Tag Archives: feminizm

Dom bez mężczyzn – czy jest potrzebny każdej kobiecie?

„Czy ja w ogóle jestem kobietą?” – takie pytanie zadałam sobie przy lekturze tekstu „Tylko dla kobiet! Kobiece społeczności, do których mężczyznom wstęp wzbroniony” opublikowanego na portalu foch.pl. Jego autorka, Kasia Nowakowska, opisuje społeczności zamieszkiwane wyłącznie przez kobiety, po czym wysnuwa następujący wniosek:

każda kobieta, i cała redakcja Focha (zwana niekiedy grupą wsparcia) potwierdzi: gdy jesteś w potrzebie zrozumieją cię i pomogą inne kobiety. Nawet jeśli jesteś typem kobiety, która niespecjalnie dobrze czuje się w czysto kobiecym środowisku. Czasem jednak zwyczajnie go potrzebujesz.

Kiedy przeczytałam te słowa, zaczęłam się zastanawiać, czy coś jest nie tak z moją kobiecością, skoro nigdy nie czułam potrzeby, by mieszkać w towarzystwie samych kobiet.  Tekst z lifestylowego portalu zachwiał moją tożsamością płciową skuteczniej niż najbardziej radykalne publikacje oskarżane o promocję „ideologii gender”. „Może w głębi duszy brakuje mi czysto kobiecego środowiska, tylko nawet nie zdaję sobie z tego sprawy?” – próbowałam pocieszyć się myślą, że wszystkiemu winny jest patriarchat, który stłamsił we mnie naturalne kobiece pragnienia. Niestety nic nie wyszło z moich starań, by wyobrazić sobie, jak twardy obcas patriarchatu wgniata te potrzeby w ziemię. Zamiast tego przed oczami stanęła mi Kasia Nowakowska w roli żeńskiego odpowiednika profesora Bladaczki. Nie mogłam oprzeć się wizji, w której autorka artykułu wywołuje mnie do tablicy, a potem ze zniecierpliwieniem tupie nogą, gdy słyszy, że nie potrzebuję przestrzeni do celebrowania solidarności jajników: „Jak to nie potrzebuje, jeśli tysiąc razy tłumaczyłam, że potrzebuje”.

Celebracja solidarności jajników ;) (fot. Pixabay CC0).

Celebracja solidarności jajników ;) (zdj. Pixabay).

Podobna scena pojawiła się w mojej głowie, kiedy wróciłam do fragmentu, w którym Kasia Nowakowska wyjaśnia, dlaczego domy bez mężczyzn nie mają nic wspólnego z seksizmem:

Kobiety wybierające przestrzenie i wspólnoty “tylko dla kobiet” narażają się niekiedy na zarzut seksizmu. No bo jak to tak? Bez mężczyzn? Seksizm i wykluczenie! Jednak, jak przekonują psychologowie, wsparcie i zrozumienie, które otrzymują kobiety w jednopłciowych społecznościach pozwala im na większą pewność siebie i rozwój. Niektórzy doszukują się tu przyczyn historyczno-biologicznych, a nawet ewolucyjnych: mężczyźni od zarania dziejów opuszczali wspólnoty, by polować, walczyć, zaś tzw. życiem codziennym zajmowały się społeczności złożone głównie z kobiet. Stąd rozumienie wzajemnych emocji i umiejętność udzielenia sobie wsparcia w chwilach kryzysu jest znacznie bardziej rozwinięta między kobietami.

Tym razem wyobraziłam sobie, jak dostaję lekcję: „Jak to seksizm, jeśli tysiąc razy tłumaczyłam, że nie seksizm”, a dodatkowo palec nauczycielki wskazuje mi „psychologów”, którzy rozumieją moje potrzeby lepiej niż ja sama. Niestety dla Kasi Nowakowskiej nie przyjęłam twierdzeń ekspertów na wiarę, ale postanowiłam ustalić, na jakich naukowych podstawach się opierają.  W ramach zadania domowego przeczesałam internet, by znaleźć wyniki badań potwierdzających, że kobiety rzeczywiście rozwijają się lepiej, gdy przebywają z dala od mężczyzn.

Alapine Community - amerykańska wspólnota lesbijek (zdj. boywoman.wordpress.com)

Amerykańska wspólnota Alapine Community (zdj. boywoman.wordpress.com)

Już po minucie stało się dla mnie jasne, kogo autorka artykułu miała na myśli, kiedy wspominała o psychologach. Na blogu „No men allowed” (poświęconym kobiecym społecznościom z różnych części świata) trafiłam na następujący komentarz psycholożki klinicznej Bhavny Negandhi:

Kiedyś mężczyźni wychodzili na polowania, a kobiety zostawały same. Nawzajem pomagały więc sobie przy opiece nad dziećmi, wspólnie spędzały czas, dzieliły się odczuciami i gawędziły w kobiecym gronie.

Nawet teraz – w czasach, gdy mężczyźni zwracają się do kobiet po emocjonalne wparcie – kobiety nie uzyskują podobnego wsparcia od mężczyzn. Kobiety wolą, by wsparcie emocjonalne dawały im inne kobiety, co pozwala przypuszczać, że chęć przebywania w społecznościach bez mężczyzn wynika u nich z potrzeby uzyskiwania wsparcia (związanego z życiem emocjonalnym, a także z praktycznymi aspektami życia).

