Tag Archives: ekologia

Cohousing po francusku – ekologiczność, solidarność, lokalność

We wrześniu odwiedziłam projekt „Z’écobâtisseurs”, pierwszy ekologiczny cohousing we Francji, który znajduje się na północy kraju, w Normandii. Formalnie projekt położony jest w niewielkiej miejscowości Louvigny, jednak trafniejsze określenie jego lokalizacji to raczej „przedmieścia Caen”. Od centrum tego dużego miasta (największego w regionie Normandii Północnej) dzieli mieszkańców zaledwie 6 kilometrów, a dojazd mają wygodny dzięki rozbudowanej sieci transportu miejskiego, szerokiej drodze i niemal równie szerokiej trasie rowerowej.

dsc08346

Jedna ze ścieżek rowerowych w Caen. Na horyzoncie Christian, mój przewodnik po mieście i projekcie “Z’écobâtisseurs”.

Jak trafiłam do “Z’écobâtisseurs”?

O jakości trasy rowerowej przekonałam się osobiście, ponieważ Christian, mój przewodnik po okolicy, okazał się zapalonym cyklistą. Zaproponował, żebyśmy spotkali się w centrum Caen, przy Maison du Vélo (czyli Domu Rowerów). Wyobrażałam sobie, że Maison to po prostu punkt z rowerami do wypożyczenia, ale Christian szybko wytłumaczył mi, że w Maison rowery się nie tylko tanio wypożycza, lecz także sprzedaje, reperuje i promuje (ma tam swoje siedziby 6  lokalnych stowarzyszeń zrzeszających rowerzystów). Inicjatywa zaskoczyła mnie rozmachem – Maison zajmował sporej wielkości budynek, a same magazyny z rowerami w różnym stadium rozkładu (lub składu) zajmowały jedno całe piętro. W jednym z magazynów Christian pomógł mi wybrać rower do wypożyczenia i dwie minuty później byliśmy już z powrotem przy drzwiach Maison. Zanim ruszyliśmy w stronę Louvigny, mój przewodnik zasugerował, że mogę wpakować plecak do sakwy przy jego jednośladzie. Początkowo się wzbraniałam, bo nie chciałam nadużywać uczynności starszego pana, który mógłby być moim ojcem. Ostatecznie jednak dałam się przekonać i nie minęła chwila, a zdałam sobie sprawę, że była to słuszna decyzja – Christian narzucił takiego tempo jazdy, że nawet bez plecaka miałam problem, by za nim nadążyć.

dsc08381

Maison du Vélo w Caen – piękne miasto i świetna inicjatywa.

Jak w ogóle trafiłam na Christiana? Z pomocą przyszedł mi mój ulubiony portal Couchsurfing, z którego korzystam niemal zawsze, gdy planuję podróże. Napisałam tam do Christiana wiadomość i poprosiłam w niej o możliwość odwiedzenia „Z’écobâtisseurs” jako projektu zbliżonego do tego, który pomagam obecnie rozwijać w Warszawie. Kilka tygodni później byłam już w drodze do jego domu, który wraz z dwunastoma innymi szeregowcami i domem wspólnym składa się na „Z’écobâtisseurs” – ekologiczny cohousing o historii sięgającej roku 2006.

“Z’écobâtisseurs” – krótka (?) historia projektu

Christian okazał się nie tylko bardzo gościnnym i interesującym człowiekiem, lecz także idealnym źródłem informacji o historii projektu. Dowiedziałam się, że należał do pierwszych aktywistów działających na rzecz upowszechnienia odnawialnych źródeł energii we Francji, a projekt ekologicznego osiedla miał w głowie od wielu lat. Chciał, by osiedle powstało niedaleko centrum Caen, by pokazać, że budownictwo przyjazne środowisku jest propozycją zarówno dla wsi, jak i dla miasta. Przeszkodę w realizacji pomysłu stanowił jednak brak odpowiedniej działki. Sprawa ruszyła z miejsca dopiero wtedy, gdy w 2006 roku Christian wybrał się na lokalny festiwal Dni Zrównoważonego Rozwoju. Spotkał tam Pascala i usłyszał od niego o działce w Louvigny. Kończyła się tam właśnie budowa nowej dzielnicy, a władze były chętne, by ostatnią wolną działkę przekazać na projekt o charakterze ekologicznym.

louvigny-2

“A tutaj będziemy mieć taras i jeść na nim śniadanie” – przyszli mieszkańcy cohousingu oglądają działkę i wyobrażają sobie, jak będą mieszkać (2009 r., kadr z filmu “Les Z’écobâtisseurs, une utopie du m2”).

Christian i Pascal postanowili działać razem i pozyskać działkę na osiedle, które byłoby zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. Chcieli, by projekt „Z’écobâtisseurs” opierał się na trzech filarach:

  • filar środowiskowy – modelowe budownictwo ekologiczne;
  • filar społeczny – budownictwo oddolne w duchu gospodarki solidarności;
  • filar ekonomiczny – poszukiwanie rozwiązań dla osób o niższych dochodach i wsparcie dla gospodarki lokalnej.

Innymi słowy, postawili sobie za cel wybudowanie niedrogiego i ekologicznego cohousingu. Ich założenia były bardzo ambitne, ale początkowo nic nie wskazywało, że staną się źródłem sporych problemów. Władze Louvigny zdecydowały się wesprzeć ich pomysł – zarezerwowały wolną działkę w nowej dzielnicy i obiecały, że sprzedadzą ją po nieco niższej cenie, kiedy wszystko będzie już gotowe do rozpoczęcia budowy. Christian i Pascal zaczęli więc szukać osób, które chciałyby do nich dołączyć. Szybko powstała grupa 10 zainteresowanych rodzin, co pozwoliło przejść do kolejnego kroku: przygotowania projektu architektonicznego. Grupa zatrudniła architekta, który specjalizował się w rozwiązaniach przyjaznych środowisku, jednak efekt jego pracy nie okazał się w pełni satysfakcjonujący. Powstał projekt zdecydowanie zbyt kosztowny – jakby architekt nie wziął pod uwagę, że budynki miały być nie tylko ekologiczne, lecz także niedrogie. Poproszono go o modyfikacje, ale koniec końców nie udało mu się dostosować projektu do ograniczeń finansowych członków cohousingu. W rezultacie aż siedem rodzin z dziesięciu postanowiło się wycofać. Cierpliwość zaczęły wtedy tracić władze Louvigny – chciały, by grupa rozpoczęła niebawem budowę, a tymczasem brakowało większości członków i projektu architektonicznego.

louvigny-5

Jedno z wielu spotkań poświęconych omawianiu projektu architektonicznego osiedla (2009 r., kadr z filmu “Z’écobâtisseurs, une utopie du m2”).

