Tag Archives: tanie mieszkania

Po lekturze „Evicted” Matthew Desmonda – 3 pytania, które warto sobie zadać o eksmisję na bruk

evicted_desmond-1024x628

Matthew Desmond (zdj z tracking-board.com).

W książce „Evicted: Poverty and Profit in the American City” („Eksmitowani – bieda i zysk w amerykańskim mieście”) Matthew Desmond przełożył na zrozumiały język wyniki setek badań na temat eksmisji prowadzonych przez socjologów i ekonomistów. Pokazał prawdziwe historie 8 niezamożnych rodzin, które zostały wielokrotnie zmuszone do opuszczenia wynajmowanych domów i mieszkań. Opisał ich losy szczegółowo i przejmująco, ponieważ przez ponad rok mieszkał z nimi po sąsiedzku. Najpierw wynajmował przyczepę w trailer parku (czyli osiedlu mobilnych domów przeznaczonych dla osób o niskich dochodach), a potem dzielił z kilkoma lokatorami dom położony w getcie. Jego zaangażowanie przyniosło imponujące efekty – napisał książkę, która idealnie łączy poruszające historie jednostek z rzeczowym opisem szerszego problemu.

„Evicted” nie jest suchym raportem przeznaczonym wyłącznie dla osób zajmujących się polityką mieszkaniową, ale lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce zrozumieć, jak bardzo kształt rynku mieszkaniowego wpływa zarówno na jakość życia osób niezamożnych, jak i na funkcjonowanie lokalnych społeczności. Jej wartość doceniły już setki krytyków – trafiła na wiele list najlepszych książek 2016 roku (m.in. przygotowanych przez The New York Times czy Washington Post) i została obsypana nagrodami, np. w kwietniu uhonorowano ją nagrodą Pulitzera jako „najlepszą książkę non-fiction”. Wzbudziła też zainteresowanie czytelników za oceanem – do tego stopnia, że kiedy na wakacjach w Toronto weszłam do przypadkowej księgarni, nie musiałam pytać o możliwość sprowadzenia „Evicted” na zamówienie. Książka leżała wyeksponowana zaraz przy wejściu, na półce z bestsellerami.

Moje wakacje przypadły na okres, który niespodziewanie okazał się kluczowy dla rozwoju sytuacji mieszkaniowej w Polsce. W lipcu pojawił się projekt ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości i nie minęły dwa tygodnie, a przyjęły go i Sejm, i Senat. Po powrocie do Polski zapoznałam się z treścią tej ustawy i porzuciłam wszelkie nadzieje związane z budową niedrogich mieszkań na wynajem, którą obiecywano w ramach Mieszkania Plus. Okazało się, że państwo zapewni „rozsądny dochód” deweloperom, którzy będą budować mieszkania na gruntach otrzymanych z Krajowego Zasobu Nieruchomości. Po pierwsze, nie wszystkie wybudowane mieszkania będą trafiały do najemców z Mieszkania Plus – 30% będzie wynajmowana na wolnym rynku. Po drugie, deweloperzy nie będą musieli obawiać się, że najemcy z Mieszkania Plus będą płacić tak mało, że dojdzie do spadku wysokości średnich stawek czynszów. Maksymalna wysokość ich czynszów będzie co prawda regulowana, ale na razie wszystko wskazuje na to, że będzie ona odpowiadać aktualnym średnim rynkowym.

W propozycji rozporządzenia Rady Ministrów regulującego czynsze wyczytałam, że dla Warszawy maksymalna stawka będzie początkowo wynosić 42 zł za mkw. – co oznacza, że deweloperzy będą mogli pobierać nawet 2100 zł za mieszkanie o powierzchni 50 mkw. Najemcy będą dodatkowo ponosić opłaty administracyjne i licznikowe, więc w sumie wynajem 50 mkw. będzie mógł kosztować ich nawet 2500-2600 zł miesięcznie. Trudno uznać to za atrakcyjną ofertę dla osób niezamożnych, które nie mogą sobie pozwolić na kredyt mieszkaniowy – a przecież to do nich w teorii jest kierowana oferta mieszkań, które powstaną na gruntach z Krajowego Zasobu Nieruchomości.

Ustawę o Krajowym Zasobie Nieruchomości czytałam równolegle z „Evicted”. Nic więc dziwnego, że szczególne wrażenie zrobiły na mnie te fragmenty ustawy, które z jednej strony wskazują, że mieszkania mają być przeznaczone w pierwszej kolejności dla osób niezamożnych (w tym starszych i niepełnosprawnych), a z drugiej – umożliwiają eksmisję takich osób na bruk, tj. bez prawa do lokalu socjalnego lub tymczasowego. Dla zainteresowanych: są to art. 56.3 (kryteria pierwszeństwa w zawieraniu umowy najmu) i art. 19f.3 (zgoda najemcy na eksmisję bez prawa do lokalu socjalnego lub tymczasowego).