Niestety poza tym jednym cytatem nie doszukałam się żadnych innych wzmianek o Bhavnie Negandhi. Żadnych artykułów naukowych, informacji o publikacjach książkowych, absolutnie nic. Nie ustaliłam więc, skąd psycholożka zaczerpnęła daleko idące wnioski o korzystnym wpływie czysto kobiecego środowiska na rozwój kobiet. Czy konkluzje te oparła na wynikach jakichś badań, a jeśli tak, to przez kogo przeprowadzonych i na ile wiarygodnych? Kto to wie…

Ostatecznie nie znalazłam żadnych informacji o badaniach przeprowadzonych na społecznościach, które zamieszkiwane są wyłącznie przez kobiety. Zaczęłam więc wczytywać się w publikacje o nieco podobnej tematyce, a mianowicie w teksty poświęcone szkołom dla dziewcząt. Obiło mi się o uszy, że uczennice takich szkół uzyskują lepsze wyniki w nauce, są bardziej pewne siebie i częściej wybierają zawody związane z przedmiotami ścisłymi. Czy jednak rzeczywiście dziewczęta rozwijają się lepiej, gdy nie muszą rywalizować z chłopcami w jednej klasie? Czy powinnam uważać się za ofiarę koedukacji i wzdychać, że pewnie stałabym się drugą Skłodowską-Curie, gdyby było mi dane uczyć się z dala od chłopców?

Ciekawe, czy uczyły się w szkole tylko dla dziewcząt (fot. solvay.com)

Ciekawe, czy uczyły się w szkole tylko dla dziewcząt… (zdj. solvay.com)

Raczej nie mam podstaw, by się nad sobą użalać, bo wyniki badań dotyczących szkół jednopłciowych są mocno niejednoznaczne. Problem stanowi przede wszystkim metodologia – niezwykle trudno jest opracować badanie, które udowodniłoby, że nieobecność chłopców w klasie korzystnie wpływa na rozwój intelektualny dziewcząt. Niewiele przecież znaczy samo stwierdzenie, że uczennice szkół żeńskich uczą się lepiej od rówieśniczek ze szkół koedukacyjnych. Trzeba jeszcze wykazać, że sukcesy tych pierwszych mają związek z edukacją w ramach jednopłciowych klas i że nie wynikają one z innych czynników, np. poziomu wykształcenia rodziców czy ogólnej jakości nauczania w poszczególnych placówkach. Jest to na tyle karkołomne zadanie badawcze, że większość naukowców sromotnie na nim poległo. Jak wynika z ustaleń amerykańskiego Departamentu Edukacji, spośród 2200 badań poświęconych szkołom jednopłciowym zaledwie 40 nie zawiera rażących błędów metodologicznych. Starannych badań jest mało i niewiele z nich wynika – ich autorzy nie przesądzają, co jest źródłem częstszych sukcesów dziewcząt, które uczą się w szkołach żeńskich. Innymi słowy, brakuje dowodów potwierdzających, że dziewczętom służy nauka w środowisku wolnym od testosteronu. Jeśli niektórzy uczeni forsują taką tezę, to albo opierają się na nierzetelnych badaniach, albo formułują mgliste refleksje w stylu słów Bhavny Negandhi o kobietach, które „wolą, by wsparcie emocjonalne dawały im inne kobiety”.

Co z tego wszystkiego wynika w kontekście artykułu Kasi Nowakowskiej? Przede wszystkim wątpliwość, czy rzeczywiście czysto kobiece środowisko jest bardziej korzystne dla rozwoju kobiet. Moim zdaniem nie ma podstaw, by tak twierdzić, a tym bardziej, by automatycznie oczyszczać kobiece społeczności z zarzutów o „seksizm i segregację”. Jaka jest bowiem istotna różnica między wspólnotą złożoną z samych kobiet a wspólnotą, której członkami mogą być wyłącznie mężczyźni? Moim zdaniem żadna – uważam, że wszystkie jednopłciowe społeczności są w gruncie rzeczy seksistowskie, ponieważ opierają się na wykluczeniu osób, które należą do płci przeciwnej lub nie pasują do prostego podziału na męskie/kobiece.

Kenijska społeczność Umoja (zdj. theguardian.com)

Kenijska wspólnota Umoja (zdj. theguardian.com)

Choć nie mam nic przeciwko istnieniu takich jednopłciowych grup (przy założeniu, że udział w nich jest całkowicie dobrowolny i istnieją też grupy mieszane), to zasadniczo wydaje mi się, że nie są one najlepszą formą promocji praw kobiet czy równości płci. Podzielam więc refleksje Jayati Ramakrishnan, która w następujący sposób pisze o kenijskiej wspólnocie Umoja zamieszkiwanej przez ofiary przemocy seksualnej:

Czy mężczyźni nie są dopuszczani do wspólnoty, aby w skuteczny sposób zwrócić uwagę na kwestię równości płci, czy może chodzi o to, aby odsunąć na bok problem przemocy i przyznać, że jest on nierozwiązywalny, choć w rzeczywistości trzeba stawić mu czoła?

Społeczność złożona z samych kobiet może w określonych warunkach łagodzić traumę związaną z przemocą seksualną, ale ostatecznie jest to forma unikania problemu, ponieważ poprzez segregację płci sugeruje się, że kobiety powinny być traktowane inaczej niż mężczyźni.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby promowanie równości płci wśród chłopców oraz budowanie kultury, w której kobiety otaczane byłyby szacunkiem. Choć to trudne wyzwanie, to jednak prawdziwą oznaką postępu byłaby sytuacja, w której kobiety mogłyby mieszkać w jednej społeczności z mężczyznami i nie musiałyby bać się przemocy seksualnej czy dyskryminacji ze względu na płeć.