Christian i Pascal nie dali za wygraną i zebrali nową grupę, w sumie 13 rodzin. Liczba członków cohousingu powiększyła się, aby spełnić oczekiwania władz Louvigny, które zdecydowały, że działkę należy wykorzystać efektywniej. Nowy projekt architektoniczny trzeba było więc przygotować tak, aby zmieścić na działce nie 10, ale 13 gospodarstw domowych. Na szczęście udało się znaleźć architektów, którzy podołali temu zadaniu. Zaprojektowali dwa rzędy domów szeregowych o powierzchni od 80 do 130 mkw. oraz dom wspólny o powierzchni 100 mkw. Wybrali takie technologie i materiały, które były ekologiczne, a jednocześnie niedrogie: drewniane szkielety, wypełnienia ze słomy i waty celulozowej, tynki wapienne. Oczywiście nie obyło się bez trudnych negocjacji między członkami cohousingu, ponieważ niektórym bardziej zależało na ekologiczności, a innym na przystępności cenowej domów. Architekci wzięli te różnice pod uwagę i, na przykład, zaproponowali nieco inne zadaszenia w poszczególnych rzędach szeregówek. Zadbali, by ich projekt był dostosowany do oczekiwań wszystkich  przyszłych mieszkańców, dzięki czemu w 2010 roku grupa przystąpiła wreszcie do budowy – 4 lata od pierwszego spotkania Christiana i Pascala.

louvigny-3

Plan zagospodarowania przestrzennego osiedla (z bloga “Z’écobâtisseurs”).

Sama budowa zajęła dobrych parę lat. Domy szeregowe ukończono w 2012 roku, a dom wspólny dopiero w roku 2016. Prace budowlane przeciągnęły się z wielu względów, m.in. dlatego że sporo czasu zajęło pozyskanie odpowiednich materiałów budowlanych. Członkom cohousingu zależało, by budować z materiałów nie tylko ekologicznych i niedrogich, lecz także lokalnych. Nie zawsze jednak takie materiały udawało się znaleźć i, na przykład, drewno potrzebne do postawienia szkieletów budynków trzeba było ostatecznie sprowadzić z Niemiec.

imgp4535_1024_m

Pierwsze prace budowlane (2010 r., zdj. z bloga “Z’écobâtisseurs”).

Rzecz jasna do spowolnienia budowy przyczyniły się też ograniczenia finansowe. Ponieważ wśród członków cohousingu znalazły się osoby bardziej i mniej zamożne, trzeba było znaleźć rozwiązania, które pozwoliłyby tym drugim pokryć koszty uczestnictwa w projekcie. Wspólnymi siłami grupa wypracowała trzy formy wsparcia finansowego dla tych, którzy nie mieli wysokich zarobków ani nieruchomości, które mogliby spieniężyć:

  • mniej zamożni członkowie pracowali więcej na budowie niż reszta i, w efekcie, w większym stopniu pokrywali koszty uczestnictwa własną pracą,
  • bardziej zamożni członkowie wykładali gotówkę na zakupy grupowe (np. pieców), a mniej zamożni spłacali im odpowiednią część tych wydatków w nieoprocentowanych ratach,
  • grupa weszła we współpracę z Nouvelle Économie Fraternelle, czyli pierwszym bankiem solidarnym (banque solidaire) we Francji, który wspiera projekty o wysokich walorach etycznych (np. związanych ze sprawiedliwym handlem czy ekologicznym budownictwem). Bank udzielił nisko oprocentowanych pożyczek mniej zamożnym członkom cohousingu, ale nie były to pożyczki na wiele lat. Według informacji, które otrzymałam od Christiana, wszystkie zobowiązania wobec Nouvelle Économie Fraternelle zostały już spłacone.
p1000781_m

Przyszli mieszkańcy cohousingu wspólnie pracują nad wypełnieniem drewnianego szkieletu budynku kostkami słomy (2010 r., zdj. z bloga “Z’écobâtisseurs”).

“Z’écobâtisseurs” a zrównoważony rozwój

Realizacja projektu była skomplikowana i czasochłonna, ale wysiłki członków cohousingu nie poszły na marne. Stworzyli świetne osiedle, które odpowiada początkowym założeniom i opiera się na trzech filarach: środowiskowym, społecznym i ekonomicznym. W czasie pobytu w Louvigny przekonałam się, że cele sformułowane u zarania projektu, czyli w roku 2006, zostały urzeczywistnione, a cohousing „Z’écobâtisseurs” realizuje ideę zrównoważonego rozwoju poprzez:

  • Ekologiczność

Budynki są niskoenergetyczne – średnie zużycie energii wynosi 36 kW/m²/rok. Niskiemu zużyciu energii sprzyjają m.in:

  • orientacja budynków w taki sposób, by najczęściej używane pomieszczenia miały duże okna wychodzące na południe, a pomieszczenia takie jak łazienki miały małe okna wychodzące na północ – służy to maksymalnemu wykorzystaniu energii słonecznej;
  • zastosowanie ekologicznych materiałów o dobrych właściwościach izolacyjnych, np. słomy czy waty celulozowej;
  • zastosowanie nowoczesnego systemu ogrzewania z wykorzystaniem paneli fotowoltaicznych.
dsc08370

Domy od strony południowej.

2017-01-29-17-30-34

Taras po stronie południowej i domy od strony północnej.

Osiedle nie jest samowystarczalne energetycznie, ale wybiera wyłącznie takich dostawców energii, którym bliskie są zasady zrównoważonego rozwoju – na przykład energia elektryczna pochodzi od Enercoop, czyli spółdzielni dostarczającej energię wyłącznie ze źródeł odnawialnych. Obecnie trwają prace nad stworzeniem systemu carsharingu, tak by poszczególne rodziny nie musiały mieć własnych samochodów.

  • Solidarność

Mieszkańcy nie tylko wybudowali domy dla poszczególnych rodzin, lecz także postawili dom wspólny, w którym mogą przygotowywać wspólne posiłki, organizować imprezy i przyjmować gości. Na razie dom wykorzystywany jest przede wszystkim do organizowania imprez urodzinowych, ale członkowie cohousingu udostępniają go także zaprzyjaźnionej organizacji pozarządowej, dzięki czemu może ona zapewniać tymczasowe schronienie uchodźcom. Nie istnieje grafik regularnych działań w domu wspólnym – imprezy i wspólne posiłki odbywają ad hoc.

dsc08372

Dom wspólny po lewej.

Mieszkańcy wspólnie korzystają z domu wspólnego, a także ze wspólnego ogrodu. Mają prywatne ogródki, które znajdują się przy ich domach, ale oprócz tego – pomiędzy domami – znajduje się spory ogród, w którym znajdują się drzewa owocowe oraz przestrzeń do wypoczynku oraz zabawy dla dzieci.

Cohousing nie ma struktury hierarchicznej, więc głos każdego mieszkańca jest równie ważny. Na etapie budowy mieszkańcy działali w podzespołach, które odpowiadały za poszczególne aspekty prac: kontakt z podwykonawcami, zagadnienia architektoniczne, prawne i finansowe. Obecnie nie ma już formalnie wyodrębnionych podzespołów, a zarządzanie osiedlem odbywa się w ramach regularnych spotkań ogółu mieszkańców. Uczestnicy spotkań dążą do powszechnej zgody i podejmują decyzje drogą konsensusu.

dsc08367

Wspólny ogród.

  • Lokalność

Mieszkańcy nie zamykają się w ramach osiedla, a ich obecność wzmacnia społeczność lokalną. W bezpośrednim pobliżu cohousingu działa miejski ogród, którego animatorem jest Christian. Mieszkańcy osiedla aktywnie uczestniczą też w kooperatywie spożywczej – zachęcają sąsiadów z okolicznych budynków do składania wspólnych zamówień na ekologiczne produkty żywnościowe. Na obrzeżach cohousingu znajduje się mały budynek mieszczący ekologiczną piekarnię. Prowadzi ją jeden z mieszkańców, Philippe, który piecze najlepsze croissanty z migdałami, jakie w życiu jadłam. Choćby ze względu na nie warto odwiedzić Louvigny – człowiek wyjeżdża w przekonaniu, że nie ma się co zrażać przeszkodami związanymi z  tworzeniem innowacyjnych projektów mieszkaniowych, bo bez pracy nie ma kołaczy ani – w wersji francuskiej – pysznych croissantów ;).

dsc08353

Ogród miejski animowany przez Christiana, jednego z mieszkańców cohousingu.