Żałowałam, że „Evicted” nie zostało jeszcze wydane w Polsce, ponieważ najchętniej dałabym tę książkę w prezencie każdemu, kto twierdzi, że ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości korzystnie wpłynie na sytuację mieszkaniową w Polsce, a także pozwoli zrównoważyć interesy wynajmujących i najemców. Egzemplarz ze specjalną dedykacją przekazałabym prezesowi deweloperskiej firmy Grupa Inwest Piotrowi Hofmanowi, który publicznie zbagatelizował znaczenie nowych przepisów dotyczących eksmisji, mówiąc serwisowi money.pl:

ustawodawca przewidział bardzo ograniczone i jasno sprecyzowane możliwości wypowiedzenia takiej umowy. Są to: zaleganie z płatnościami czynszu łącznie ponad 4 miesiące, używanie lokalu niezgodnie z jego przeznaczeniem lub dalsze podnajmowanie lokalu bez pisemnej zgody właściciela. Każdy z najemców podpisując umowę będzie miał zatem świadomość, jakie są warunki najmu i jego zasady.

Czy to rzeczywiście są to tak bardzo ograniczone możliwości wypowiedzenia umowy przez wynajmującego? Czy nie powinniśmy się przejmować tym, że najemcy, którym zostaną wypowiedziane umowy na wyżej wymienionych podstawach, nie będą mogli bronić swoich racji w sądzie? Mam wrażenie, że mało kto wczytał się w wystąpienie Rzecznika Praw Obywatelskich, który wezwał prezydenta, by nie podpisywał ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości. Rzecznik Praw Obywatelskich jasno wytłumaczył, że najemca nie będzie wcale równorzędnym partnerem dla wynajmującego:

Zgodnie z przyjętymi przez ustawodawcę rozwiązaniami, jeśli po rozwiązaniu umowy najmu wskutek upływu okresu wypowiedzenia i po skutecznym doręczeniu żądania opróżnienia lokalu najemca nie opróżni lokalu w wyznaczonym terminie, to właściciel lokalu składa do sądu wniosek o nadanie klauzuli wykonalności złożonemu wcześniej oświadczeniu w formie aktu notarialnego. W takiej sytuacji sąd (na posiedzeniu niejawnym – art. 766 k.p.c.) nadaje klauzulę wykonalności, która stanowi podstawę do podjęcia przez komornika działań zmierzających do opróżnienia lokalu i wydania go wierzycielowi. W tym przypadku sąd nie orzeka eksmisji i nie bada (jak to ma miejsce w innych stosunkach najmu), czy zachodzą przesłanki do otrzymania lokalu socjalnego przez osobę zobowiązaną do opuszczenia lokalu. W ogóle nie dochodzi do merytorycznego badania tych kwestii w trybie procesu sądowego. (…)

Nie do zaakceptowania jest – w mojej ocenie – przyjęta regulacja, zgodnie z którą sytuacja życiowa najemcy nie będzie podlegała ocenie żadnego organu, w tym przede wszystkim sądu i w konsekwencji zostanie on usunięty przez komornika (zgodnie z regulacją art. 1046 § 51 k. p. c.) do noclegowi, schroniska lub innej placówki zapewniającej miejsca noclegowe, wskazanej przez gminę właściwą ze względu na miejsce położenia lokalu podlegającego opróżnieniu), a więc pozbawiony lokalu mieszkalnego i faktycznie bezdomny.

Jeszcze lepiej te nierówności w stosunkach między wynajmującymi i najemcami pokazuje Matthew Desmond. W „Evicted” odnosi się do każdego z 3 podstawowych powodów, które już niedługo staną się w Polsce podstawą do eksmisji na bruk:
1. zaległości w płatnościach czynszu
2. wykraczanie w sposób rażący lub uporczywy przeciwko obowiązującemu porządkowi domowemu albo – poprzez swoje niewłaściwe zachowanie – powodowanie, że korzystanie z innych lokali w budynku jest uciążliwe
3. podnajmowanie mieszkania

Warto się przyjrzeć tym powodom bliżej, zwłaszcza że eksmisje na bruk bez wyroku sądowego nie będą problemem wąskiej grupy. Oprócz najemców, którzy zdecydują się zamieszkać w mieszkaniach powstałych na gruntach z Krajowego Zasobu Nieruchomości, będą na nie narażeni wszyscy, których obejmie nowa forma najmu, tzw. najem instytucjonalny. Już od 17 września tę formę najmu zaczną stosować przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą związaną z najmem.

Choć w „Evicted” Matthew Desmond koncentruje się na sytuacji w USA, to przytaczane przez niego dane dają podstawy, by zadać sobie następujące pytania o zasadność eksmisji na bruk z powodów wymienionych powyżej:

1. Czy powinno się eksmitować osoby, które zalegają z płatnościami czynszu, nawet jeśli ich opłaty za media są nadmiernie wysokie, a wynajmujący nie wykonują w mieszkaniach niezbędnych napraw?