Takie społeczności na szczęście już istnieją. I myślę, że to właśnie ich – a nie czysto kobiecych enklaw – potrzebuje każda kobieta. I każdy człowiek.

Advertisements

Tania kawalerka do wynajęcia – najbardziej nierealne marzenie polskiej singielki?

„Jaki jest Pani cel?” – takie pytanie pada w pierwszej scenie klipu, który zapowiada nowy serial TVN-u „Singielka”. Jak łatwo przewidzieć, główna bohaterka nie wyznaje, że chce wynaleźć lek na raka albo chociażby wyruszyć w wyprawę dookoła świata. Jej cel streszcza się w dwóch słowach: „Potrzebuję faceta”.  W kolejnej scenie widzimy tę samą kobietę, jak tańczy przy desce do prasowania w mieszkaniu żywcem wyjętym z katalogu Ikei.  Wszystko wskazuje na to, że mieszka sama. „Skąd wzięła to mieszkanie? Kupiła? Wynajmuje?” – zastanawiam się, choć wiem, że nigdy nie doczekam się odpowiedzi. Bohaterki polskich seriali nie mają problemów mieszkaniowych. Nie zastanawiają się nad kosztem kredytów hipotecznych czy kawalerek do wynajęcia, dzięki czemu mogą całkowicie poświęcać się poszukiwaniom tego jednego jedynego. Na końcu filmiku reklamującego „Singielkę” główna bohaterka oznajmia: „Szukam miłości”.

Gdyby wierzyć serialowi "Singielka", 30-latka marzy o mężczyźnie, bo mieszkanie - jakimś cudem - ma (fot. mat. promocyjne TVN).

Gdyby wierzyć serialowi “Singielka”, 30-latka marzy o mężczyźnie, bo mieszkanie – jakimś cudem – ma (fot. mat. promocyjne TVN).

„Prędzej ona znajdzie miłość niż ja tanie mieszkanie do wynajęcia” – myślę sobie i wracam do przeglądania ofert kawalerek na portalach ogłoszeniowych. Właściwie nie wiem, po co to robię, bo efekt moich poszukiwań jest łatwy do przewidzenia. Nie znajduję ani jednej oferty w limicie, który sobie wyznaczyłam, a który wynosi 1000 zł z mediami. Jeśli trafia się jakieś ogłoszenie z ceną rzędu  600-700 zł, to zawsze okazuje się, że podana cena oznacza koszt na osobę przy założeniu, że w mieszkaniu zamieszka para. Co pozostaje kobiecie, której parą jest co najwyżej zwierzę domowe, a w moim przypadku nieco przywiędły kwiatek doniczkowy? Albo wynajmować pokój jednoosobowy w mieszkaniu ze znajomymi, albo słono płacić za luksus życia w pojedynkę – w przypadku Wrocławia średnio 1300 zł miesięcznie (dane za portalem bankier.pl). Wynajem kawalerki kosztuje co miesiąc tyle, ile trzeba zapłacić za półroczny kurs językowy. Mniej więcej tyle wynosi też pensja minimalna.

Teoretycznie mam jeszcze jedną opcję: mogę wziąć kredyt hipoteczny i kawalerkę sobie kupić. Ponieważ jednak nie wiem, czy chcę zostać w jednym mieście na więcej niż kilka lat, wolę trzymać się najmu. Nie korzystam więc ze zdolności kredytowej i – zamiast brać pożyczkę na pół życia – wynajmuję jednoosobowy pokój w mieszkaniu dzielonym z dwójką znajomych. Niechęć do kredytów poczytuję sobie za oznakę rozsądku, ale nie zapominam, że nie dla wszystkich sposób, w jaki mieszkam, jest godny pochwały. Czasem słyszę, że powinnam „się ustatkować” i przestać żyć „po studencku”, skoro mam 28 lat i studentką już nie jestem. Staram się nie przejmować tymi komentarzami, ale zdaję sobie sprawę, że w oczach niejednego znajomego wyglądam na osobę niepoważną. Jakby nie patrzeć, w moim życiu brakuje klasycznych oznak dorosłości w polskim wydaniu: nie mam ani męża, ani dzieci, ani nawet własnego mieszkania.

Kupić mieszkanie? Ale w jakim mieście? (fot. Pexels.com CC0)

Kupić mieszkanie? Ale w jakim mieście? (fot. Pexels.com CC0)

Wydaje mi się, że mało jaka krytyka jest mnie w stanie zaskoczyć, aż wpada mi w ręce „13 pięter”, najnowsza książka Filipa Springera. Czytam w niej o Polakach i Polkach, którzy borykają się z problemami mieszkaniowymi, a jedna z bohaterek przypomina pod pewnymi względami singielkę z polskich seriali. To Kamila – młoda kobieta, która pracuje w agencji reklamowej i wikła się w związki z nieodpowiednimi mężczyznami. Brzmi znajomo? Niby tak, ale ponieważ historia Kamili jest prawdziwa, w jej perypetiach miłosnych pojawia się wątek, którego na próżno szukać w serialach. Jak łatwo się domyślić, jest to wątek wspólnego mieszkania na kredyt. Kamila wiąże się z mężczyzną, który namawia ją, by razem wzięli kredyt hipoteczny. Bohaterka „13 pięter” najpierw cieszy się, ale szybko zdaje sobie sprawę, że nie ma zdolności kredytowej. Pewnego dnia słyszy od partnera: „Ten związek nie ma przyszłości. Dziękuję ci”. Według Kamili przyczyna rozstania tkwi w kwestii mieszkania: „Długo wtedy rozmawialiśmy. Wyznał mi, że potrzebuje osoby, z którą stworzy trwałą relację. A to oznacza też kredyt. Okazałam się na taki model za mało wypłacalna”. Kolejny związek również się rozpada – tym razem Kamila trafia na mężczyznę, który właśnie kupił mieszkanie i wziął na nie pół miliona kredytu. W rozmowie ze Springerem wspomina tego partnera następująco:

A jak nam się ułoży, to cię do tego mieszkania dopiszę i będziemy sobie spłacać razem” – rzucił.

