statusu członka spółdzielni wymagany jest wkład własny w wysokości 40% kosztów budowy wybranego mieszkania. W przypadku lokalu o powierzchni 50m2 trzeba więc zapłacić 46000 euro. Dla młodych osób to spora suma, więc nie dziwię się, że nie walą do biura Möckernkiez drzwiami i oknami.

Młode osoby może też zniechęcać mglista wizja realizacji ambitnych haseł, którymi reklamuje się spółdzielnia Möckernkiez. Jak już wspominałam nie wiadomo, kiedy i w jaki sposób uda się urzeczywistnić wizję Möckernkiez jako wielopokoleniowej i wielokulturowej wspólnoty. Kolejna kwestia to zacieśnienie kontaktów między członkami spółdzielni. Czy Möckernkiez stanie się wspólnotą typu cohousing, której członkowie dobrze się znają i podejmują wspólne działania? Chyba nie będzie o to łatwo, bo spółdzielnia ma liczyć wyjątkowo wielu członków: ponad 1200 osób. Przy tak dużej liczbie mieszkańców trudnym zadaniem stanie się np. zaangażowanie ich wszystkich w podejmowanie decyzji dotyczących bieżącego życia wspólnoty. Na dodatek mieszkańcy spółdzielni przez długi czas nie będą mieli gdzie się integrować, bo przestrzeń wspólna zostanie zagospodarowana dopiero wtedy, gdy ukończone zostaną budynki mieszkalne. Wygląda więc na to, że Möckernkiez ma jeszcze przed sobą bardzo daleką drogę, by stać się wspólnotą cohousingową z prawdziwego zdarzenia.

Trudno nie zadać sobie pytania o przyczyny, dla których spółdzielnia Möckernkiez nie jest (przynajmniej na razie) przykładem prężnie rozwijającego się mieszkalnictwa typu cohousing. Sądzę, że głównym źródłem problemów są zbyt wybujałe ambicje twórców tego projektu. Ponieważ Möckernkiez powstaje z dużym rozmachem, generuje olbrzymie koszty, które trudno unieść członkom spółdzielni w sytuacji, gdy nie mogą liczyć na żadne wsparcie ze strony miasta. Dodatkowo skala projektu powoduje, że ciężko wyobrazić sobie skuteczną integrację aż 1200 mieszkańców. Ale kto wie? Może jestem człowiekiem małej wiary. Jeśli ktoś zna przykłady dużych wspólnot cohousingowych, które odniosły sukces, to będę wdzięczna za informacje na ich temat.