Tag Archives: minimalizm

Od „Szczęśliwych ludzi” do “Szczęśliwej świni” – o różnych rodzajach mieszkaniowych minimalistów

W 1989 roku Yuri i Tamara Bajkous sprzedali mieszkanie w Petersburgu, by zamieszkać w głębi białoruskiego lasu. Do dziś żyją tam w prostej szopie, bez elektryczności, kanalizacji i bieżącej wody. Z cywilizacją łączy ich tylko radio na baterie i sporadyczne wyprawy na targ w oddalonym o 15 kilometrów mieście. Nie promują swojego stylu życia – nie piszą na ten temat książek, ani nie prowadzą bloga, na którym można by śledzić ich codzienne perypetie. Skąd więc o nich wiem? W zeszłym roku Yuri i Tamara stali się bohaterami „Szczęśliwych ludzi”, krótkometrażowego dokumentu autorstwa Victora Asliuka. Film zdobył pewien rozgłos, kiedy zakwalifikował się do programu konkursowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Cinéma du Réel”. W ten sposób natknęłam się na niego w Paryżu, gdzie miałam okazję obejrzeć wersję z angielskimi napisami. Potem udało mi się wyszukać na Youtubie oryginał bez napisów. Nawet jeśli nie zna się języka białoruskiego, to warto rzucić okiem na pierwsze pięć minut „Szczęśliwych ludzi”. Można dzięki temu przekonać się, w jak skrajnym minimalizmie żyją Yuri i Tamara.

Kiedy oglądałam „Szczęśliwych ludzi”, przez cały czas czekałam na jakiś sygnał, który wskazywałby na ironiczny wydźwięk tytułu. Wcześniej w opisie filmu wyczytałam o bohaterach, że „ich marzenia i oczekiwania szybko zostały skonfrontowane z białoruską rzeczywistością”. Spodziewałam się więc, że reżyser potraktuje Yuriego i Tamarę z dużym dystansem i że summa summarum okażą się oni ludźmi nieszczęśliwymi. Tymczasem okazało się inaczej. Reżyser – wbrew temu, czego się spodziewałam – nie dokonał dekonstrukcji mitu o życiu blisko natury. Nie pokazał swoich bohaterów jako naiwnych mieszczuchów, którzy marzą o spokojnym życiu z dala od cywilizacji, a ostatecznie stają się prymitywnymi nędzarzami pozbawionymi nawet podstawowych wygód. Jacy są więc według niego Yuri i Tamara?

Dom Yuriego i Tamary (zrzut ekranu z Youtube'a).

Dom Yuriego i Tamary Bajkous  (zrzut ekranu z Youtube’a).

Z filmu wynika, że bohaterowie świadomie wybrali minimalistyczny styl życia i równie świadomie się takiego stylu trzymają. Yuri śmieje się, gdy reżyser pyta go, czy jest szczęśliwy. Mówi, że tego rodzaju pytania są dobre dla ludzi w mieście, bo to oni mają aspiracje. To im zależy, żeby mieć nowy dywan czy samochód – jemu natomiast wystarcza myśl, że zdołał przeżyć kolejny dzień. Miastowi wydają się budzić w nim politowanie. Kpi z ich pragnień i zauważa, że przecież nikt nie jest w stanie zabrać do grobu zgromadzonych przedmiotów. Krytykuje z jednej strony materializm, a z drugiej coraz większe lekceważenie, z jakim ludzie odnoszą się do przyrody. Brak śniegu w zimie postrzega jako znak drastycznego zaburzenia naturalnego porządku i zapowiedź apokalipsy, która zmiecie ludzkość z powierzchni ziemi.

Choć film wyraźnie pokazuje, że standard życia Yuriego i Tamary jest bardzo niski, to jednak nie powstaje wrażenie, że bohaterom czegoś do szczęścia brakuje. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że są zadowoleni ze świętego spokoju, który uzyskują dzięki trzymaniu się z dala od cywilizacji. Ich spokój przypomina nawet trochę spokój stoickich mędrców. Podobnie jak to czynili stoicy, Yuri i Tamara wyrzekają się pokus i pragnień, które zaburzają harmonię wewnętrzną. Można więc pomyśleć, że osiągają stan sławionej przez Senekę „beznamiętności”, czyli „apatii”.