– Powiedziałam mu, że ja o kredycie jakoś nie marzę.

– I co zrobił?

– Podziękował mi.

Kamila znów zostaje sama, a ponieważ traci pracę, musi przenieść się do małej piwnicy, którą udaje się jej wynająć jako lokal użytkowy, oficjalnie bez możliwości noclegu. Kobieta decyduje się tam zamieszkać, ponieważ na nic innego jej nie stać.

A teraz najważniejsze pytanie. Chcesz wziąć kredyt na 40 lat? (fot. Pexels.com CC0)

A teraz najważniejsze pytanie. Chcesz wziąć kredyt na 40 lat? (fot. Pexels.com CC0)

Historia bohaterki „13 pięter” nie nastraja mnie optymistycznie. Skoro – podobnie jak Kamila – nie marzę o kredycie, muszę liczyć się z krytyką nie tylko osób postronnych, ale też i potencjalnych partnerów. Zaczynam się zastanawiać, czy, obok zainteresowania małżeństwem i dziećmi, profile w serwisach randkowych nie powinny zacząć uwzględniać informacji o stosunku do kredytów hipotecznych…

Co ciekawe, książka Springera wydaje się jedyną publikacją, która dość szeroko porusza problemy mieszkaniowe polskich singielek. Oprócz historii Kamili można w niej jeszcze przeczytać opowieść Pauliny. Kobieta jest już po trzydziestce i marzy o kawalerce, ale za mało zarabia, by stać ją było na kredyt hipoteczny. W rezultacie ciągle mieszka z mamą, co nie jest niczym nietypowym, bo – jak pisze Springer – czterdzieści trzy procent Polaków między dwudziestym piątym a trzydziestym czwartym rokiem życia mieszka dziś z rodzicami. Choć problem dotyka całego pokolenia, to intryguje mnie, jak bardzo rozpowszechniony jest wśród polskich singielek. Dane na ten temat niestety nie istnieją, przez co trudno powiedzieć, czy rację mają ci, którzy twierdzą, że Polki wyprowadzają się od rodziców dopiero wtedy, gdy znajdują stałego partnera i decydują się założyć własne rodziny. Jest to dość popularny pogląd na temat życia młodych kobiet w naszym kraju – kiedy przeglądam internet, odnoszę wrażenie, że panaceum na problemy mieszkaniowe każdej Polki jest jedno: to związek z mężczyzną. Bez niego wyprowadzka „na swoje” jest nie tylko niemożliwa ze względów finansowych, lecz również zupełnie bezsensowna.

Taki schemat myślenia można dostrzec chociażby w tekście Krzysztofa Majaka, który ukazał się w lutym na portalu natemat.pl i opisuje sytuację 30-latków mieszkających z rodzicami. Dziennikarz komentuje historię jednej ze swoich bohaterek następująco:

Ewa nie ma zamiaru mieszkać z rodzicami do końca życia. Jest singielką i gdy tylko spotka mężczyznę swojego życia, zapewne opuści dom i założy swoją rodzinę. Do tej pory nie ma zamiaru wydawać wszystkich oszczędności na wynajem mieszkania, w którym nie będzie miała do kogo się odezwać.

Co ma robić kobieta, która nie spotkała „mężczyzny swojego życia”, a chce mieszkać sama? Mam wrażenie, że tego rodzaju pytanie jest ignorowane zarówno w tekście z natemat.pl, jak i w polskiej prasie kobiecej. Być może dziennikarze zgodnie zakładają, że żadna kobieta nie pali się do opuszczania rodzinnego domu, jeśli oznaczałoby to, że trafi do „mieszkania, w którym nie będzie miała do kogo się odezwać”. W kolorowych magazynach tematykę mieszkaniową załatwiają więc rubryki poświęcone urządzaniu wnętrz. Ze świecą szukać natomiast artykułów o problemach Polek, które nie bardzo mają co urządzać, ponieważ nie dysponują samodzielnymi mieszkaniami. W 2013 roku pisze o nich na łamach „Wysokich Obcasów” Paulina Reiter, ale generalnie singielkom bez mieszkań nie poświęca się w prasie kobiecej większej uwagi. Radę dla kobiet takich jak ja znajduję więc nie w tekście dziennikarskim, lecz na popularnym blogu, którego autorka proponuje „Listę rzeczy, które powinna zrobić singielka”. Nadine Lu pisze, co następuje:

Znajdź sobie nowe marzenia – te o zaręczynach i wspólnym mieszkaniu w centrum Krakowa są już nieaktualne. W pojedynkę na sto procent nie znajdziesz kawalerki w dobrej cenie, a poza tym to byłoby na tyle smutne, że nawet nie warto próbować (musiałabyś dokupić kota, bo kawalerka to trochę za dużo dla jednej studentki). Lepiej zamieszkaj z przyjaciółkami i korzystaj z życia studenckiego na maksa.