PS. Osoby zainteresowane „Z’écobâtisseurs” zachęcam do zajrzenia na bloga projektu, gdzie znajdują się zdjęcia obrazujące poszczególne etapy prac budowlanych. Polecam także bardzo ciekawy film „Les Z’écobâtisseurs, une utopie du m²”, w którym można posłuchać mieszkańców cohousingu (w tym wszystkich osób wspomnianych powyżej), jak również burmistrza, architektów, prawników i przedstawicieli instytucji finansowych, które zaangażowały się w projekt.

Advertisements

Od „Szczęśliwych ludzi” do “Szczęśliwej świni” – o różnych rodzajach mieszkaniowych minimalistów

W 1989 roku Yuri i Tamara Bajkous sprzedali mieszkanie w Petersburgu, by zamieszkać w głębi białoruskiego lasu. Do dziś żyją tam w prostej szopie, bez elektryczności, kanalizacji i bieżącej wody. Z cywilizacją łączy ich tylko radio na baterie i sporadyczne wyprawy na targ w oddalonym o 15 kilometrów mieście. Nie promują swojego stylu życia – nie piszą na ten temat książek, ani nie prowadzą bloga, na którym można by śledzić ich codzienne perypetie. Skąd więc o nich wiem? W zeszłym roku Yuri i Tamara stali się bohaterami „Szczęśliwych ludzi”, krótkometrażowego dokumentu autorstwa Victora Asliuka. Film zdobył pewien rozgłos, kiedy zakwalifikował się do programu konkursowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Cinéma du Réel”. W ten sposób natknęłam się na niego w Paryżu, gdzie miałam okazję obejrzeć wersję z angielskimi napisami. Potem udało mi się wyszukać na Youtubie oryginał bez napisów. Nawet jeśli nie zna się języka białoruskiego, to warto rzucić okiem na pierwsze pięć minut „Szczęśliwych ludzi”. Można dzięki temu przekonać się, w jak skrajnym minimalizmie żyją Yuri i Tamara.

Kiedy oglądałam „Szczęśliwych ludzi”, przez cały czas czekałam na jakiś sygnał, który wskazywałby na ironiczny wydźwięk tytułu. Wcześniej w opisie filmu wyczytałam o bohaterach, że „ich marzenia i oczekiwania szybko zostały skonfrontowane z białoruską rzeczywistością”. Spodziewałam się więc, że reżyser potraktuje Yuriego i Tamarę z dużym dystansem i że summa summarum okażą się oni ludźmi nieszczęśliwymi. Tymczasem okazało się inaczej. Reżyser – wbrew temu, czego się spodziewałam – nie dokonał dekonstrukcji mitu o życiu blisko natury. Nie pokazał swoich bohaterów jako naiwnych mieszczuchów, którzy marzą o spokojnym życiu z dala od cywilizacji, a ostatecznie stają się prymitywnymi nędzarzami pozbawionymi nawet podstawowych wygód. Jacy są więc według niego Yuri i Tamara?

Dom Yuriego i Tamary (zrzut ekranu z Youtube'a).

Dom Yuriego i Tamary Bajkous  (zrzut ekranu z Youtube’a).

Z filmu wynika, że bohaterowie świadomie wybrali minimalistyczny styl życia i równie świadomie się takiego stylu trzymają. Yuri śmieje się, gdy reżyser pyta go, czy jest szczęśliwy. Mówi, że tego rodzaju pytania są dobre dla ludzi w mieście, bo to oni mają aspiracje. To im zależy, żeby mieć nowy dywan czy samochód – jemu natomiast wystarcza myśl, że zdołał przeżyć kolejny dzień. Miastowi wydają się budzić w nim politowanie. Kpi z ich pragnień i zauważa, że przecież nikt nie jest w stanie zabrać do grobu zgromadzonych przedmiotów. Krytykuje z jednej strony materializm, a z drugiej coraz większe lekceważenie, z jakim ludzie odnoszą się do przyrody. Brak śniegu w zimie postrzega jako znak drastycznego zaburzenia naturalnego porządku i zapowiedź apokalipsy, która zmiecie ludzkość z powierzchni ziemi.

Choć film wyraźnie pokazuje, że standard życia Yuriego i Tamary jest bardzo niski, to jednak nie powstaje wrażenie, że bohaterom czegoś do szczęścia brakuje. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że są zadowoleni ze świętego spokoju, który uzyskują dzięki trzymaniu się z dala od cywilizacji. Ich spokój przypomina nawet trochę spokój stoickich mędrców. Podobnie jak to czynili stoicy, Yuri i Tamara wyrzekają się pokus i pragnień, które zaburzają harmonię wewnętrzną. Można więc pomyśleć, że osiągają stan sławionej przez Senekę „beznamiętności”, czyli „apatii”.

Yuri przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube'a).

Yuri Bajkous przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube’a).

Czy jednak rzeczywiście Yuri i Tamara są stoickimi mędrcami i czy warto im zazdrościć prostego życia w białoruskim lesie? Po obejrzeniu „Szczęśliwych ludzi” wysłuchałam rozmowy z reżyserem filmu i dowiedziałam się, że on trochę swoim bohaterom zazdrości. Ja jednak podobnej zazdrości nie odczułam i to nie tylko dlatego, że jestem przywiązana do takich zdobyczy cywilizacyjnych, jak pralka czy internet. Najistotniejsza wydaje mi się kwestia odpowiedzialności społecznej, która sprawia, że Yuri i Tamara nie do końca realizują stoicki ideał życia. Jak pisze Tatarkiewicz w „Historii filozofii”:

Etyka stoików, wbrew odmiennym pozorom, była natury społecznej; ich obojętność dla dóbr nie była obojętnością dla ludzi (…). Każdy człowiek należy do różnych grup, węższych i szerszych, i ma wobec nich obowiązki. Te obowiązki opasują go niby koła koncentryczne coraz szersze, których on jest ośrodkiem. Te koła to własne ciało, krewni, towarzysze, naród. Ostatnie, najszersze koło obejmuje całą ludzkość.

O ile stoicy poczuwają się do odpowiedzialności za innych, to Yuri i Tamara podchodzą do pozostałych ludzi z obojętnością lub (w przypadku miastowych) z lekkim lekceważeniem. Odcinają się od społeczeństwa radykalnie – sami praktycznie niczego od niego nie biorą, ale też nic mu nie dają.

Pomimo że obojętność, z jaką bohaterowie „Szczęśliwych ludzi” traktują ludzkość, nie jest dla mnie specjalnie atrakcyjna, to jednak muszę przyznać, że ich postawa jest uczciwa. Ponieważ sami rezygnują z odpowiedzialności za innych, to nie oczekują, że ktokolwiek poczuje się za nich odpowiedzialnych i nie chcą od innych pomocy. Tym samym reprezentują model minimalizmu, który można opatrzyć kodem „0:0”: zero dawania i zero brania.