Yuri przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube'a).

Yuri Bajkous przygotowuje obiad (zrzut ekranu z Youtube’a).

Czy jednak rzeczywiście Yuri i Tamara są stoickimi mędrcami i czy warto im zazdrościć prostego życia w białoruskim lesie? Po obejrzeniu „Szczęśliwych ludzi” wysłuchałam rozmowy z reżyserem filmu i dowiedziałam się, że on trochę swoim bohaterom zazdrości. Ja jednak podobnej zazdrości nie odczułam i to nie tylko dlatego, że jestem przywiązana do takich zdobyczy cywilizacyjnych, jak pralka czy internet. Najistotniejsza wydaje mi się kwestia odpowiedzialności społecznej, która sprawia, że Yuri i Tamara nie do końca realizują stoicki ideał życia. Jak pisze Tatarkiewicz w „Historii filozofii”:

Etyka stoików, wbrew odmiennym pozorom, była natury społecznej; ich obojętność dla dóbr nie była obojętnością dla ludzi (…). Każdy człowiek należy do różnych grup, węższych i szerszych, i ma wobec nich obowiązki. Te obowiązki opasują go niby koła koncentryczne coraz szersze, których on jest ośrodkiem. Te koła to własne ciało, krewni, towarzysze, naród. Ostatnie, najszersze koło obejmuje całą ludzkość.

O ile stoicy poczuwają się do odpowiedzialności za innych, to Yuri i Tamara podchodzą do pozostałych ludzi z obojętnością lub (w przypadku miastowych) z lekkim lekceważeniem. Odcinają się od społeczeństwa radykalnie – sami praktycznie niczego od niego nie biorą, ale też nic mu nie dają.

Pomimo że obojętność, z jaką bohaterowie „Szczęśliwych ludzi” traktują ludzkość, nie jest dla mnie specjalnie atrakcyjna, to jednak muszę przyznać, że ich postawa jest uczciwa. Ponieważ sami rezygnują z odpowiedzialności za innych, to nie oczekują, że ktokolwiek poczuje się za nich odpowiedzialnych i nie chcą od innych pomocy. Tym samym reprezentują model minimalizmu, który można opatrzyć kodem „0:0”: zero dawania i zero brania.

Jakie są inne modele minimalizmu? Jak łatwo zgadnąć, ich kody to „0:1” i „1:1”. Model „0:1” jest chyba najwygodniejszy, bo polega na tym, że nic się społeczeństwu nie daje, ale korzysta się z jego pomocy, kiedy zachodzi taka potrzeba. Dobrym przykładem osoby, która wydaje się żyć według tego modelu, jest John Wells. Ten starszy pan kiedyś pracował jako fotograf w Nowym Jorku, a obecnie mieszka na małej, samowystarczalnej energetycznie farmie pośrodku teksańskiej pustyni. Mieszkanie w dużej odległości od innych ludzkich siedzib nie oznacza w jego przypadku izolacji. Choć Wells chwali się, że żyje z dala od cywilizacji, to chętnie korzysta z internetu i codziennie zamieszcza swoje przemyślenia na blogu zatytułowanym „The Field Lab”. Sprzeczności w myśleniu Wellsa jest więcej. W artykule dla the New York Times twierdzi chociażby, że lubi być sam:

John Wells (zdj. z frugal-living.freeedom.com)

Nie potrafię sobie wyobrazić, że nie mieszkam sam. Nie podoba mi się wizja dostosowywania do kogoś mojego planu dnia. Nie ma dla mnie znaczenia, jakie by się z tym wiązały korzyści.

W tym samym artykule pojawia się jednak anegdota, z której wynika, że Wells nie potrafi zaakceptować konsekwencji, jakie wiążą się z samotnym życiem. Opowiada o pracy przy kontenerach, z których zbudowana jest jego farma:

Kiedy dostarczono kontenery pomyślałem sobie: “Co się stanie, jeśli drzwi się zatrzasną, a ja zostanę uwięziony w środku?” Patrzyłem w górę na kratownice i obawiałem się, że z nich spadnę. Zdałem sobie wtedy sprawę, że kamera internetowa jest środkiem bezpieczeństwa. Ktoś zawsze na mnie patrzy.