Interesujące dane z „Evicted”

Desmond zwraca uwagę, że koszty mediów szybko rosną, a niezamożne rodziny często muszą wybierać między zapłaceniem czynszu a utrzymaniem dostępu do ogrzewania czy energii elektrycznej:

Od 2000 roku koszt paliw grzewczych i mediów wzrósł o ponad 50% za sprawą rosnącego globalnego zapotrzebowania i wygaśnięcia limitów cen. Średnio 20% niezamożnych rodzin wynajmujących mieszkania w USA nie płaci regularnie za media lub otrzymała zawiadomienie o odcięciu mediów (s. 15).

Z badań wynika, że liczba eksmisji rośnie latem, kiedy rodziny muszą spłacać zaległości w opłatach za media powstałe przez zimę (kiedy dostawcy nie mogą odcinać dostępu, więc najemcy częściej opłacają czynsze, a zalegają z opłatami za media).

Dodatkowo Desmond zauważa, że średnia wysokość opłat za media jest w przypadku niezamożnych rodzin tylko niewiele mniejsza niż w przypadku rodzin najbogatszych (116 dolarów versus 151 dolarów). Dzieje się tak, ponieważ niezamożni mieszkają zwykle w gorszym standardzie, a ich mieszkania nie są wyposażone w energooszczędny sprzęt AGD czy okna, które dobrze zatrzymują ciepło (s. 346-347).

W „Evicted” opisana jest sytuacja najemców w Milwaukee, gdzie o eksmisji decyduje sąd, ale nie jest dla niego ważne, dlaczego dochodzi do zaległości w płatnościach. Jeśli tylko zaległości występują, to jest to podstawa, by eksmitować najemcę – nawet gdy okazuje się, że właściciele nie wywiązują się ze swoich obowiązków związanych z utrzymywaniem mieszkań w dobrym stanie:

Kiedy okazało się, że starsza kobieta, która miała być eksmitowana, żyła przez miesiąc bez prądu, ponieważ właściciel mieszkania nie spieszył się z naprawą instalacji, urzędnik sądowy stwierdził: „To nie jest sprawa, którą się dzisiaj zajmujemy”. Innym razem sędzia wysłuchał najemcy, który opisał gnijącą podłogę i niedrożną instalację wodno-kanalizacyjną, po czym stwierdził: „Powiedział mi pan wszystko, poza tym że płaci pan czynsz na czas”. (s. 362)

Jak te dane mają się do mieszkań dla osób niezamożnych, które powstaną na gruntach z Krajowego Zasobu Nieruchomości

Oczywiście w przypadku mieszkań, które powstaną na gruntach z Krajowego Zasobu Nieruchomości, początkowo standard nie będzie najgorszy. Ale czy będzie naprawdę dobry? Śmiem wątpić, że deweloperzy zdecydują się na energooszczędne budownictwo, jeśli wszystkie opłaty związane z mediami będą ponosić lokatorzy. Prawdopodobnie będą to więc mieszkania dość kosztowne w utrzymaniu, co być może szybko okaże się problemem dla tych lokatorów, którzy rzeczywiście będą niezamożni. Czy będą musieli wybierać między pokrywaniem kosztów ogrzewania mieszkań a opłacaniem czynszu?

Inna sprawa to starzenie się mieszkań i konieczność wykonywania w nich niezbędnych napraw. Na pewno taka konieczność się pojawi w okresie najmu – umowy mają być standardowo podpisywane na 15 lat (w przypadku najmu bez dojścia do własności) i 30 lat (w przypadku najmu z dojściem do własności). Czy deweloperzy będą mieć motywację, żeby wywiązywać się z obowiązków związanych z utrzymywaniem mieszkań w dobrym stanie? Trudno powiedzieć, zwłaszcza że w rozdziale 8 ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości nie ma mowy o kontrolowaniu budynków pod kątem ich stanu technicznego. Przedstawiciele Krajowego Zasobu Nieruchomości będą przychodzić na kontrole wyłącznie, żeby sprawdzać, czy wszystko się zgadza w procedurach i płatnościach, na przykład czy najemcy są dobierani według kryteriów pierwszeństwa (najpierw starsi, niepełnosprawni itd.) albo czy czynsze nie przekraczają maksymalnych pułapów. Za zbyt wysokie czynsze będą kary, tymczasem za zły stan techniczny budynków urzędnicy raczej nie pociągną deweloperów do odpowiedzialności (chyba że zawiąże się jakaś współpraca między nimi a inspektoratami nadzoru budowlanego, ale na razie nic mi o niej nie wiadomo).

Istnieje więc ryzyko, że za kilkanaście lat mieszkania zaczną niszczeć, deweloperzy nie będą wykonywać w nich niezbędnych napraw, a mieszkańcy, którzy nie będą płacić czynszów (na zasadzie „zapłacę, jak naprawią”), będą eksmitowani na bruk.

2. Czy eksmisje za wykraczanie przeciwko porządkowi domowemu nie doprowadzą do ukrywania problemu przemocy domowej, a także do samowoli wynajmujących?