Jakie są inne modele minimalizmu? Jak łatwo zgadnąć, ich kody to „0:1” i „1:1”. Model „0:1” jest chyba najwygodniejszy, bo polega na tym, że nic się społeczeństwu nie daje, ale korzysta się z jego pomocy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Dobrym przykładem osoby, która wydaje się żyć według tego modelu, jest John Wells. Ten starszy pan kiedyś pracował jako fotograf w Nowym Jorku, a obecnie mieszka na małej, samowystarczalnej energetycznie farmie pośrodku teksańskiej pustyni. Mieszkanie w dużej odległości od innych ludzkich siedzib nie oznacza w jego przypadku izolacji. Choć Wells chwali się, że żyje z dala od cywilizacji, to chętnie korzysta z internetu i codziennie zamieszcza swoje przemyślenia na blogu zatytułowanym „The Field Lab”. Sprzeczności w myśleniu Wellsa jest więcej. W artykule dla the New York Times twierdzi chociażby, że lubi być sam:

John Wells (zdj. z frugal-living.freeedom.com)

Nie potrafię sobie wyobrazić, że nie mieszkam sam. Nie podoba mi się wizja dostosowywania do kogoś mojego planu dnia. Nie ma dla mnie znaczenia, jakie by się z tym wiązały korzyści.

W tym samym artykule pojawia się jednak anegdota, z której wynika, że Wells nie potrafi zaakceptować konsekwencji, jakie wiążą się z samotnym życiem. Opowiada o pracy przy kontenerach, z których zbudowana jest jego farma:

Kiedy dostarczono kontenery pomyślałem sobie: “Co się stanie, jeśli drzwi się zatrzasną, a ja zostanę uwięziony w środku?” Patrzyłem w górę na kratownice i obawiałem się, że z nich spadnę. Zdałem sobie wtedy sprawę, że kamera internetowa jest środkiem bezpieczeństwa. Ktoś zawsze na mnie patrzy.

Dom Johna Wellsa (zdj. z frugal-living-freedom.com).

Jak widać, Wells nie ma nic przeciwko, żeby obserwowali go inni, kiedy może się okazać, że będzie potrzebował ich pomocy. We wszelkich innych sytuacjach tych samych ludzi traktuje jednak jako zawadę, ograniczenie ukochanej wolności. Wzbrania się przed odpowiedzialnością nie tylko za drugiego człowieka, ale nawet za miejsce, w którym żyje. Mówi, że postanowił przeprowadzić się do Teksasu, ponieważ „była to tak mała inwestycja, że gdyby nie wypaliła, to mógłbym dać sobie z nią spokój”. Jego filozofię życiową można w skrócie opisać jako: minimum zaangażowania, maksimum wolności. Stąd pewnie bierze się upodobanie, z jakim komunikuje się ze światem za pośrednictwem bloga. Dzięki „The Field Lab” ma możliwość, by z jednej strony swobodnie wyrażać siebie, a z drugiej by wchodzić tylko w takie interakcje, które nie obciążają go poczuciem odpowiedzialności za innych ludzi. Może brać od społeczeństwa w miarę potrzeb, a przy tym nie dawać w zamian praktycznie nic poza internetowymi notkami i filmikami, które wydają się służyć bardziej podbudowywaniu ego autora niż dzieleniu się jakąkolwiek wiedzą.

Oczywiście przypadek Wellsa jest skrajny i nie ma podstaw, by twierdzić, że każdy minimalista, który korzysta z internetu, robi to z egoistycznych pobudek. Bardzo często jest wręcz przeciwnie: wielu minimalistów świadomie decyduje, że nie chce odcinać się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ zależy im, by działać dla dobra ogółu. Jednym z nich jest Mark Boyle, autor takich książek, jak „The Moneyless Man” i „The Moneyless Manifesto”. Boyle na poważnie zaangażował się w promocję minimalizmu w roku 2007, kiedy to doszedł do wniosku, że „pieniądze doprowadzają do zaniku więzi między człowiekiem a jego działaniami”. Myśl ta skłoniła go do założenia Freeconomy Community, czyli internetowego serwisu umożliwiającego bezpłatne dzielenie się umiejętnościami i przedmiotami (obecnie działającego pod nazwą Streetbank).

Mark Boyle (zdj. z collaborativeconsumption.com).

Serwis szybko zdobył sporą popularność, a Boyle ciągle pracował nad jego rozwojem. W roku 2008 pojawiła się u niego myśl, by spróbować życia zupełnie bez pieniędzy, a tym samym stanął przed pytaniem: czy powinien odciąć się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ korzystanie z nich pociąga za sobą pewne koszty? Ostatecznie zdecydował, że będzie dalej używać komputera i internetu, by realizować swoje zobowiązania wobec użytkowników Freeconomy Community. Zrezygnował więc z ideologicznej czystości planowanego eksperymentu po to, by być bardziej użytecznym dla innych.

Przyczepa, w której Mark Boyle mieszkał przez ponad 2 lata (zdj. z theguardian.com).

Eksperyment Boyle’a się udał. Przez dwa i pół roku mieszkał bez pieniędzy w przyczepie kempingowej, przy czym korzystał z pewnych dóbr, które nie są darmowe (np. z internetu – opłacanego przez właścicieli farmy, na której pracował). Dzięki temu, że nie odciął się całkowicie od cywilizacji, udało mu zdobyć popularność i przyciągnąć do siebie ludzi zainteresowanych podobnym modelem życia. Z ich pomocą zorganizował wiele bezpłatnych wydarzeń, na przykład Freeconomy Feastival 2009, w ramach którego można było posłuchać koncertów, wziąć udział w różnego rodzaju warsztatach i zjeść trzydaniowy obiad. Z czasem jednorazowe inicjatywy przestały Boylowi wystarczać i pomyślał sobie, że świetnie byłoby uruchomić centrum kulturalno-edukacyjne, gdzie wszystkie atrakcje byłyby dostępne za darmo. Brzmi to jak mrzonka?

Może i projekt Boyle’a wydaje się utopijny, ale wszystko wskazuje na to, że uda się go urzeczywistnić w Galway na zachodzie Irlandii. Serwis permaculture.co.uk obwieścił bowiem niedawno, co następuje: „Mark Boyle stał się współzałożycielem pierwszego pubu bez pieniędzy. The Happy Pig będzie częścią An Teach Saor, czyli małego gospodarstwa permakulturowego opartego na idei gospodarki podarunku. Już niedługo The Happy Pig zacznie oferować darmowe warsztaty, darmową edukację, darmowe zakwaterowanie i, oczywiście, darmowy alkohol”.

Skąd nazwa „The Happy Pig”, czyli „Szczęśliwa świnia”? Z jednej strony jest to nawiązanie do historii budynku (który kiedyś pełnił funkcję chlewa), a z drugiej aluzja do angielskiego powiedzenia „Would you rather be a happy pig or a miserable philosopher?” („Czy wolałbyś być szczęśliwą świnią czy nieszczęśliwym filozofem”). Boyle i pozostali inicjatorzy projektu wolą to pierwsze i dlatego próbują stworzyć „miejsce, gdzie ludzie mogą się rozwijać, budować więzi społeczne, a także dzielić się zarówno praktycznymi umiejętnościami, które pomagają żyć w zdrowszej relacji do całego świata, jak i ideami, które leżą u podstaw takich transformacyjnych zmian. Ma to być miejsce, gdzie wszyscy możemy odkrywać w sobie szczęśliwe świnie”.