Dom Johna Wellsa (zdj. z frugal-living-freedom.com).

Jak widać, Wells nie ma nic przeciwko, żeby obserwowali go inni, kiedy może się okazać, że będzie potrzebował ich pomocy. We wszelkich innych sytuacjach tych samych ludzi traktuje jednak jako zawadę, ograniczenie ukochanej wolności. Wzbrania się przed odpowiedzialnością nie tylko za drugiego człowieka, ale nawet za miejsce, w którym żyje. Mówi, że postanowił przeprowadzić się do Teksasu, ponieważ „była to tak mała inwestycja, że gdyby nie wypaliła, to mógłbym dać sobie z nią spokój”. Jego filozofię życiową można w skrócie opisać jako: minimum zaangażowania, maksimum wolności. Stąd pewnie bierze się upodobanie, z jakim komunikuje się ze światem za pośrednictwem bloga. Dzięki „The Field Lab” ma możliwość, by z jednej strony swobodnie wyrażać siebie, a z drugiej by wchodzić tylko w takie interakcje, które nie obciążają go poczuciem odpowiedzialności za innych ludzi. Może brać od społeczeństwa w miarę potrzeb, a przy tym nie dawać w zamian praktycznie nic poza internetowymi notkami i filmikami, które wydają się służyć bardziej podbudowywaniu ego autora niż dzieleniu się jakąkolwiek wiedzą.

Oczywiście przypadek Wellsa jest skrajny i nie ma podstaw, by twierdzić, że każdy minimalista, który korzysta z internetu, robi to z egoistycznych pobudek. Bardzo często jest wręcz przeciwnie: wielu minimalistów świadomie decyduje, że nie chce odcinać się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ zależy im, by działać dla dobra ogółu. Jednym z nich jest Mark Boyle, autor takich książek, jak „The Moneyless Man” i „The Moneyless Manifesto”. Boyle na poważnie zaangażował się w promocję minimalizmu w roku 2007, kiedy to doszedł do wniosku, że „pieniądze doprowadzają do zaniku więzi między człowiekiem a jego działaniami”. Myśl ta skłoniła go do założenia Freeconomy Community, czyli internetowego serwisu umożliwiającego bezpłatne dzielenie się umiejętnościami i przedmiotami (obecnie działającego pod nazwą Streetbank).

Mark Boyle (zdj. z collaborativeconsumption.com).

Serwis szybko zdobył sporą popularność, a Boyle ciągle pracował nad jego rozwojem. W roku 2008 pojawiła się u niego myśl, by spróbować życia zupełnie bez pieniędzy, a tym samym stanął przed pytaniem: czy powinien odciąć się od nowoczesnych środków komunikacji, ponieważ korzystanie z nich pociąga za sobą pewne koszty? Ostatecznie zdecydował, że będzie dalej używać komputera i internetu, by realizować swoje zobowiązania wobec użytkowników Freeconomy Community. Zrezygnował więc z ideologicznej czystości planowanego eksperymentu po to, by być bardziej użytecznym dla innych.

Przyczepa, w której Mark Boyle mieszkał przez ponad 2 lata (zdj. z theguardian.com).

Eksperyment Boyle’a się udał. Przez dwa i pół roku mieszkał bez pieniędzy w przyczepie kempingowej, przy czym korzystał z pewnych dóbr, które nie są darmowe (np. z internetu – opłacanego przez właścicieli farmy, na której pracował). Dzięki temu, że nie odciął się całkowicie od cywilizacji, udało mu zdobyć popularność i przyciągnąć do siebie ludzi zainteresowanych podobnym modelem życia. Z ich pomocą zorganizował wiele bezpłatnych wydarzeń, na przykład Freeconomy Feastival 2009, w ramach którego można było posłuchać koncertów, wziąć udział w różnego rodzaju warsztatach i zjeść trzydaniowy obiad. Z czasem jednorazowe inicjatywy przestały Boylowi wystarczać i pomyślał sobie, że świetnie byłoby uruchomić centrum kulturalno-edukacyjne, gdzie wszystkie atrakcje byłyby dostępne za darmo. Brzmi to jak mrzonka?