Czy marzenie o taniej kawalerce do wynajęcia jest naprawdę tak nierealne, że polskiej singielce nie pozostaje nic, jak tylko je porzucić? Czy bez mężczyzny u boku nie ma co myśleć o samodzielnym mieszkaniu?

Wolność, równość, siostrzeństwo? Dziwne losy Domu Bab-Jag w podparyskim Montreuil

W 2009 roku trafia mi w ręce artykuł „Jesień feministki”, portret Therese Clerc, jednej z liderek francuskiego ruchu feministycznego. Therese jest w nim przedstawiona jako energiczna osiemdziesięciolatka i liderka lokalnej społeczności. Widać, że autorka tekstu jest zachwycona swoją bohaterką, opisuje ją bowiem jako „królową”:

Tego wieczoru, jak zwykle, królowała w swoim Domu Kobiet w Montreuil. Wokół niej wirował mały tłum młodych Arabek, Mulatek i Azjatek. Niektóre z dziećmi, inne przyszły same. Ona w bluzce z dekoltem, siwe włosy spięte w kok, bystre spojrzenie. Egzotyczna kolia na nagiej szyi. Nic z kruchości babci czy z dystynkcji starszej damy. Pełna życia i ciepła. Nic nie umyka jej uwadze, każdego wita od progu. – Jak się masz, sarenko? – woła do Marokanki. – Mówiłam ci, nie zadawaj się z nim, ale mnie nie posłuchałaś – mówi przez telefon. Garną się do niej młode. – Kiedy jej nie ma – mówią – jest tu nudno.

Therese Clerc (zdj. z wysokieobcasy.pl).

Z artykułu dowiaduję się, że Dom Kobiet to feministyczne centrum kultury i pomocy prawnej, które powstaje z inicjatywy Therese w roku 1999. W miarę jak centrum staje się stałym elementem krajobrazu podparyskiego Montreuil, inicjatorka projektu dochodzi do wniosku, że czas na nowe wyzwanie. Postanawia stworzyć  dom mieszkalny dla starszych kobiet. Nie nazywa go cohousingiem, ale nietrudno zauważyć podobieństwa między jej pomysłem a zasadami, na których opierają się cohousingi senioralne:

Zakłada dom starości, jakiego jeszcze nie było. Wszystko, tylko nie spokojnej. – Nasz dom będzie samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny – mówi. Chce w nim zamieszkać już w 2009 r. Taka komuna dziarskich staruszek. Wiek od 70 do 90 lat. 

Projekt Therese wydaje mi się na tyle ciekawy, że zaczynam śledzić dalsze jego losy. Co pewien czas wpisuję w wyszukiwarce nazwę planowanego domu: „La Maison des Babayagas”, czyli „Dom Bab-Jag”. Najważniejsza wiadomość pojawia się w roku 2012 – wtedy kończy się budowa domu i wprowadzają się do niego pierwsze mieszkanki. Wygląda na to, że projekt jest sukcesem, ponieważ kobiety należące do Stowarzyszenia Bab-Jag nie osiadają na laurach, a koniec budowy nie oznacza kresu ich aktywności. Zgodnie z zapowiedziami Therese dom staje się centrum licznych działań na rzecz lokalnej społeczności. W pokoju wspólnym mieszkanki zaczynają organizować otwarte warsztaty i wykłady. Czytam o tych wszystkich inicjatywach na stronie internetowej Domu Bab-Jag i obiecuję sobie, że kiedyś go odwiedzę.

Na jakiś czas przestaję się interesować Baba-Jagami i przypominam sobie o nich dopiero dwa miesiące temu, tuż przed wyjazdem do Paryża. Próbuję znaleźć na ich stronie informacje o możliwości odwiedzin, bo mam wrażenie, że kiedyś o takiej możliwości czytałam. Z zaskoczeniem jednak stwierdzam, że strona Stowarzyszenia Bab-Jag już nie istnieje. Szukam więc alternatywnych sposobów na skontaktowanie się z mieszkankami. Piszę bezpośrednio do Therese Clerc, potem wysyłam maila na adres Domu Kobiet w Montreuil. Nikt mi nie odpowiada.

Tracę nadzieję na odwiedziny w Domu Bab-Jag, ale postanawiam pojechać mimo wszystko do Montreuil. Zakładam, że nawet jeśli nie dotrę do nikogo związanego z Baba-Jagami, to chociaż zajrzę do Domu Kobiet, aby porównać działanie tego centrum z aktywnością wrocławskiego Centrum Praw Kobiet, w którym jestem wolontariuszką.

Kiedy po niemal godzinnej podróży metrem docieram do Montreuil, zaskakuje mnie małomiasteczkowy klimat dzielnicy. Przechodzę przez kilka spokojnych ulic i błyskawicznie docieram do centrum, gdzie ma znajdować się Dom Kobiet. „Pewnie jest gdzieś na piętrze, oznaczony małą tabliczką, żeby za bardzo nie rzucał się w oczy” – myślę sobie, bo przecież tak wyglądają siedziby organizacji feministycznych w Polsce. Nie chcę przeoczyć celu mojej podróży, szukam go więc, kierując się wskazówkami z Google Maps. Jak się okazuje, jest to niepotrzebna przezorność, bo Domu Kobiet nie można nie zauważyć. Nie kryje się on na piętrze ani w bramie, ale stoi na parterze, a jego fasada nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z centrum praw kobiet.