Interesujące dane z „Evicted”

W Milwaukee wynajmujący mogą dostawać grzywny, jeśli w ich mieszkaniach regularnie dochodzi do zakłócania porządku domowego, tj. jeśli więcej niż trzy razy w miesiącu do ich mieszkań jest wzywana policja. Takie zakłócanie porządku polega zwykle na hałasie lub na przemocy domowej. W 83% przypadków wynajmujący, których policja ostrzega przed grzywną z powodu przemocy domowej występującej w ich mieszkaniu, albo eksmitują mieszkańców, albo grożą, że zrobią to, jeśli jeszcze raz ci wezwą policję. Desmond cytuje dokumenty składane przez właścicieli do komisariatu policji w celu uniknięcia grzywien np.

Zdecydowaliśmy się eksmitować Sheilę M, która dzwoniła na policję po pomoc. Została pobita przez swojego mężczyznę, który kopie w drzwi, a potem idzie do aresztu na 1 lub 2 dni (aresztowanie i wypuszczanie z aresztu nie działa). Zasugerowaliśmy jej, żeby kupiła broń i zabiła go w obronie własnej, ale jak widać tego nie zrobiła. W związku z tym ją eksmitujemy. (s. 192)

Desmond przytacza statystyki, z których wynika, że w stanie Wisconsin z powodu przemocy domowej ginie średnio jedna osoba tygodniowo. Gorzko komentuje też wypowiedzi szefa policji w Milwaukee, który po nagłośnieniu statystyk zaapelował w mediach, by częściej dzwonić po pomoc:

Szef policji albo nie zdawał sobie sprawy, albo nie chciał ujawniać, że to zasady panujące w policji stawiały maltretowane kobiety przed okropnym wyborem: albo siedzieć cicho i znosić przemoc, albo dzwonić po pomoc i liczyć się z ryzykiem eksmisji.

Z doświadczeń Desmonda zebranych podczas pobytu w trailer parku wynika, że zakłócanie porządku to powód, który umożliwia eksmisję praktycznie każdego, jeśli odpowiednio skonstruuje się umowę najmu. Jego trailer park zabraniał m.in. trzymania zwierząt czy picia alkoholu. Kiedy wynajmujący zdecydował się eksmitować sąsiadkę Desmonda, pomimo że płaciła czynsz regularnie, szybko udało mu się znaleźć powód – uzasadnieniem wezwania do opróżnienia lokalu było posiadanie psa (s. 348).

Jak te dane mają się do mieszkań dla osób niezamożnych, które powstaną na gruntach z Krajowego Zasobu Nieruchomości

Przemoc domowa już teraz jest problemem bardzo rzadko zgłaszanym na policję. Sądzę, że zgłoszenia będą jeszcze rzadsze, gdy właściciele mieszkań będą mogli przeprowadzać szybkie eksmisje za zakłócanie porządku domowego.

Inna sprawa to definicja zakłócania porządku. Czy deweloperzy będą mogli wpisywać do umów najmu klauzule definiujące, co uznają za takie zakłócanie? Jeśli tak będzie, to pojawi się ryzyko, że zakłócanie zdefiniują na tyle szeroko, by w razie potrzeby mieć haka na każdego i móc go wyrzucić np. za posiadania zwierzęcia domowego.

3. Czy eksmisje za podnajmowanie mieszkań nie doprowadzą do sytuacji, w której ludzie będą z trudem starali utrzymywać się w za dużych mieszkaniach?

Interesujące dane z „Evicted”

Desmond zwraca uwagę, że w Milwaukee istotnym problemem jest nie przeludnienie, a „niedostateczne zaludnienie, wymuszona nadmierna konsumpcja przestrzeni mieszkalnej, na którą ludzi nie stać”. Innymi słowy, niezamożne rodziny mieszkają w mieszkaniach, które są dla nich za duże i za drogie, ale nie mają dostępu do mniejszych (na rynku ich nie ma) i nie mogą dzielić kosztów za dużych mieszkań z innymi – umowy najmu zabraniają im podnajmu. Kiedy mimo wszystko zaczynają dzielić z kimś dodatkowym mieszkanie, narażają się na ryzyko eksmisji (s. 395).

Jak te dane mają się do mieszkań dla osób niezamożnych, które powstaną na gruntach z Krajowego Zasobu Nieruchomości

Mogłoby się wydawać, że związek tych danych z polskim kontekstem jest żaden – w końcu ze statystyk wynika, że niemal co drugi Polak i Polka mieszka w przeludnionym mieszkaniu. Jednak wystarczy wyobrazić sobie starszą osobę, która wprowadzi się do mieszkania z Krajowego Zasobu Nieruchomości, a potem podupadnie na zdrowiu i nie będzie mogła już dłużej sama opłacać czynszu. Koniec końców trafi więc na bruk – albo za podnajmowanie wbrew umowie, albo za zaległości czynszowe. Deweloper teoretycznie będzie mógł jej zaproponować zamianę mieszkania na mniejsze i tańsze, ale a) nie wiadomo, czy w ogóle będzie mieć takie mieszkanie w swoim zasobie, b) taka zamiana nie będzie jego obowiązkiem, ale wyrazem dobrej woli. Prawdopodobnie sam podnajem nie będzie natomiast zależał od dobrej woli dewelopera – ustawa mówi wprost, że podnajmować będzie można tylko wybranym członkom rodziny: Najemca nie może podnajmować mieszkania. Przepisu ust. 4 nie stosuje się, jeżeli podnajem dotyczy osoby, wobec której najemca jest obciążony obowiązkiem alimentacyjnym. (art . 73.3 i 73.4).