Tak wygląda obecnie The Happy Pig (zdj. z permaculture.co.uk).

Z informacji dostępnych w internecie wynika, że projekt jest już na ukończeniu. Kiedy patrzy się na zdjęcie niemal gotowego budynku, trudno nie zadać sobie pytania o to, w jaki sposób Boyle przeszedł od utopijnej wizji do namacalnych efektów. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu było z jednej strony jego ogromne zaangażowanie, a z drugiej otwartość na współpracę z innymi. Boyle nie tylko przeznaczył na The Happy Pig wszystkie dochody ze swoich książek, ale też przyciągnął do projektu wiele innych osób. Z pomocą wolontariuszy zdołał wyremontować chlew, a dzięki kampanii crowdfundingowej zebrał pieniądze na instalacje i wyposażenie wnętrza przyszłego centrum darmowej edukacji i kultury. Nowoczesne środki komunikacji posłużyły mu więc do realizacji celu, który ma przynieść korzyści całej społeczności.

Inaczej niż to było w przypadku bohaterów „Szczęśliwych ludzi” i Johna Wellsa, Boyle nie tylko nie odciął się od całkowicie od cywilizacji, ale wykorzystał jej zdobycze do wytwarzania społecznego dobra. Tym samym stał się wzorcowym realizatorem idei minimalizmu „1:1” – minimalizmu, w którym człowiek pozbywa się niepotrzebnych przedmiotów, ale nie odcina się od społeczeństwa i nie wyzbywa się odpowiedzialności za dobro innych.

Czy polski urzędnik dałby pieniądze na wystawę o hotelach pasożytach? (na marginesie paryskiej wystawy „Mobile Homes”)

Kiedy spacerowałam w zeszłym tygodniu po Paryżu, świat obiegła informacja o alarmującym poziomie zanieczyszczenia powietrza we francuskiej stolicy. Setki dziennikarzy opublikowało teksty, z których wynikało, że Paryż to obecnie najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie, a jakość powietrza jest tam gorsza niż w Pekinie czy Szanghaju. Była to dla mnie zaskakująca nowina, ponieważ miałam wrażenie, że w Paryżu oddycha się mimo wszystko lepiej niż w polskich miastach. Paryski smog wydawał mi się mocno wyolbrzymionym problemem zwłaszcza wieczorami, kiedy myłam twarz po wielogodzinnych spacerach. Nigdy nie dostrzegłam na sobie szarawej warstwy pyłu, jaka jest coraz częstszą pamiątką po moich spacerach ulicami Wrocławia. „Może jednak nie powinnam polegać wyłącznie na teście białego wacika do mycia twarzy?” – pomyślałam i postanowiłam nie zawierzać wyłącznie subiektywnym odczuciom dotyczącym poziomu zanieczyszczeń.

Tak podobno wyglądał Paryż kilka dni temu, choć zupełnie nie przypominam sobie podobnego smogu (zdj. z onet.pl).

Zaczęłam szukać danych, które pozwalałyby porównać jakość powietrza w Paryżu i w największych polskich miastach. Najpierw sięgnęłam do raportów, na których opierali się dziennikarze piszący o Paryżu jako o „najbardziej zanieczyszczonym mieście świata”. Okazało się, że raporty te sporządza firma Plume Labs i że dotyczą one bardzo wąskiego wycinka naszej planety, a mianowicie 60 największych miast w Europie Zachodniej i Południowej, Azji Południowej oraz Ameryce Północnej. Analitycy Plume Labs nie zajmują się w ogóle Europą Środkową, Rosją czy Kaukazem – z ich opracowań nie dowiedziałam się więc, czy Paryż jest bardziej zanieczyszczony od polskich miast. Dane pozwalające porównać jakość powietrza we Francji i Polsce udało mi się znaleźć dopiero w raporcie WHO, który zawiera informacje o stężeniu pyłu zawieszonego (PM10) w powietrzu ponad tysiąca miast na całym świecie. Wyczytałam z niego, że jakość powietrza w Paryżu jest równie marna jak w Polsce, bo o ile norma stężenia pyłu zawieszonego wynosi 20 μg/m3 w skali roku, to w Paryżu stężenie tego pyłu sięga 38 μg/m3, a w polskich miastach, co następuje: Wrocław – 35 μg/m3, Warszawa – 32 μg/m3, Kraków – aż 64 μg/m3.

Smog w Krakowie (zdj. z brudnykrakow.wordpress.com).

Choć zanieczyszczenie powietrza w polskich miastach i Paryżu wydaje się podobne, to jednak całkowicie różne są reakcje władz miejskich na problem smogu. W Polsce samorządy podchodzą do tej kwestii „z pewną taką nieśmiałością” i nie podejmują żadnych radykalnych działań, które miałyby służyć poprawie sytuacji (co jasno wynika chociażby z ostatniego raportu NIK-u poświęconego ochronie powietrza). Tymczasem w stolicy Francji odważnych pomysłów nie brakuje, czego najlepszym dowodem są rozwiązania, które władze miasta wprowadziły w życie w kilka dni po publikacji raportu Plume Labs. Kiedy Paryż otrzymał łatkę najbardziej zanieczyszczonego miasta świata, władze szybko podjęły decyzję o tymczasowej likwidacji opłat za transport miejski i parkingi – wszystko po to, by więcej ludzi przesiadło się z samochodów do autobusów i metra.

Co ciekawe, radykalne rozwiązania służące ochronie powietrza dotyczą we Francji nie tylko transportu miejskiego, ale i budownictwa. Zaledwie kilka dni temu francuski parlament uchwalił prawo, zgodnie z którym wszystkie nowe budynki w strefach handlowych będą musiały mieć dachy przynajmniej częściowo pokryte roślinnością lub panelami słonecznymi.  Jeśli na dachach znajdą się rośliny, to budynki będą mieć lepszą izolację termiczną i potrzeba będzie mniej energii, aby je ogrzać. Elektrownie konwencjonalne będą produkować mniej energii, a tym samym będą wytwarzać mniej zanieczyszczeń. Podobny efekt przyniesie położenie na dachach paneli słonecznych – ponieważ panele zapewnią tzw. czystą energię, zmniejszy się ilość energii i zanieczyszczeń pochodzących z elektrowni konwencjonalnych. W rezultacie powietrze stanie się czystsze zarówno w Paryżu, jak i w całej Francji (warto bowiem podkreślić, że nowe prawo ma zasięg ogólnokrajowy).

Francuscy politycy nie unikają refleksji nad wyzwaniami, które stoją przed architekturą w kontekście problemu zanieczyszczenia środowiska. Architektura jest tematem przewodnim licznych wydarzeń towarzyszących szczytowi klimatycznemu ONZ, który odbędzie się w Paryżu pod koniec 2015 roku. Na jedno z takich wydarzeń natknęłam się przypadkiem, kiedy wałęsałam się po mieście. Próbowałam znaleźć stację metra i tak dotarłam na Berges de Seine, czyli promenadę utworzoną w miejsce dawnej drogi szybkiego ruchu. Od 2013 roku Berges de Seine działa jako darmowe centrum kultury i rekreacji, a z okazji szczytu klimatycznego władze Paryża zorganizowały tam wystawę „Mobile Homes” („Domy mobilne”).

Promenada Berges de Seines (zdj. z feelslikehomeinparis.com).