Może i projekt Boyle’a wydaje się utopijny, ale wszystko wskazuje na to, że uda się go urzeczywistnić w Galway na zachodzie Irlandii. Serwis permaculture.co.uk obwieścił bowiem niedawno, co następuje: „Mark Boyle stał się współzałożycielem pierwszego pubu bez pieniędzy. The Happy Pig będzie częścią An Teach Saor, czyli małego gospodarstwa permakulturowego opartego na idei gospodarki podarunku. Już niedługo The Happy Pig zacznie oferować darmowe warsztaty, darmową edukację, darmowe zakwaterowanie i, oczywiście, darmowy alkohol”.

Skąd nazwa „The Happy Pig”, czyli „Szczęśliwa świnia”? Z jednej strony jest to nawiązanie do historii budynku (który kiedyś pełnił funkcję chlewa), a z drugiej aluzja do angielskiego powiedzenia „Would you rather be a happy pig or a miserable philosopher?” („Czy wolałbyś być szczęśliwą świnią czy nieszczęśliwym filozofem”). Boyle i pozostali inicjatorzy projektu wolą to pierwsze i dlatego próbują stworzyć „miejsce, gdzie ludzie mogą się rozwijać, budować więzi społeczne, a także dzielić się zarówno praktycznymi umiejętnościami, które pomagają żyć w zdrowszej relacji do całego świata, jak i ideami, które leżą u podstaw takich transformacyjnych zmian. Ma to być miejsce, gdzie wszyscy możemy odkrywać w sobie szczęśliwe świnie”.

Tak wygląda obecnie The Happy Pig (zdj. z permaculture.co.uk).

Z informacji dostępnych w internecie wynika, że projekt jest już na ukończeniu. Kiedy patrzy się na zdjęcie niemal gotowego budynku, trudno nie zadać sobie pytania o to, w jaki sposób Boyle przeszedł od utopijnej wizji do namacalnych efektów. Wydaje mi się, że kluczem do sukcesu było z jednej strony jego ogromne zaangażowanie, a z drugiej otwartość na współpracę z innymi. Boyle nie tylko przeznaczył na The Happy Pig wszystkie dochody ze swoich książek, ale też przyciągnął do projektu wiele innych osób. Z pomocą wolontariuszy zdołał wyremontować chlew, a dzięki kampanii crowdfundingowej zebrał pieniądze na instalacje i wyposażenie wnętrza przyszłego centrum darmowej edukacji i kultury. Nowoczesne środki komunikacji posłużyły mu więc do realizacji celu, który ma przynieść korzyści całej społeczności.

Inaczej niż to było w przypadku bohaterów „Szczęśliwych ludzi” i Johna Wellsa, Boyle nie tylko nie odciął się od całkowicie od cywilizacji, ale wykorzystał jej zdobycze do wytwarzania społecznego dobra. Tym samym stał się wzorcowym realizatorem idei minimalizmu „1:1” – minimalizmu, w którym człowiek pozbywa się niepotrzebnych przedmiotów, ale nie odcina się od społeczeństwa i nie wyzbywa się odpowiedzialności za dobro innych.

Advertisements

Dave Herrle – stolarz, który zakochał się w mikrodomu

Przez długi czas mikrodomy, czyli domy o powierzchni nieprzekraczającej 50 m2, wywoływały u mnie mieszane odczucia. Podobało mi się to, że dają swoim właścicielom dość duże poczucie wolności, ponieważ albo wybudowane są na totalnych odludziach, albo cechują się mobilną konstrukcją, dzięki czemu nie trzeba osiadać w jednym miejscu. „Czy jednak poczucie wolności dawane przez mikrodomy jest warte swojej ceny?” Pełna sceptycyzmu zadawałam sobie to pytanie, podejrzewając, że domy o niewielkiej powierzchni stanowią kolejny przereklamowany trend, w którym (jak w przypadku krytykowanych już kiedyś przeze mnie mikromieszkań) człowiek dostaje stosunkowo niewiele komfortu za grube pieniądze.

