Tag Archives: Mikrotopia

Mikromieszkania – jak małe jest piękne?

Największą atrakcją zakończonej niedawno wrocławskiej edycji Planete+ Doc Film Festival był dla mnie pokaz „Mikrotopii”, dokumentu stanowiącego przegląd różnych pomysłów na minimalistyczne przestrzenie mieszkalne. Choć film pozostawił mi spory niedosyt ze względu na zbyt dużą liczbę bohaterów i zbyt powierzchowne przedstawienie ich idei, to mimo wszystko dał mi do myślenia. Podczas seansu trudno było nie zadawać sobie pytania: „Jak bardzo można ograniczyć sobie przestrzeń mieszkalną, zachowując przy tym poczucie komfortu i wolności?”

Na to właśnie pytanie próbowali odpowiedzieć bohaterowie „Mikrotopii”, ale niektóre z ich odpowiedzi były radykalne w stopniu graniczącym ze śmiesznością. Oglądając propozycje osób, takich jak Ana Rewakowicz (promująca dom będący połączeniem namiotu i płaszcza) czy Ion Sorvin (twórca projektu Snail, tj. mieszkania w postaci plastikowej beczki, którą można toczyć przed sobą), zastanawiałam się, czy naprawdę ci ludzi mówili serio, kiedy twierdzili, że swoimi pomysłami próbują zmieniać świat na lepsze. Dla mnie ich projekty stanowiły intelektualną prowokację dla samej prowokacji. Reagowałam na nie wzruszeniem ramion, bo miałam wrażenie, że Rewakowicz czy Sorvinowi chodziło bardziej o szokowanie bezkrytycznym radykalizmem niż o zachęcenie do porządnego zastanowienia się nad kwestią minimalnej przestrzeni potrzebnej człowiekowi do dobrego życia.

Namiot Any Rewakowicz (zdjęcie z rewana.com).

W kontekście ich projektów mocno wybrzmiały słowa najciekawszego – moim zdaniem – bohatera filmu, czyli Jaya Shafera. Ten mieszkaniec mikroskopijnego domu na kółkach powiedział w „Mikrotopii”, że należy odróżnić przestrzeń minimalistyczną od spartańskiej, a także pamiętać o tym, że dom ma zaspokajać potrzeby jego mieszkańca. Niby nic odkrywczego, ale jednak doceniam Shafera za wyważone stanowisko i powstrzymywanie się od twierdzenia, że każdy powinien żyć w równie minimalistyczny sposób jak ten, który sam wybrał. O umiarze Shafera świadczy nie tylko jego wypowiedź z „Mikrotopii”, ale też przemówienie, które dał na TEDxSonomaCounty. W mowie tej Shafer odżegnał się od twierdzenia, że „każda czteroosobowa rodzina powinna zamieszkać w domku na kółkach o powierzchni 11 mkw.” Podkreślił jedynie, że według niego ludzie nie powinni marnować przestrzeni, budując domy większe niż są im potrzebne. Przyznał przy tym, że ludzie mają prawo sami zdecydować, jaki dom daje im bezpieczeństwo, wygodę i szczęście, to jest te trzy dobra, która powinna zapewniać przestrzeń mieszkalna.

Shafer dość ostrożnie stwierdził, że trudno obiektywnie ocenić, ile przestrzeni dany człowiek potrzebuje, dlatego każdy powinien zdecydować sam dla siebie. Czy rzeczywiście jest to kwestia subiektywna? Sądzę, że warto się zastanowić nad tym pytaniem w kontekście najbardziej rozpowszechnionego przykładu minimalistycznych przestrzeni mieszkalnych, czyli mikromieszkań. O ile mikrodomki (nie mówiąc już o domach w postaci plastikowych beczek) są ciągle bardzo niszowe, to mieszkania o bardzo małej powierzchni szybko zyskują na popularności. Świadczy o tym chociażby nowa polityka mieszkaniowa miasta Nowy Jork, w ramach której promowane jest budowanie mikromieszkań (o powierzchni od 23 do 35 mkw.). Czy tak małe mieszkania mogą zapewniać poczucie bezpieczeństwa, wygodę i szczęście, o których wspominał Jay Shafer?