Opis wystawy brzmi całkiem poważnie: „Od lutego na Berges de Seine można oglądać grupę obiektów tymczasowych. Wystawa została zorganizowana w związku z paryskim szczytem klimatycznym COP21. Prototypy mieszkań modułowych zostały stworzone przez młodych projektantów i służą zakwestionowaniu wyobrażenia o życiu w mieście za pomocą kształtów, materiałów i zastosowań prezentowanych obiektów. Wystawa odnosi się do kwestii mieszkalnictwa związanych z COP21, a także proponuje nowe sposoby mieszkania i przemieszczania się w mieście, które to propozycje łączą w sobie humor, sztukę i architekturę”.

IMG_1136

Choć kuratorzy obiecują humor, to jednak odwiedzający nie spodziewa się rozrywkowych treści –  w końcu to wystawa zorganizowana przez miasto z okazji ważnego politycznego wydarzenia. Tym bardziej intryguje więc zdjęcie reklamujące „Mobile homes”. Wystarczy odejść kilka kroków od planszy z opisem, by przekonać się, że fotografia przedstawia część ekspozycji: dom mobilny Room Room.

IMG_1140

Room Room

Room Room został stworzony z myślą o osobach, które utraciły tradycyjne domy w wyniku klęsk żywiołowych, a także o wszystkich, którzy chcą się swobodnie przemieszczać. Autorzy projektu dołożyli starań, by zaprojektować dom „lekki, solidny, dobrze ocieplony, ergonomiczny i tani”, ponieważ zależało im, by „wprawiać w ruch ludzi, a w efekcie wywoływać ruch myśli”. Pomimo że taki opis brzmi nieco pompatycznie, to jednak sam projekt nie wydaje się przesadnie poważny (pewnie w dużym stopniu za sprawą kolorystyki).

Mało poważne są też pozostałe domy mobilne pokazywane na wystawie. Świadczą o tym już same ich nazwy, chociażby Vingt Mille Lieues sous la Seine (20 tysięcy mil podróży pod Sekwaną) czy Hotel Parasite (Hotel Pasożyt).

IMG_1142

Vingt Mille Lieues sous la Seine

Projekt Vingt Mille Lieues sous la Seine nawiązuje swą nazwą do znanej książki Juliusza Verne’a „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. Podobnie jak w przypadku Room Room jest to mobilny dom, który ma z jednej strony stanowić schronienie w przypadku klęski żywiołowej, np. powodzi, a z drugiej – ma wyobrażać  fantastyczną podróż w nieznane.

Nieco inne kwestie podejmują autorzy projektu Hotel Parasite, który jest mobilnym, jednopokojowym hotelem.

paris-13-1100x729

Hotel Parasite (zdj. z snodevormgevers.nl/).

Hotel Parasite zwraca uwagę na problem statyczności paryskiej architektury, która w ciągu ostatnich 150 lat nie uległa znaczącym zmianom. Względna niezmienność architektury wydaje się nie przystawać do dynamicznego wzrostu liczby mieszkańców Paryża. Autorzy próbują więc uleczyć miasto kuracją z obiektów pasożytów. Mobilne konstrukcje, takie jak Hotel Parasite, mają stanowić źródło dodatkowej przestrzeni, a także mają ożywiać miejsca, które są już od dawna zabudowane, przez co nie można dodawać do nich żadnych nowych pełnowymiarowych i trwałych budynków.

Kiedy przechadzałam się po wystawie, zastanawiałam się, co by powiedzieli polscy urzędnicy, gdyby ktoś zaproponował im sfinansowanie wystawy o hotelach pasożytach. Wyobraziłam sobie, jak pukają się w czoło, bo poczucie humoru na oficjalnych wystawach nie jest w naszym kraju zbyt mile widziane.

Przypomniało mi się też, że nie tak dawno gospodarzem szczytu klimatycznego ONZ była Warszawa. Jakie ciekawe wydarzenia kulturalne przygotowały z tej okazji władze naszej stolicy? Po powrocie do Polski zaczęłam szukać informacji na ten temat i trafiłam na plakaty reklamujące najważniejszą wystawę towarzyszącą warszawskiemu szczytowi klimatycznemu.

efektywnosc_energetyczna Choć zauważyłam, że polska wystawa miała na celu bardziej edukację niż pokazywanie ciekawych projektów z pogranicza sztuki i architektury, to jednak mimowolnie zaczęłam wątpić w otwartość polskich urzędników nie tylko na pomysły z nutą humoru, ale w ogóle na wszelkie pomysły, które są nieco mniej oczywiste niż promowanie żarówek energooszczędnych.

„Może jednak gdzieś w Polsce doszukam się oryginalnych projektów kulturalnych, które dotyczą mieszkalnictwa i są finansowane przez władze miejskie?” – postanowiłam nie tracić nadziei i pocieszyłam się myślą, że na pewno Wrocław przygotowuje coś godnego uwagi, skoro już niedługo ma się stać Europejską Stolicą Kultury. Nie musiałam długo szukać informacji, bo akurat na oficjalnej stronie miasta pojawił się artykuł zapowiadający „6 wystaw architektury ESK 2016 Wrocław”. Czy którakolwiek z planowanych wystaw ma w interesujący sposób poruszać współczesne problemy związane z mieszkalnictwem? Niestety nie, bo najwidoczniej tego rodzaju problemy (podobnie jak problemy związane z zanieczyszczeniem powietrza) nie wymagają w Polsce większej uwagi.

Earthship – mieszkać ekologicznie i nie płacić rachunków

Domy ze starych opon i innych śmieci? Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z earthshipami, wydawało mi się, że takie budynki mogą być atrakcyjne tylko dla radykalnych ekologów, ludzi szczerze oddanych idei recyklingu. Pamiętam, że rzuciłam wtedy okiem na zdjęcia z budowy pierwszego w Polsce earthshipa (ukończonego kilka miesięcy temu w Mierzeszynie obok Gdańska) i pomyślałam sobie, że trzeba mieć niezłego hopla na punkcie zrównoważonego rozwoju, żeby zamieszkać w czymś, co przypomina punkt wulkanizacji opon.

Pierwszy polski earthship w trakcie budowy (zdj. z trojmiasto.gazeta.pl).

Nie poprzestałam jednak na pierwszym wrażeniu i postanowiłam wgryźć się w temat. Mnóstwo ciekawych informacji znalazłam nie tylko na stronach anglojęzycznych (m.in. na earthship.org), ale również w polskim internecie, np. na earthship.pl czy ekocentrycy.pl. Obejrzałam zdjęcia i filmiki pokazujące gotowe earthshipy i zdałam sobie sprawę, że ukończone budynki nie tylko nie wyglądają jak sterty opon, ale często są naprawdę ładne, czego dobrym przykładem jest earthship znajdujący się w angielskim Brighton:

Z każdym kolejnym artykułem, zdjęciem czy filmikiem coraz bardziej upadała moja hipoteza, według której earthshipy miały być dziwaczną ekstrawagancją przeznaczoną wyłącznie dla radykalnych ekologów. W końcu doszłam do wniosku, że ze wszystkich pomysłów na alternatywne siedziby mieszkalne, o których ostatnio czytałam, to właśnie earthshipy są jedną z najbardziej zdroworozsądkowych propozycji. Dlaczego?