Dlaczego mikrodomy budziły we mnie jednocześnie i zaciekawienie, i nieufność? Główną przyczyną takiego stanu rzeczy był Jay Shafer, najbardziej znany propagator życia w mikrodomach, a zarazem założyciel firmy Tumbleweed Tiny House Company. Pierwszy raz zetknęłam się z nim za sprawą filmu „Mikrotopia”. Pamiętam, że byłam pod wrażeniem domku na kółkach, dzięki któremu Shafer może się swobodnie przemieszczać i mieszkać z dala od cywilizacji, kiedy tylko ma na to ochotę.

Kadr z filmu “Mikrotopia”, czyli mikrodomy na krańcu świata (zdjęcie z urbanglitch.com)

Po obejrzeniu „Mikrotopii” postanowiłam dowiedzieć się więcej o Shaferze i weszłam na stronę jego (byłej już) firmy, która oferuje Amerykanom gotowe mikrodomy. Szczęka mi opadła, kiedy przeczytałam, ile pieniędzy potrzeba, żeby kupić najtańszy i najmniejszy domek z katalogu Tumbleweed Tiny House Company. Pięćdziesiąt siedem tysięcy dolarów za 15 metrów kwadratowych?! Byłam w lekkim szoku, bo przecież w mniej popularnych częściach USA za takie pieniądze można kupić „normalne” mieszkanie o znacznie większych wymiarach.

Najtańszy domek oferowany przez Tumbleweed Tiny House Company (screenshot ze strony firmy).

Najtańszy domek oferowany przez Tumbleweed Tiny House Company (screenshot ze strony firmy).

Na szczęście, zanim spisałam ideę mikrodomów na straty, trafiłam na historię Dave’a Herrle’a. Jest to historia jak z amerykańskiego filmu, bo mamy w niej sympatycznego młodzieńca, marzenie o życiu blisko natury, dużo romantyzmu, a na koniec nie dość że ślub, to jeszcze biznesowy sukces. Całość może się początkowo wydawać mało przekonująca, ale nie ma mowy o banale, bo rzecz dzieje się nie na luksusowym ranczo, a w bezpretensjonalnym mikrodomu wybudowanym za 4 tysiące dolarów. Mikrodomu, który powstał w dość nietypowych okolicznościach…

Wszystko zaczęło się w 2007 roku na Szlaku Appalachów, jednym z najbardziej popularnych pieszych szlaków turystycznych w USA (o którym genialnie opowiada Bill Bryson w jednej z moich ulubionych książek podróżniczych, czyli „A walk in the woods” – polecam!). Na tymże szlaku, biegnącym przez gęste amerykańskie lasy, Dave Herrle postanowił porzucić pracę za biurkiem na rzecz życia bliżej natury. Został stolarzem i, na spółkę z bratem, kupił dom w Westbrook (Connecticut). W Sylwestra kończącego 2012 rok zorganizował u siebie imprezę, na której pojawiła się jego znajoma, Kimberly Petersen. Dom spodobał się jej na tyle, że zapytała, czy nie mogłaby wynająć w nim pokoju. Okazało się jednak, że wszystko było już zajęte, bo Dave z bratem powynajmowali wcześniej wolne pokoje kolegom. W przypływie fantazji (i po kilku głębszych), Dave zaproponował Kimberly oryginalne rozwiązanie niedoboru przestrzeni mieszkalnej: powiedział, że wybuduje jej domek. Co stało się, kiedy wytrzeźwiał?

1069790_492049167536626_1231160996_n

Dave realizuje noworoczne postanowienia (zdjęcie z Facebooka Dave’a).

Dave, o dziwo, postanowił dotrzymać obietnicy danej Kimberly. Dzień po imprezie zabrał ją na spacer po okolicy i wspólnie wybrali miejsce na budowę domku. Zdecydowali się na dość oryginalną lokalizację: sam skraj wzgórza. Jeszcze w tym samym tygodniu zaczęli szukać materiałów budowlanych. Większość z nich nabyli z drugiej ręki, dzięki czemu koszt domku okazał się niewysoki i zamknął się w 4 tysiącach dolarów. Budowa zajęła zaledwie 6 tygodni, co jest imponującym wynikiem, jeśli weźmie się pod uwagę, że, ze względu na ostry spadek terenu, Dave i Kimberly musieli skonstruować drewnianą platformę, a dopiero na niej wznieśli domek (przebieg budowy można obejrzeć na zdjęciach, które Dave zamieścił na swoim Facebookowym profilu).