Wierzyć mi się nie chce, że tak niebezpieczne przepisy wchodzą za chwilę w życie, a mało kto przeciw nim protestuje. List do prezydenta w sprawie zawetowania ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości podpisało na stronie Akcji Demokracji raptem 230 osób, podczas gdy apel dotyczący zakazu sprzedaży dziczyzny przez Lasy Państwowe zebrał ponad 10000 podpisów. Czy naprawdę los dzików obchodzi polskie społeczeństwo bardziej niż problem eksmisji na bruk, który może dotknąć każdego?

Pozostaje mi mieć nadzieję, że frekwencja dopisze na manifestacji „Mieszkanie plus Eksmisja”, która odbędzie się w Warszawie 17 września, czyli w dzień, kiedy ustawa wchodzi w życie. Mnie tam na pewno nie zabraknie.

 

Advertisements

Cohousing po francusku – ekologiczność, solidarność, lokalność

We wrześniu odwiedziłam projekt „Z’écobâtisseurs”, pierwszy ekologiczny cohousing we Francji, który znajduje się na północy kraju, w Normandii. Formalnie projekt położony jest w niewielkiej miejscowości Louvigny, jednak trafniejsze określenie jego lokalizacji to raczej „przedmieścia Caen”. Od centrum tego dużego miasta (największego w regionie Normandii Północnej) dzieli mieszkańców zaledwie 6 kilometrów, a dojazd mają wygodny dzięki rozbudowanej sieci transportu miejskiego, szerokiej drodze i niemal równie szerokiej trasie rowerowej.

dsc08346

Jedna ze ścieżek rowerowych w Caen. Na horyzoncie Christian, mój przewodnik po mieście i projekcie “Z’écobâtisseurs”.

Jak trafiłam do “Z’écobâtisseurs”?

O jakości trasy rowerowej przekonałam się osobiście, ponieważ Christian, mój przewodnik po okolicy, okazał się zapalonym cyklistą. Zaproponował, żebyśmy spotkali się w centrum Caen, przy Maison du Vélo (czyli Domu Rowerów). Wyobrażałam sobie, że Maison to po prostu punkt z rowerami do wypożyczenia, ale Christian szybko wytłumaczył mi, że w Maison rowery się nie tylko tanio wypożycza, lecz także sprzedaje, reperuje i promuje (ma tam swoje siedziby 6  lokalnych stowarzyszeń zrzeszających rowerzystów). Inicjatywa zaskoczyła mnie rozmachem – Maison zajmował sporej wielkości budynek, a same magazyny z rowerami w różnym stadium rozkładu (lub składu) zajmowały jedno całe piętro. W jednym z magazynów Christian pomógł mi wybrać rower do wypożyczenia i dwie minuty później byliśmy już z powrotem przy drzwiach Maison. Zanim ruszyliśmy w stronę Louvigny, mój przewodnik zasugerował, że mogę wpakować plecak do sakwy przy jego jednośladzie. Początkowo się wzbraniałam, bo nie chciałam nadużywać uczynności starszego pana, który mógłby być moim ojcem. Ostatecznie jednak dałam się przekonać i nie minęła chwila, a zdałam sobie sprawę, że była to słuszna decyzja – Christian narzucił takiego tempo jazdy, że nawet bez plecaka miałam problem, by za nim nadążyć.

dsc08381

Maison du Vélo w Caen – piękne miasto i świetna inicjatywa.

Jak w ogóle trafiłam na Christiana? Z pomocą przyszedł mi mój ulubiony portal Couchsurfing, z którego korzystam niemal zawsze, gdy planuję podróże. Napisałam tam do Christiana wiadomość i poprosiłam w niej o możliwość odwiedzenia „Z’écobâtisseurs” jako projektu zbliżonego do tego, który pomagam obecnie rozwijać w Warszawie. Kilka tygodni później byłam już w drodze do jego domu, który wraz z dwunastoma innymi szeregowcami i domem wspólnym składa się na „Z’écobâtisseurs” – ekologiczny cohousing o historii sięgającej roku 2006.