Po pierwsze, tego rodzaju domy wydają się być godnym uwagi rozwiązaniem w obliczu nadciągającego do Polski kryzysu energetycznego. Według Ministerstwa Gospodarki, już w 2016-2017 roku Polsce zagrożą niedobory prądu. Będą one wynikać ze starzenia się infrastruktury, braku nowych inwestycji oraz rosnącego zapotrzebowania na prąd. W takim kontekście trudno nie spojrzeć przychylnym okiem na domy, które są całkowicie niezależne od zewnętrznych instalacji, w tym od sieci energetycznej. Mieszkańcy earthshipów nie muszą przejmować się tym, że zabraknie im prądu, ponieważ dysponują własnymi źródłami energii – zwykle jest to kombinacja paneli słonecznych, wiatraków i zestawu baterii. W przypadku pierwszego w Polsce domu tego typu prąd pochodzi z wiatraka i kolektora słonecznego.

Słońce stanowi oczywiście źródło nie tylko energii elektrycznej, ale też i ciepła. Earthship jest zbudowany w taki sposób, by jak najmniej trzeba go było dogrzewać w zimie. Podstawowym elementem konstrukcji jest duże okno we frontowej ścianie, które jest nachylone pod takim kątem, by zimą światło wpadało głęboko, ogrzewając jak największą powierzchnię domu, a latem oświetlało tylko wąski pas podłogi, nie prowadząc tym samym do przegrzania budynku.

Ustawienie okna ściany frontowej (grafika z ivem.eldoc.ub.rug.nl)

W zimie earthshipa nie trzeba zbyt mocno (lub nawet wcale) dogrzewać za sprawą starannej izolacji termicznej budynku, a także wykorzystanych do budowy ścian materiałów. Dzięki temu, że wypełniająca opony ziemia świetnie akumuluje energię cieplną, earthship dysponuje olbrzymią masą termiczną, która latem nagrzewa się pod wpływem słońca, a zimą oddaje zmagazynowane ciepło. W rezultacie rachunki za ogrzewanie albo spadają do zera, albo drastycznie maleją. Po pierwszej zimie spędzonej w mierzeszyńskim earthshipie, jego właścicielka, Magda Egiert, twierdzi, że „To jest właśnie to, o co nam chodziło. Mieszkamy i nie płacimy rachunków”. Niestety z wywiadu, którego w maju udzieliła razem z mężem Mateuszem radiu Kaszebe, nie można się dowiedzieć, czy earthship trzeba było dogrzewać piecykiem, który właściciele zakupili kiedyś jako źródło dodatkowego ogrzewania.

Jak widać, earthshipy dają radę w zimie, skoro są całkiem popularne w Kanadzie (tu przykład z Kolumbii Brytyjskiej, znaleziony na earthship.com).

W wywiadzie z pionierami earthshipów w Polsce nie ma zbyt wielu informacji o ogrzewaniu, ale pojawia się za to ciekawa wzmianka o kosztach budowy. Okazuje się, że earthship w Mierzeszynie nie był wcale tani, bo jego właściciele oszacowali całkowity koszt budowy na około 250-300 tysięcy złotych. Jest to zaskakująco wysoka kwota, jeśli weźmie się pod uwagę, że w wypowiedziach z 2012 roku Magda Egiert podkreślała, że budowa nie kosztuje dużo, bo można kupować używane materiały „za jedną piątą ceny”. Dwa lata temu prace nad earthshipem były już mocno zaawansowane, a Dziennik Polski informował, że „Kosztorys budynku, który już stoi, opiewa na 20 tys. zł. Łącznie z wyposażeniem łazienki. – Jak buduje się dom tradycyjnymi metodami, zawsze wychodzi drożej niż się na początku myślało – mówi Magda. – A nam koszty maleją!” Niestety nie wiadomo, co się takiego wydarzyło między 2012 a 2014 rokiem, że koszty przestały maleć, a z 20 tysięcy zrobiło się niemal 300. Czy aż tak drogie okazały się instalacje?

Chociaż budowa polskiego earthshipa nie okazała się tak tania, jak to przewidywali autorzy serwisu earthship.pl (którzy optymistycznie zakładali, że średniej wielkości earthship będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy złotych), to trzeba pamiętać, że koszty budowy takiego domu zwracają się z każdym kolejnym miesiącem, kiedy nie trzeba płacić rachunków za media. Oszczędności są duże, ponieważ mieszkańcy earthshipów oszczędzają nie tylko na wspomnianej już elektryczności i ogrzewaniu, ale też na wodzie i kanalizacji. Earthship istnieje niezależnie od sieci wodno-kanalizacyjnej dzięki temu, że wykorzystuje wodę opadową, która poddawana jest rozbudowanemu procesowi filtracji. Dzięki systemowi filtrów tę samą wodę wykorzystać można kilkukrotnie np. najpierw do gotowania, potem do nawadniania domowych upraw, a ostatecznie do spłukiwania toalety. Kiedy woda jest już mocno zanieczyszczona, opuszcza obieg i trafia do specjalnego zbiornika,  a z niego przesącza się do grządek, które znajdują się poza domem i są odizolowane od wód gruntowych. Tam zanieczyszczenia są całkowicie neutralizowane przez odpowiednie rośliny.

System zbierania wody deszczowej (zdj. z ).

System zbierania wody deszczowej (zdj. z earthshipsolutions.com).

Z jednej strony użytkowanie earthshipa jest więc tanie, a z drugiej ekologiczne, ponieważ nie wywiera większego wpływu na środowisko. W przeciwieństwie do zwykłego domu earthship nie zużywa ogromnych ilości wody i nie produkuje masy ścieków. Trudno tego nie docenić, zwłaszcza gdy mieszka się w Polsce, gdzie zasoby wody pitnej przypadające na jednego mieszkańca są trzy razy mniejsze od średniej europejskiej, a wynoszą tyle samo, co w Egipcie. Oczywiście małe zużycie wody to tylko jeden z elementów składających się na ekologiczny charakter earthshipa, bo do tego dochodzi jeszcze niska emisja gazów cieplarnianych (za sprawą ekologicznego ogrzewania) oraz recykling produktów takich jak opony, które trudno zutylizować tradycyjnymi metodami.

Skoro earthshipy są takie ekologiczne i tanie w użytkowaniu, to czemu w Europie ciągle cieszą się małą popularnością? Można wskazać 3 podstawowe przyczyny.

Po pierwsze, ludzie są nieufni wobec pomysłu mieszkania wśród opon, pesymistycznie zakładając, że te z czasem zaczną się rozkładać i wydzielać toksyczne chemikalia. Jak jednak zauważają naukowcy, opony nie rozkładają się, jeśli nie są wystawione na działanie ekstremalnych temperatur, słońca czy tlenu. Dlatego też nie należy obawiać się opon znajdujących się w ścianach earthshipa, ponieważ z jednej strony wypełnia je ziemia, a z drugiej są pokryte grubą warstwą tynku.