Chyba nie do końca, o czym świadczą wyniki badań naukowych dotyczących wpływu małych mieszkań na samopoczucie ich mieszkańców (przytaczane w kontekście nowojorskiej polityki mieszkaniowej przez czasopismo The Atlantic). Według specjalistów od psychologii środowiskowej, mikromieszkania nie tylko nie stanowią bezpiecznego schronienia dla swoich mieszkańców, ale nieraz są dla nich źródłem dodatkowego stresu. Jak wyjaśnia Dak Kopec z Boston Architectural College, mieszkańcy mikromieszkań często czują się przytłoczeni wysokim zagęszczeniem przedmiotów na małej przestrzeni swojego mieszkania, a także tłokiem w częściach wspólnych budynku, którego źródłem jest wysokie zagęszczenie mieszkańców. Stres dodatkowo mogą potęgować liczne drobne niewygody, z którymi wiąże się mieszkanie na małej powierzchni. Ponieważ w bardzo małych mieszkaniach nie ma zwykle miejsca na wszystkie podstawowe sprzęty, ich mieszkańcy muszą wykonywać codziennie takie czynności, jak np. składanie łóżka czy rozkładanie stolika. Te dodatkowe obowiązki są nieraz źródłem dodatkowej dawki irytacji i stresu.

Oczywiście można twierdzić, że wszystko jest kwestią odpowiednich rozwiązań architektonicznych, które mogą uczynić mikromieszkanie przestrzennym i wygodnym. Nie do końca jednak wierzę, by inteligentny design był w stanie w pełni zrekompensować brak przestrzeni, a poza tym dochodzi do tego jeszcze kwestia ceny takiego designu. Często cena wprowadzenia udogodnień przewyższa cenę samej nieruchomości, czego najlepszym przykładem jest pełne inteligentnych rozwiązań 40-metrowe mieszkanie w Nowym Jorku nazywane „szwajcarskim scyzorykiem”. Jego renowacja i wyposażenie kosztowały 365 tysięcy dolarów, podczas gdy za pustą nieruchomość właściciel zapłacił tylko (?) 287 tysięcy dolarów. Efekt jest imponujący, ale czy warty swojej ceny?

Podobnie jak „szwajcarski scyzoryk”, również przykłady z polskiego podwórka pokazują, że w miarę komfortowe mikromieszkania nie są opcją dla mało zamożnych, przy czym „mikro” w Polsce oznacza nie (jak w Nowym Jorku) 25-40 mkw., ale raczej 12-25 mkw. We Wrocławiu ceny mikromieszkań w Starterze (dawnym hotelu asystenta) zaczynają się od 7 tys. zł za metr (według Gazety Wyborczej najtańsze mieszkanie o powierzchni niecałych 12 mkw. kosztuje tam 90 tys. zł). W Warszawie, w Miasteczku Wilanów, ceny są jeszcze wyższe: od 8 tys. zł za metr kwadratowy do ponad 10 tys. zł w wersji z wykończeniem i standardowym wyposażeniem. Nawet w wersji „zrób to sam” mikromieszkanie to spory wydatek. Świadczy o tym przykład Szymona Hanczara, właściciela 13-metrowego mieszkania na wrocławskim Nadodrzu, który był gościem spotkania towarzyszącego projekcji „Mikrotopii”. Hanczar kupił mieszkanie do remontu i samodzielnie je urządził. Jak wyliczył, całe mieszkanie, łącznie z remontem i wyposażeniem, kosztowało go niecałe 100 tys. złotych. Jakby nie patrzeć, nie jest to kwota wiele niższa niż ta, której za urządzone mikromieszkania domagają się deweloperzy. Co więcej, nie jest to kwota będąca w zasięgu przeciętnego młodego człowieka, dla którego mikromieszkanie miałoby być pierwszym samodzielnym lokum na czas studiów czy pierwsze lata po studiach.

13-metrowe mieszkanie Szymona Hanczara (zdjęcie z wroclaw.gazeta.pl).

W sumie więc wychodzi na to, że mikromieszkania to sposób, by zapłacić więcej za mniej: mniej przestrzeni, mniej komfortu i mniej poczucia bezpieczeństwa. Do tego jeszcze dochodzi mniej kontaktów międzyludzkich, bo siłą rzeczy w mikromieszkaniu trzeba być przez większość czasu samemu (trudno mi sobie wyobrazić np. goszczenie dwójki znajomych na 12 mkw.). Czy jest to zatem idealna opcja dla wyalienowanych? A może lokum marzeń dla ludzi, którzy za wszelką cenę chcą być na swoim, nawet gdyby to „swoje” miało oznaczać mieszkanie wielkości miejsca parkingowego? Czymkolwiek by nie było mikromieszkanie, co do jednego nie mam wątpliwości: wolę już w ogóle nic nie kupować, niż ładować ciężkie pieniądze w klaustrofobiczną klitkę o powierzchni mniejszej niż 25 mkw. Dla mnie te 25 mkw. (czyli powierzchnia mniej więcej dwóch miejsc parkingowych) to absolutne minimum, poniżej którego nie wyobrażam sobie mieszkania dającego komfort, poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń do kontaktów z innymi. W związku z tym nawet najbardziej inteligentne rozwiązania w zakresie wystroju mikromieszkań (w tym imponujący RoboWall) nie przekonują mnie, że mieszkanie o powierzchni 12 czy 18 mkw. może być piękne.