“Z’écobâtisseurs” – krótka (?) historia projektu

Christian okazał się nie tylko bardzo gościnnym i interesującym człowiekiem, lecz także idealnym źródłem informacji o historii projektu. Dowiedziałam się, że należał do pierwszych aktywistów działających na rzecz upowszechnienia odnawialnych źródeł energii we Francji, a projekt ekologicznego osiedla miał w głowie od wielu lat. Chciał, by osiedle powstało niedaleko centrum Caen, by pokazać, że budownictwo przyjazne środowisku jest propozycją zarówno dla wsi, jak i dla miasta. Przeszkodę w realizacji pomysłu stanowił jednak brak odpowiedniej działki. Sprawa ruszyła z miejsca dopiero wtedy, gdy w 2006 roku Christian wybrał się na lokalny festiwal Dni Zrównoważonego Rozwoju. Spotkał tam Pascala i usłyszał od niego o działce w Louvigny. Kończyła się tam właśnie budowa nowej dzielnicy, a władze były chętne, by ostatnią wolną działkę przekazać na projekt o charakterze ekologicznym.

louvigny-2

“A tutaj będziemy mieć taras i jeść na nim śniadanie” – przyszli mieszkańcy cohousingu oglądają działkę i wyobrażają sobie, jak będą mieszkać (2009 r., kadr z filmu “Les Z’écobâtisseurs, une utopie du m2”).

Christian i Pascal postanowili działać razem i pozyskać działkę na osiedle, które byłoby zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. Chcieli, by projekt „Z’écobâtisseurs” opierał się na trzech filarach:

  • filar środowiskowy – modelowe budownictwo ekologiczne;
  • filar społeczny – budownictwo oddolne w duchu gospodarki solidarności;
  • filar ekonomiczny – poszukiwanie rozwiązań dla osób o niższych dochodach i wsparcie dla gospodarki lokalnej.

Innymi słowy, postawili sobie za cel wybudowanie niedrogiego i ekologicznego cohousingu. Ich założenia były bardzo ambitne, ale początkowo nic nie wskazywało, że staną się źródłem sporych problemów. Władze Louvigny zdecydowały się wesprzeć ich pomysł – zarezerwowały wolną działkę w nowej dzielnicy i obiecały, że sprzedadzą ją po nieco niższej cenie, kiedy wszystko będzie już gotowe do rozpoczęcia budowy. Christian i Pascal zaczęli więc szukać osób, które chciałyby do nich dołączyć. Szybko powstała grupa 10 zainteresowanych rodzin, co pozwoliło przejść do kolejnego kroku: przygotowania projektu architektonicznego. Grupa zatrudniła architekta, który specjalizował się w rozwiązaniach przyjaznych środowisku, jednak efekt jego pracy nie okazał się w pełni satysfakcjonujący. Powstał projekt zdecydowanie zbyt kosztowny – jakby architekt nie wziął pod uwagę, że budynki miały być nie tylko ekologiczne, lecz także niedrogie. Poproszono go o modyfikacje, ale koniec końców nie udało mu się dostosować projektu do ograniczeń finansowych członków cohousingu. W rezultacie aż siedem rodzin z dziesięciu postanowiło się wycofać. Cierpliwość zaczęły wtedy tracić władze Louvigny – chciały, by grupa rozpoczęła niebawem budowę, a tymczasem brakowało większości członków i projektu architektonicznego.

louvigny-5

Jedno z wielu spotkań poświęconych omawianiu projektu architektonicznego osiedla (2009 r., kadr z filmu “Z’écobâtisseurs, une utopie du m2”).

Christian i Pascal nie dali za wygraną i zebrali nową grupę, w sumie 13 rodzin. Liczba członków cohousingu powiększyła się, aby spełnić oczekiwania władz Louvigny, które zdecydowały, że działkę należy wykorzystać efektywniej. Nowy projekt architektoniczny trzeba było więc przygotować tak, aby zmieścić na działce nie 10, ale 13 gospodarstw domowych. Na szczęście udało się znaleźć architektów, którzy podołali temu zadaniu. Zaprojektowali dwa rzędy domów szeregowych o powierzchni od 80 do 130 mkw. oraz dom wspólny o powierzchni 100 mkw. Wybrali takie technologie i materiały, które były ekologiczne, a jednocześnie niedrogie: drewniane szkielety, wypełnienia ze słomy i waty celulozowej, tynki wapienne. Oczywiście nie obyło się bez trudnych negocjacji między członkami cohousingu, ponieważ niektórym bardziej zależało na ekologiczności, a innym na przystępności cenowej domów. Architekci wzięli te różnice pod uwagę i, na przykład, zaproponowali nieco inne zadaszenia w poszczególnych rzędach szeregówek. Zadbali, by ich projekt był dostosowany do oczekiwań wszystkich  przyszłych mieszkańców, dzięki czemu w 2010 roku grupa przystąpiła wreszcie do budowy – 4 lata od pierwszego spotkania Christiana i Pascala.

louvigny-3

Plan zagospodarowania przestrzennego osiedla (z bloga “Z’écobâtisseurs”).