Druga przyczyna małej popularności tego typu budynków to żmudny proces ich budowy. Ubijanie ziemi w oponach wymaga sporej ilości energii i czasu – na tyle sporej, że trudno wybudować earthship bez pomocy dużej ekipy (jeśli ta ekipa składa się z pracowników, a nie z wolontariuszy, jej pomoc może wygenerować niemałe koszty). O tym, że budowa earthshipa jest ciężką pracą, można się przekonać, chociażby oglądając urywki z prac budowlanych w Mierzeszynie:

Trzecią kwestię stanowią przepisy budowlane. Jak twierdzą autorzy serwisu earthship.pl w wielu krajach to właśnie restrykcyjne prawo budowlane powoduje, że earthshipów buduje się niewiele. A jak jest w Polsce? O dziwo nienajgorzej, choć oczywiście przeszkód nie brakuje, o czym świadczą następujące słowa Mateusza Egierta z 2012 roku (cytat za trojmiasto.gazeta.pl):

Musieliśmy odbiec od typowego Earthshipa (…), ponieważ prawo budowlane w kraju wyraźnie określa, z jakich materiałów można wznosić domy. Opon na tej liście nie ma. W związku z tym architekt Barbara Wojtkowska z Fundacji Królewski Szlak z Krakowa, zaprojektowała szkielet drewniany z pali, którego wypełnienie stanowią opony. Z tego samego powodu wykopaliśmy też fundamenty. I budynek będzie tylko częściowo zasypany. (…) Byliśmy też u starosty, był bardzo przychylny i obiecał przyspieszyć procedurę prawną. Już następnego dnia przysłał urzędników na wizję lokalną.

Mateuszowi i Magdzie Egiertom udało się pokonać wszystkie biurokratyczne przeszkody, co pokazuje, że przy odpowiedniej dozie determinacji można w Polsce wybudować earthship. Teraz pozostaje więc czekać na więcej informacji o tym, jak się mieszka w pierwszym polskim samowystarczalnym domu, no i oczywiście czerpać z tego pionierskiego projektu inspirację do budowy kolejnych earthshipów. Kto następny?

Mieszkać za darmo – w przyczepie kempingowej?

Image

Kiedy byłam w Londynie, spotkałam przez przypadek Marka Boyle’a (na zdj.), twórcę ruchu Freeconomy, którego celem jest zmniejszenie znaczenia pieniądza w kontaktach międzyludzkich. Boyle zachęca ludzi, by obdarowywali się nawzajem swoimi umiejętnościami i przedmiotami zamiast sprzedawać je za pieniądze. Sam stara się być żywym dowodem na to, że życie bez pieniędzy jest możliwe. W książce “The Moneyless Man: A Year of Freeconomic Living” można przeczytać o roku, który spędził żyjąc zupełnie bez pieniędzy w okolicach angielskiego Bristolu. Co ciekawe, książka opisuje tylko wycinek z jego życia bez pieniędzy, ponieważ udało mu się w ten sposób przeżyć ponad 3 lata. Gdzie w tym czasie mieszkał?

Przed rozpoczęciem swojego eksperymentu z życiem bez pieniędzy Boyle wynajmował pokój. Oczywiście musiał zrezygnować z najmu, ponieważ nie miał już na niego funduszy. W ramach poszukiwań nowego lokum zamieścił ogłoszenie na portalu Freecycle, który ułatwia zwolennikom ruchu Freeconomy wymieniać przedmioty i umiejętności. Sam był zaskoczony swoim fartem, kiedy zgłosiła się do niego kobieta chcąca pozbyć się niepotrzebnej przyczepy kempingowej. W ten sposób Boyle stał się posiadaczem przyczepy, nie wydając na nią ani grosza. Musiał jeszcze tylko znaleźć miejsce, gdzie mógłby tę przyczepę postawić. Ostatecznie trafił na ekologiczną farmę, której właściciele pozwolili mu zamieszkać na swoim terenie w zamian za pracę na roli w wymiarze trzech dni tygodniowo. Boyle był zadowolony z takiego układu, ponieważ bliska mu była idea farm ekologicznych i nie miał nic przeciwko, żeby własną pracą przyczynić się do rozwoju jednej z nich.

Jak więc widać, Boyle nie żył zupełnie za darmo, ale czasem, zamiast stosować pieniądze, dokonywał barteru. W zamian za pracę właściciele farmy pozwalali mu korzystać z internetu oraz ujęcia wody pitnej. Do tego mógł zbierać na farmie niepotrzebne drewno. Dzięki temu przetrwał zimę, bo drewno wrzucał do piecyka i w ten sposób ogrzewał przyczepę. Jego sytuacja była więc nietypowa, bo miał szczęście trafić na farmę, która oferowała mu praktycznie wszystko, czego sam nie potrafił sobie wytworzyć. Wyjątkowość jego położenia powodowała, że kiedy czytałam jego książkę, nie potrafiłam wyobrazić sobie siebie żyjącej bez pieniędzy. Zamiast tego zaczęłam się zastanawiać, czy można by na stałe zamieszkać w przyczepie i czy ktokolwiek w Polsce żyje w ten sposób.

Trafiłam na polskie forum poświęcone karawaningowi. Znalazłam tam wpisy osób, które mieszkały w przyczepach i ich historie niespecjalnie zachęciły mnie do wypróbowania takiego sposobu na życie. Na podstawie forum doszłam do wniosku, że w naszej strefie klimatycznej mieszkanie w przyczepie oznacza albo konieczność przyzwyczajenia się do zimna, albo spore wydatki na ogrzewanie przez jedną trzecią roku. Osoby wypowiadające się na forum dogrzewały się butlami gazowymi, co generowało koszty rzędu 500-750 złotych w skali miesiąca. Trochę to dużo, kiedy człowiek pomyśli, że za kilkaset złotych można wynająć pokój i zyskać dostęp do normalnej łazienki czy kuchni.

Problemem są nie tylko koszty ogrzewania, ale też kwestie prawne. Czy można w Polsce postawić sobie na działce przyczepę i zamieszkać w niej na stałe? Dużo zależy od tego, czy połączymy przyczepę na stałe z gruntem, np. podłączając ją do sieci elektrycznej czy kanalizacyjnej. Jeśli tego nie zrobimy, to najprawdopodobniej inspekcja budowlana nie będzie się miała do czego przyczepić, bo przyczepa będzie w świetle prawa po prostu pojazdem (tak przynajmniej wywnioskowałam ze znalezionej w internecie porady prawnej). Sytuacja skomplikuje się w sytuacji, gdy podłączymy przyczepę do sieci elektrycznej czy kanalizacyjnej. Przyczepa stanie się wówczas tymczasowym obiektem budowlanym, którego postawienie trzeba będzie zgłosić w starostwie powiatowym. Jak wynika z wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu, przyczepa będzie mogła stać na działce jako tymczasowy obiekt budowlany przez maksimum 120 dni, a potem trzeba będzie albo gdzieś ją przestawić, albo uzyskać zgodę na budowę (sic!).

Ogólnie więc mieszkanie w przyczepie wydaje się być dość kosztownym i skomplikowanym rozwiązaniem dla każdego, kto nie jest zdeterminowany, by żyć (jak Mark Boyle) w sposób praktycznie całkowicie samowystarczalny. W przypadku, gdy człowiek chce stosować komercyjne ogrzewanie, mieszkanie w przyczepie okazuje się wcale nietanie. Co więcej, tego rodzaju mieszkanie może być w Polsce źródłem kłopotów prawnych: w internecie można znaleźć historie ludzi, którzy zamieszkali w przyczepach i podłączyli sobie do nich media, a potem przyczepił się do nich nadzór budowlany. Dlatego też nie sądzę, żebym kiedykolwiek poszła w ślady Marka Boyle’a i zamieszkała w przyczepie na stałe. Na pewno nie w tym klimacie i nie przy tych przepisach budowlanych.

Źródło zdjęcia: The Mirror