Widoki jak z bajki (zdjęcie z treehugger.com).

Domek ma wymiary 3,3 m na 4,3 m, a jego całkowita powierzchnia (razem z poddaszem) wynosi 23 m2. Wnętrze wygląda uroczo, choć trzeba przyznać, że pod względem wyposażenia i dostępu do mediów dzieło Dave’a i Kimberly przypomina bardziej altankę niż dom z prawdziwego zdarzenia. W domku znajdują się płyta grzejna i zlew, ale nie ma bieżącej wody, bo właściciele przynoszą wodę z dużego domu (czyli tego, w którym Kimberly nie udało się wynająć pokoju). Brak też łazienki z prysznicem. Ponieważ w pełni wyposażona łazienka jest dostępna w dużym domu, Dave’owi i Kimberly wystarcza sama toaleta kompostująca. Pozostałe udogodnienia ich domku to: ogrzewanie w postaci piecyka naftowego oraz przyłącze elektryczne, czyli kabel pociągnięty z dużego domu.

Skromna kuchnia (zdjęcie z treehugger.com).

Oczywiście można marudzić, że domek Dave’a i Kimberly nie jest prawdziwym, samowystarczalnym domem. Czego jednak wymagać od konstrukcji wybudowanej za 4 tysiące dolarów? Moim zdaniem efekt uzyskany przy tak niewielkim nakładzie środków jest imponujący i stanowi doskonały dowód na to, że mikrodomy niekoniecznie muszą kosztować krocie, jak te oferowane przez Tumbleweed Tiny House Company.

A zresztą, nawet nie o efekt chodzi, ale o niezwykłą historię, którą czas wreszcie opowiedzieć do końca.

W trakcie budowy mikrodomu Dave i Kimberly zostali parą. Dwa tygodnie po zakończeniu prac budowlanych doszło do zaręczyn, a niedawno odbył się ślub.

Realizacja złożonej w Sylwestra obietnicy doprowadziła Dave’a do tego, że nie tylko się ożenił, ale też że założył własną firmę. Dziś z powodzeniem oferuje usługi stolarskie pod szyldem Herrle Custom Carpentry. Na Facebookowym profilu tej firmy możecie śledzić ciąg dalszy historii Dave’a oraz oglądać kolejne jego projekty. Polecam, ale i ostrzegam: po przejrzeniu profilu Herrle Custom Carpentry trudno jest opędzić się od myśli, że najlepiej byłoby rzucić wszystko i zostać stolarzem ;).

10906_688804441194430_4222945131937624549_n

Happy end (zdjęcie z Facebooka Dave’a).

Mikromieszkania – jak małe jest piękne?

Największą atrakcją zakończonej niedawno wrocławskiej edycji Planete+ Doc Film Festival był dla mnie pokaz „Mikrotopii”, dokumentu stanowiącego przegląd różnych pomysłów na minimalistyczne przestrzenie mieszkalne. Choć film pozostawił mi spory niedosyt ze względu na zbyt dużą liczbę bohaterów i zbyt powierzchowne przedstawienie ich idei, to mimo wszystko dał mi do myślenia. Podczas seansu trudno było nie zadawać sobie pytania: „Jak bardzo można ograniczyć sobie przestrzeń mieszkalną, zachowując przy tym poczucie komfortu i wolności?”

Na to właśnie pytanie próbowali odpowiedzieć bohaterowie „Mikrotopii”, ale niektóre z ich odpowiedzi były radykalne w stopniu graniczącym ze śmiesznością. Oglądając propozycje osób, takich jak Ana Rewakowicz (promująca dom będący połączeniem namiotu i płaszcza) czy Ion Sorvin (twórca projektu Snail, tj. mieszkania w postaci plastikowej beczki, którą można toczyć przed sobą), zastanawiałam się, czy naprawdę ci ludzi mówili serio, kiedy twierdzili, że swoimi pomysłami próbują zmieniać świat na lepsze. Dla mnie ich projekty stanowiły intelektualną prowokację dla samej prowokacji. Reagowałam na nie wzruszeniem ramion, bo miałam wrażenie, że Rewakowicz czy Sorvinowi chodziło bardziej o szokowanie bezkrytycznym radykalizmem niż o zachęcenie do porządnego zastanowienia się nad kwestią minimalnej przestrzeni potrzebnej człowiekowi do dobrego życia.