Dom Kobiet w Montreuil.

Dom Kobiet

Wchodzę do środka i zaczynam się rozglądać. Zauważam sporą biblioteczkę z literaturą feministyczną oraz liczne ulotki informujące o wykładach poświęconych „feminizmowi”, „feministycznych” śpiewach i innych wydarzeniach z „feminizmem” w nazwie. Szybko dochodzę do wniosku, że słowo „feminizm” najwyraźniej nie jest tu tak podejrzane jak w Polsce, gdzie unikają go nawet niektóre organizacje feministyczne (zamiast o feminizmie mówią więc o równouprawnieniu czy prawach kobiet). Kiedy więc podchodzi do mnie pracowniczka Domu Kobiet, od razu mówię jej, że interesuję się tym miejscem, ponieważ bliskie są mi idee feministyczne. Rozpoczęcie rozmowy od „Cześć. Jestem feministką” zapewnia mi ciepłe przyjęcie. Pracowniczka Domu Kobiet chętnie przechodzi ze mną na angielski i udziela szczegółowych informacji o działaniach centrum. Okazuje się, że jest Dom Kobiet to organizacja, która z jednej strony świadczy pomoc ofiarom przemocy domowej, a z drugiej, promuje feminizm, np. poprzez dyskusje poświęcone najważniejszym książkom i postaciom ruchu feministycznego.

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa “feminizm”.

Gdy mówię, że przyjechałam do Montreuil przede wszystkim po to, by dowiedzieć się więcej o projekcie domu mieszkalnego dla starszych kobiet, pracowniczka Domu Kobiet zaczyna wydzwaniać po osobach, które mogłyby mi o nim opowiedzieć . Telefon odbiera jedna z mieszkanek Domu Bab-Jag. Kiedy słyszy, że przyjechałam z Polski i chcę zadać parę pytań, zaprasza mnie do siebie. Jestem w lekkim szoku – nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam się z tak wielką gotowością do pomocy, zwłaszcza że nie mówię zbyt dobrze po francusku i proszę o informacje w języku angielskim.

Efekt mojej wyprawy do Montreuil jest więc o wiele lepszy niż zakładałam. Udaje mi się zobaczyć Dom Bab-Jag nie tylko z zewnątrz, ale i od środka. Jak na budynek komunalny jego standard jest bardzo wysoki. To nowoczesny apartamentowiec, w którym znajdują się 24 mieszkania (o powierzchni 40 m kw. każde), a także spore pomieszczenie wspólne ulokowane na parterze. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa akurat remont pomieszczenia wspólnego. Dlaczego trzeba je remontować, skoro budynek lśni nowością? Odpowiedź jest zaskakująca, ale o tym za chwilę.

IMG_0938

Dom Bab-Jag

IMG_0939

Dom Bab-Jag

Najpierw kilka słów o mieszkance, dzięki której mogę uzyskać wgląd w historię i obecną sytuację Domu Bab-Jag. Moją rozmówczynią jest Odette, feministka zaangażowana w działania na rzecz praw lesbijek. Opowiada, że z projektem budynku mieszkalnego dla starszych kobiet jest związana od roku 2012. Dołącza wtedy do grupy 21 przyszłych mieszkanek  domu, którego budowa dobiega właśnie końca. Cieszy się na myśl o zamieszkaniu w taniej kawalerce – ma ją wynajmować w preferencyjnej cenie od spółki, która zarządza budynkiem  w imieniu miasta. Zanim dom zostaje oddany do użytku, dochodzi jednak do ostrego konfliktu między liderką inicjatywy, wspomnianą wyżej Therese Clerc, a resztą mieszkanek. Konfliktu nie udaje się zażegnać i w efekcie niemal wszystkie kobiety, które mają zamieszkać w Domu Bab-Jag , postanawiają wycofać się z projektu. Z pierwszego składu Bab-Jag pozostają tylko dwie osoby: Odette oraz Therese.

IMG_0932

Odette, czyli moje źródło informacji o Domu Bab-Jag.

Co sprawia, że tyle kobiet rezygnuje z zamieszkania w domu, o którego budowę starały się dobre parę lat? Jak wyjaśnia Odette, podstawowe źródło problemów tkwi w despotyzmie Therese Clerc. Choć Therese kreśli wizję domu samorządnego, to w rzeczywistości oczekuje, że wszyscy będą się jej podporządkowywać. Nie znosi głosów sprzeciwu i nie chce uczyć się współpracy w ramach grupy o demokratycznej strukturze. Nie słucha mediatorów, którzy pojawiają się na zebraniach kobiet z pierwszej ekipy. Mediatorzy mają uczyć przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag, jak komunikować się bez przemocy. Therese szybko  traci jednak do nich cierpliwość. Stwierdza, że ich porady są niewiele warte i przestaje ich zapraszać.

Zamiast słuchać mediatorów, Therese woli forsować swoją wizję inicjatyw, które powinny być podejmowane przez Baby-Jagi. Wychodzi na przykład z pomysłem, by zorganizować w domu darmową łaźnię dla kobiet z okolicy. Uważa, że taka łaźnia to świetny sposób na integrację imigrantek, ale nie bierze pod uwagę kosztów wody i energii, które wiążą się z jego realizacją. Nie zauważa też, że prowadzenie łaźni wymaga sporego nakładu pracy i że przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag mogą nie podołać tak ambitnemu projektowi, skoro do najmłodszych już nie należą. Kiedy kobiety z pierwszej ekipy próbują przekonać samozwańczą liderkę, że łaźnia nie jest pomysłem na ich siły, Therese wpada w furię. Zarzuca im, że są „głupimi rasistkami”, a one tracą cierpliwość i – koniec końców – decydują, że nie chcą już dłużej należeć do Stowarzyszenia Bab-Jag. Łaźnia ostatecznie nigdy nie powstaje.