Sama budowa zajęła dobrych parę lat. Domy szeregowe ukończono w 2012 roku, a dom wspólny dopiero w roku 2016. Prace budowlane przeciągnęły się z wielu względów, m.in. dlatego że sporo czasu zajęło pozyskanie odpowiednich materiałów budowlanych. Członkom cohousingu zależało, by budować z materiałów nie tylko ekologicznych i niedrogich, lecz także lokalnych. Nie zawsze jednak takie materiały udawało się znaleźć i, na przykład, drewno potrzebne do postawienia szkieletów budynków trzeba było ostatecznie sprowadzić z Niemiec.

imgp4535_1024_m

Pierwsze prace budowlane (2010 r., zdj. z bloga “Z’écobâtisseurs”).

Rzecz jasna do spowolnienia budowy przyczyniły się też ograniczenia finansowe. Ponieważ wśród członków cohousingu znalazły się osoby bardziej i mniej zamożne, trzeba było znaleźć rozwiązania, które pozwoliłyby tym drugim pokryć koszty uczestnictwa w projekcie. Wspólnymi siłami grupa wypracowała trzy formy wsparcia finansowego dla tych, którzy nie mieli wysokich zarobków ani nieruchomości, które mogliby spieniężyć:

  • mniej zamożni członkowie pracowali więcej na budowie niż reszta i, w efekcie, w większym stopniu pokrywali koszty uczestnictwa własną pracą,
  • bardziej zamożni członkowie wykładali gotówkę na zakupy grupowe (np. pieców), a mniej zamożni spłacali im odpowiednią część tych wydatków w nieoprocentowanych ratach,
  • grupa weszła we współpracę z Nouvelle Économie Fraternelle, czyli pierwszym bankiem solidarnym (banque solidaire) we Francji, który wspiera projekty o wysokich walorach etycznych (np. związanych ze sprawiedliwym handlem czy ekologicznym budownictwem). Bank udzielił nisko oprocentowanych pożyczek mniej zamożnym członkom cohousingu, ale nie były to pożyczki na wiele lat. Według informacji, które otrzymałam od Christiana, wszystkie zobowiązania wobec Nouvelle Économie Fraternelle zostały już spłacone.
p1000781_m

Przyszli mieszkańcy cohousingu wspólnie pracują nad wypełnieniem drewnianego szkieletu budynku kostkami słomy (2010 r., zdj. z bloga “Z’écobâtisseurs”).

“Z’écobâtisseurs” a zrównoważony rozwój

Realizacja projektu była skomplikowana i czasochłonna, ale wysiłki członków cohousingu nie poszły na marne. Stworzyli świetne osiedle, które odpowiada początkowym założeniom i opiera się na trzech filarach: środowiskowym, społecznym i ekonomicznym. W czasie pobytu w Louvigny przekonałam się, że cele sformułowane u zarania projektu, czyli w roku 2006, zostały urzeczywistnione, a cohousing „Z’écobâtisseurs” realizuje ideę zrównoważonego rozwoju poprzez:

  • Ekologiczność

Budynki są niskoenergetyczne – średnie zużycie energii wynosi 36 kW/m²/rok. Niskiemu zużyciu energii sprzyjają m.in:

  • orientacja budynków w taki sposób, by najczęściej używane pomieszczenia miały duże okna wychodzące na południe, a pomieszczenia takie jak łazienki miały małe okna wychodzące na północ – służy to maksymalnemu wykorzystaniu energii słonecznej;
  • zastosowanie ekologicznych materiałów o dobrych właściwościach izolacyjnych, np. słomy czy waty celulozowej;
  • zastosowanie nowoczesnego systemu ogrzewania z wykorzystaniem paneli fotowoltaicznych.
dsc08370

Domy od strony południowej.

2017-01-29-17-30-34

Taras po stronie południowej i domy od strony północnej.

Osiedle nie jest samowystarczalne energetycznie, ale wybiera wyłącznie takich dostawców energii, którym bliskie są zasady zrównoważonego rozwoju – na przykład energia elektryczna pochodzi od Enercoop, czyli spółdzielni dostarczającej energię wyłącznie ze źródeł odnawialnych. Obecnie trwają prace nad stworzeniem systemu carsharingu, tak by poszczególne rodziny nie musiały mieć własnych samochodów.

  • Solidarność

Mieszkańcy nie tylko wybudowali domy dla poszczególnych rodzin, lecz także postawili dom wspólny, w którym mogą przygotowywać wspólne posiłki, organizować imprezy i przyjmować gości. Na razie dom wykorzystywany jest przede wszystkim do organizowania imprez urodzinowych, ale członkowie cohousingu udostępniają go także zaprzyjaźnionej organizacji pozarządowej, dzięki czemu może ona zapewniać tymczasowe schronienie uchodźcom. Nie istnieje grafik regularnych działań w domu wspólnym – imprezy i wspólne posiłki odbywają ad hoc.

dsc08372

Dom wspólny po lewej.

Mieszkańcy wspólnie korzystają z domu wspólnego, a także ze wspólnego ogrodu. Mają prywatne ogródki, które znajdują się przy ich domach, ale oprócz tego – pomiędzy domami – znajduje się spory ogród, w którym znajdują się drzewa owocowe oraz przestrzeń do wypoczynku oraz zabawy dla dzieci.