Namiot Any Rewakowicz (zdjęcie z rewana.com).

W kontekście ich projektów mocno wybrzmiały słowa najciekawszego – moim zdaniem – bohatera filmu, czyli Jaya Shafera. Ten mieszkaniec mikroskopijnego domu na kółkach powiedział w „Mikrotopii”, że należy odróżnić przestrzeń minimalistyczną od spartańskiej, a także pamiętać o tym, że dom ma zaspokajać potrzeby jego mieszkańca. Niby nic odkrywczego, ale jednak doceniam Shafera za wyważone stanowisko i powstrzymywanie się od twierdzenia, że każdy powinien żyć w równie minimalistyczny sposób jak ten, który sam wybrał. O umiarze Shafera świadczy nie tylko jego wypowiedź z „Mikrotopii”, ale też przemówienie, które dał na TEDxSonomaCounty. W mowie tej Shafer odżegnał się od twierdzenia, że „każda czteroosobowa rodzina powinna zamieszkać w domku na kółkach o powierzchni 11 mkw.” Podkreślił jedynie, że według niego ludzie nie powinni marnować przestrzeni, budując domy większe niż są im potrzebne. Przyznał przy tym, że ludzie mają prawo sami zdecydować, jaki dom daje im bezpieczeństwo, wygodę i szczęście, to jest te trzy dobra, która powinna zapewniać przestrzeń mieszkalna.

Shafer dość ostrożnie stwierdził, że trudno obiektywnie ocenić, ile przestrzeni dany człowiek potrzebuje, dlatego każdy powinien zdecydować sam dla siebie. Czy rzeczywiście jest to kwestia subiektywna? Sądzę, że warto się zastanowić nad tym pytaniem w kontekście najbardziej rozpowszechnionego przykładu minimalistycznych przestrzeni mieszkalnych, czyli mikromieszkań. O ile mikrodomki (nie mówiąc już o domach w postaci plastikowych beczek) są ciągle bardzo niszowe, to mieszkania o bardzo małej powierzchni szybko zyskują na popularności. Świadczy o tym chociażby nowa polityka mieszkaniowa miasta Nowy Jork, w ramach której promowane jest budowanie mikromieszkań (o powierzchni od 23 do 35 mkw.). Czy tak małe mieszkania mogą zapewniać poczucie bezpieczeństwa, wygodę i szczęście, o których wspominał Jay Shafer?

Chyba nie do końca, o czym świadczą wyniki badań naukowych dotyczących wpływu małych mieszkań na samopoczucie ich mieszkańców (przytaczane w kontekście nowojorskiej polityki mieszkaniowej przez czasopismo The Atlantic). Według specjalistów od psychologii środowiskowej, mikromieszkania nie tylko nie stanowią bezpiecznego schronienia dla swoich mieszkańców, ale nieraz są dla nich źródłem dodatkowego stresu. Jak wyjaśnia Dak Kopec z Boston Architectural College, mieszkańcy mikromieszkań często czują się przytłoczeni wysokim zagęszczeniem przedmiotów na małej przestrzeni swojego mieszkania, a także tłokiem w częściach wspólnych budynku, którego źródłem jest wysokie zagęszczenie mieszkańców. Stres dodatkowo mogą potęgować liczne drobne niewygody, z którymi wiąże się mieszkanie na małej powierzchni. Ponieważ w bardzo małych mieszkaniach nie ma zwykle miejsca na wszystkie podstawowe sprzęty, ich mieszkańcy muszą wykonywać codziennie takie czynności, jak np. składanie łóżka czy rozkładanie stolika. Te dodatkowe obowiązki są nieraz źródłem dodatkowej dawki irytacji i stresu.