Kiedy z projektu wycofują się wszystkie kobiety poza Therese i Odette, trzeba szybko znaleźć kogoś na ich miejsce. Dom jest przecież prawie gotowy, a władze miejskie nie zamierzają płacić za utrzymywanie pustego budynku. Obowiązki związane z selekcją nowych mieszkanek spadają na Odette. Moja rozmówczyni twierdzi, że Therese nie chce zajmować się rekrutacją, ponieważ „woli koncentrować się na ideach, a nie na sprawach praktycznych”. Kiedy więc Odette zbiera drugą ekipę mieszkanek, Therese promuje Dom Bab-Jag w mediach. Udziela licznych wywiadów, w których przedstawia swój projekt jako pełen sukces. Nie wspomina jednak dziennikarzom o konflikcie z pierwszą ekipą, gdyż  – i tu znów słowa Odette – „nie potrafi przyznać się do porażki i uważa, że wszystko, co robi jest słuszne”.

Ostatecznie udaje się sformować drugą ekipę złożoną z 21 kobiet w wieku od 60 do 89 lat. Pod koniec 2012 roku nowe Baba-Jagi wprowadzają się do ukończonego już budynku. Każda zajmuje po jednej kawalerce, a pozostałe trzy mieszkania zostają wynajęte osobom młodym. W ten sposób zostają spełnione wymogi stawiane przez głównego sponsora projektu, czyli władze miejskie. Urzędnicy nie zgadzają się, by wszystkie mieszkania były zajmowane przez starsze kobiety, ponieważ obawiają się oskarżeń o dyskryminowanie ludzi w młodszym wieku. Oprócz tego istnieje ryzyko pojawienia się innych zarzutów, na przykład o to, że miejskie pieniądze wydawane są na pomoc osobom zamożnym. Urzędnicy decydują więc, że tanie mieszkania w nowo powstałym budynku przysługują wyłącznie tym Baba-Jagom, które nie są właścicielkami nieruchomości. Informują, że jeśli któraś kobieta ma mieszkanie, to musi je sprzedać, żeby móc wynająć od miasta kawalerkę.

Gdy Therese dowiaduje się o warunkach stawianych przez urzędników, reaguje oburzeniem. Stwierdza, że nikt nie będzie jej dyktował, co może, a czego nie może posiadać. Nie sprzedaje swojego mieszkania, a tym samym nie zyskuje prawa do zamieszkania w Domu Bab-Jag. Chociaż nie staje się jego mieszkanką, nie ma zamiaru tracić kontroli nad jego dalszymi losami. Cały czas pozostaje nieformalną liderką Stowarzyszenia Bab-Jag, do którego należą wszystkie starsze kobiety, które zamieszkały w domu. Jak twierdzi Odette, pozycja outsiderki jest dla Therese wygodna. Może jątrzyć spory, a potem stwierdzać, że rozwiązanie konfliktu to nie jej problem i że wraca do swojego mieszkania. „Człowiek ma większą motywację, żeby dążyć do zażegnania sporu, jeśli mieszka w miejscu, którego spór dotyczy” – zauważa Odette i opowiada, że wymiana ekipy nie przynosi końca konfliktów między Therese a resztą Bab-Jag. Wśród nowych mieszkanek szybko zaczynają pojawiać się głosy sprzeciwu wobec despotycznych zapędów liderki Stowarzyszenia. Nie mija wiele czasu, a dochodzi do kolejnego rozłamu. Szesnaście kobiet decyduje się wystąpić ze Stowarzyszenia Bab-Jag po to, by założyć własne stowarzyszenie – takie, w którym nie ma liderki, a decyzje są podejmowane w sposób demokratyczny. Wśród tych kobiet jest i Odette. W Stowarzyszeniu Bab-Jag pozostaje tymczasem zaledwie pięć osób: Therese oraz cztery kobiety, które ciągle trzymają jej stronę.

Pomieszczenie wspólne w Domu Bab-Jag - kiedyś odbywały się w nim otwarte dyskusje i warsztaty, a obecnie trwa w nim remont.

Zamknięte drzwi do pomieszczenia wspólnego w Domu Bab-Jag. Kiedyś odbywały się tam otwarte dyskusje i warsztaty, ale obecnie trwa remont.