Oczywiście można twierdzić, że wszystko jest kwestią odpowiednich rozwiązań architektonicznych, które mogą uczynić mikromieszkanie przestrzennym i wygodnym. Nie do końca jednak wierzę, by inteligentny design był w stanie w pełni zrekompensować brak przestrzeni, a poza tym dochodzi do tego jeszcze kwestia ceny takiego designu. Często cena wprowadzenia udogodnień przewyższa cenę samej nieruchomości, czego najlepszym przykładem jest pełne inteligentnych rozwiązań 40-metrowe mieszkanie w Nowym Jorku nazywane „szwajcarskim scyzorykiem”. Jego renowacja i wyposażenie kosztowały 365 tysięcy dolarów, podczas gdy za pustą nieruchomość właściciel zapłacił tylko (?) 287 tysięcy dolarów. Efekt jest imponujący, ale czy warty swojej ceny?

Podobnie jak „szwajcarski scyzoryk”, również przykłady z polskiego podwórka pokazują, że w miarę komfortowe mikromieszkania nie są opcją dla mało zamożnych, przy czym „mikro” w Polsce oznacza nie (jak w Nowym Jorku) 25-40 mkw., ale raczej 12-25 mkw. We Wrocławiu ceny mikromieszkań w Starterze (dawnym hotelu asystenta) zaczynają się od 7 tys. zł za metr (według Gazety Wyborczej najtańsze mieszkanie o powierzchni niecałych 12 mkw. kosztuje tam 90 tys. zł). W Warszawie, w Miasteczku Wilanów, ceny są jeszcze wyższe: od 8 tys. zł za metr kwadratowy do ponad 10 tys. zł w wersji z wykończeniem i standardowym wyposażeniem. Nawet w wersji „zrób to sam” mikromieszkanie to spory wydatek. Świadczy o tym przykład Szymona Hanczara, właściciela 13-metrowego mieszkania na wrocławskim Nadodrzu, który był gościem spotkania towarzyszącego projekcji „Mikrotopii”. Hanczar kupił mieszkanie do remontu i samodzielnie je urządził. Jak wyliczył, całe mieszkanie, łącznie z remontem i wyposażeniem, kosztowało go niecałe 100 tys. złotych. Jakby nie patrzeć, nie jest to kwota wiele niższa niż ta, której za urządzone mikromieszkania domagają się deweloperzy. Co więcej, nie jest to kwota będąca w zasięgu przeciętnego młodego człowieka, dla którego mikromieszkanie miałoby być pierwszym samodzielnym lokum na czas studiów czy pierwsze lata po studiach.

13-metrowe mieszkanie Szymona Hanczara (zdjęcie z wroclaw.gazeta.pl).

W sumie więc wychodzi na to, że mikromieszkania to sposób, by zapłacić więcej za mniej: mniej przestrzeni, mniej komfortu i mniej poczucia bezpieczeństwa. Do tego jeszcze dochodzi mniej kontaktów międzyludzkich, bo siłą rzeczy w mikromieszkaniu trzeba być przez większość czasu samemu (trudno mi sobie wyobrazić np. goszczenie dwójki znajomych na 12 mkw.). Czy jest to zatem idealna opcja dla wyalienowanych? A może lokum marzeń dla ludzi, którzy za wszelką cenę chcą być na swoim, nawet gdyby to „swoje” miało oznaczać mieszkanie wielkości miejsca parkingowego? Czymkolwiek by nie było mikromieszkanie, co do jednego nie mam wątpliwości: wolę już w ogóle nic nie kupować, niż ładować ciężkie pieniądze w klaustrofobiczną klitkę o powierzchni mniejszej niż 25 mkw. Dla mnie te 25 mkw. (czyli powierzchnia mniej więcej dwóch miejsc parkingowych) to absolutne minimum, poniżej którego nie wyobrażam sobie mieszkania dającego komfort, poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń do kontaktów z innymi. W związku z tym nawet najbardziej inteligentne rozwiązania w zakresie wystroju mikromieszkań (w tym imponujący RoboWall) nie przekonują mnie, że mieszkanie o powierzchni 12 czy 18 mkw. może być piękne.