Konflikt między Therese a mieszkankami, które zdecydowały się opuścić Stowarzyszenie Bab-Jag, jest brzemienny w skutki. Okazuje się, że jedno pomieszczenie wspólne jest niewystarczające dla dwóch zwaśnionych grup. Ponieważ pomieszczenie pozostaje pod kontrolą Stowarzyszenia Bab-Jag, a Therese nie chce go udostępniać, pojawia się potrzeba, by podzielić je na dwie części: po jednej dla każdego stowarzyszenia. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa właśnie remont, który ma doprowadzić do powstania dwóch odrębnych pomieszczeń. Oczywiście zastanawia mnie, dlaczego władze miejskie tolerują Therese i nie próbują się jej pozbyć, aby zaprowadzić  wreszcie zgodę wśród mieszkanek. Odette tłumaczy mi, że Therese ma bardzo mocną pozycję, bo jest znana i wpływowa. Tezę tę potwierdzają artykuły prasowe, z którymi zapoznaję się po powrocie do Polski. W artykule z „Liberation” czytam o konfliktach z udziałem Therese – ich charakterystyka zgadza się z tym, co usłyszałam od Odette. Opisowi burzliwych losów Domu Bab-Jag towarzyszą komentarze Jeana-Michela Blery, urzędnika miejskiego odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową Montreuil. Mówi on o Therese, co następuje: „Therese Clerc to prawdziwy guru! Choć jej utopijna idea jest dobra, to należy do osób, którym trudno jest przejść od idei do praktycznego projektu”. Urzędnik zauważa wady Therese, a mimo to jest przekonany, że Dom Bab-Jag nie może bez niej funkcjonować, ponieważ: „projekt tego domu narodził się w jej głowie i nigdy nie zostałby zrealizowany, gdyby nie jej determinacja i popularność w mediach”.

Ponieważ pomieszczenie wspólne jest w remoncie, a do wspólnego ogrodu dotrzeć można tylko przez to pomieszczenie, żadna z grup nie dysponuje obecnie przestrzenią do spotkań. Dom, który miał być „samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny”, nie różni się więc chwilowo od zwykłych budynków wielorodzinnych, w których mieszkańcy zamieniają czasem kilka słów, ale nie podejmują razem żadnych istotnych działań. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja zmieni się wraz z końcem remontu i że pojawią się wtedy jakieś formy życia w grupie. Odette zapowiada, że członkinie jej stowarzyszenia planują wspólnie organizować wydarzenia dla lokalnej społeczności. Być może dzięki takim inicjatywom uda im się dotrzeć do okolicznych imigrantek w sposób, który jest trochę mniej energochłonny niż prowadzenie łaźni.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Jak widać, od czasu rozpoczęcia remontu pomieszczenia wspólnego mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Od czasu, gdy zaczął się remont pomieszczenia wspólnego, mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Czy Dom Bab-Jag stanie się kiedyś cohousingiem senioralnym, którym był przez długi czas w moich wyobrażeniach? Trochę w to wątpię, bo przecież istotą cohousingu jest przyjazne sąsiedztwo, a trudno mówić o takim sąsiedztwie w sytuacji, kiedy jeden budynek dzielą przedstawicielki dwóch zwaśnionych stowarzyszeń. Chciałabym być optymistką i wierzyć, że między stowarzyszeniami dojdzie kiedyś do porozumienia, ale wiem, że o zgodzie nie może być mowy tak długo, jak Therese odrzuca możliwość kompromisu. Na razie niestety nic nie wskazuje na to, żeby Therese miała brać kompromis pod uwagę. Od lat jest despotką i chyba despotką pozostanie. Ma już ponad 80 lat, więc trudno oczekiwać, że jej osobowość ulegnie radykalnej przemianie. Szkoda tylko, że jej autokratyczne zapędy mają tak destrukcyjny wpływ na projekt, który zainicjowała i który mógłby być wzorem dla podobnych inicjatyw podejmowanych nie tylko we Francji, ale też i w innych częściach świata.

Kiedy zastanawiam się, co konkretnie doprowadziło do konfliktów między Therese a pozostałymi kobietami zaangażowanymi w Dom Bab-Jag, przychodzą mi do głowy słowa „Wolność, równość, siostrzeństwo”. Odnoszę wrażenie, że Therese w specyficzny sposób interpretuje każde tych słów. Po pierwsze – wydaje się obsesyjnie przywiązana do swojej wolności, przez co nie bierze odpowiedzialności za Dom Bab-Jag . Jej brak odpowiedzialności wyraża się w tym, że wydaje decyzje, które mają wpływ na losy Domu, ale nie ponosi ich konsekwencji. Dzięki temu, że mieszka poza Domem, ma swobodę, by opuszczać go za każdym razem, kiedy dochodzi do konfliktu. Po drugie – choć twierdzi, że chce mieszkać w domu samorządnym i obywatelskim, to nie uważa innych kobiet za osoby sobie równe. Zamiast szanować ich opinie i rozmawiać z nimi w celu wypracowania konsensusu, woli narzucać im swoje wizje. Po trzecie – wiele wskazuje na to, że nie chce tworzyć wspólnoty, w której jest miejsce na różnorodność. Wystarcza jej mała grupka wiernych zwolenniczek i szybko pozbywa się z otoczenia każdego, kto reprezentuje odmienne poglądy. Jej siostrami są więc wyłącznie takie kobiety, które nie ośmielają się podważać jej autorytetu.

„Wolność, równość, siostrzeństwo” (lub odpowiednio „braterstwo”) – to słowa, których znaczenie warto przemyśleć za każdym razem, gdy chce się budować wspólnotę. Przykład Domu Bab-Jag pokazuje bowiem, że od rozumienia tych słów może zależeć sukces projektu, który zakłada wspólne zamieszkiwanie. Oczywiście przy pytaniach o znaczenie poszczególnych słów trudno nie zastanowić się, co w ogóle znaczy „znaczyć”. Są na przykład tacy, którzy twierdzą, że znaczenie zależy od rozumienia, a rozumienie z kolei zależy od interakcji z otoczeniem fizycznym i innymi ludźmi. To jednak już temat na zupełnie inny tekst…