Cohousing nie ma struktury hierarchicznej, więc głos każdego mieszkańca jest równie ważny. Na etapie budowy mieszkańcy działali w podzespołach, które odpowiadały za poszczególne aspekty prac: kontakt z podwykonawcami, zagadnienia architektoniczne, prawne i finansowe. Obecnie nie ma już formalnie wyodrębnionych podzespołów, a zarządzanie osiedlem odbywa się w ramach regularnych spotkań ogółu mieszkańców. Uczestnicy spotkań dążą do powszechnej zgody i podejmują decyzje drogą konsensusu.

dsc08367

Wspólny ogród.

  • Lokalność

Mieszkańcy nie zamykają się w ramach osiedla, a ich obecność wzmacnia społeczność lokalną. W bezpośrednim pobliżu cohousingu działa miejski ogród, którego animatorem jest Christian. Mieszkańcy osiedla aktywnie uczestniczą też w kooperatywie spożywczej – zachęcają sąsiadów z okolicznych budynków do składania wspólnych zamówień na ekologiczne produkty żywnościowe. Na obrzeżach cohousingu znajduje się mały budynek mieszczący ekologiczną piekarnię. Prowadzi ją jeden z mieszkańców, Philippe, który piecze najlepsze croissanty z migdałami, jakie w życiu jadłam. Choćby ze względu na nie warto odwiedzić Louvigny – człowiek wyjeżdża w przekonaniu, że nie ma się co zrażać przeszkodami związanymi z  tworzeniem innowacyjnych projektów mieszkaniowych, bo bez pracy nie ma kołaczy ani – w wersji francuskiej – pysznych croissantów ;).

dsc08353

Ogród miejski animowany przez Christiana, jednego z mieszkańców cohousingu.

PS. Osoby zainteresowane „Z’écobâtisseurs” zachęcam do zajrzenia na bloga projektu, gdzie znajdują się zdjęcia obrazujące poszczególne etapy prac budowlanych. Polecam także bardzo ciekawy film „Les Z’écobâtisseurs, une utopie du m²”, w którym można posłuchać mieszkańców cohousingu (w tym wszystkich osób wspomnianych powyżej), jak również burmistrza, architektów, prawników i przedstawicieli instytucji finansowych, które zaangażowały się w projekt.

Tania kawalerka do wynajęcia – najbardziej nierealne marzenie polskiej singielki?

„Jaki jest Pani cel?” – takie pytanie pada w pierwszej scenie klipu, który zapowiada nowy serial TVN-u „Singielka”. Jak łatwo przewidzieć, główna bohaterka nie wyznaje, że chce wynaleźć lek na raka albo chociażby wyruszyć w wyprawę dookoła świata. Jej cel streszcza się w dwóch słowach: „Potrzebuję faceta”.  W kolejnej scenie widzimy tę samą kobietę, jak tańczy przy desce do prasowania w mieszkaniu żywcem wyjętym z katalogu Ikei.  Wszystko wskazuje na to, że mieszka sama. „Skąd wzięła to mieszkanie? Kupiła? Wynajmuje?” – zastanawiam się, choć wiem, że nigdy nie doczekam się odpowiedzi. Bohaterki polskich seriali nie mają problemów mieszkaniowych. Nie zastanawiają się nad kosztem kredytów hipotecznych czy kawalerek do wynajęcia, dzięki czemu mogą całkowicie poświęcać się poszukiwaniom tego jednego jedynego. Na końcu filmiku reklamującego „Singielkę” główna bohaterka oznajmia: „Szukam miłości”.

Gdyby wierzyć serialowi "Singielka", 30-latka marzy o mężczyźnie, bo mieszkanie - jakimś cudem - ma (fot. mat. promocyjne TVN).

Gdyby wierzyć serialowi “Singielka”, 30-latka marzy o mężczyźnie, bo mieszkanie – jakimś cudem – ma (fot. mat. promocyjne TVN).

„Prędzej ona znajdzie miłość niż ja tanie mieszkanie do wynajęcia” – myślę sobie i wracam do przeglądania ofert kawalerek na portalach ogłoszeniowych. Właściwie nie wiem, po co to robię, bo efekt moich poszukiwań jest łatwy do przewidzenia. Nie znajduję ani jednej oferty w limicie, który sobie wyznaczyłam, a który wynosi 1000 zł z mediami. Jeśli trafia się jakieś ogłoszenie z ceną rzędu  600-700 zł, to zawsze okazuje się, że podana cena oznacza koszt na osobę przy założeniu, że w mieszkaniu zamieszka para. Co pozostaje kobiecie, której parą jest co najwyżej zwierzę domowe, a w moim przypadku nieco przywiędły kwiatek doniczkowy? Albo wynajmować pokój jednoosobowy w mieszkaniu ze znajomymi, albo słono płacić za luksus życia w pojedynkę – w przypadku Wrocławia średnio 1300 zł miesięcznie (dane za portalem bankier.pl). Wynajem kawalerki kosztuje co miesiąc tyle, ile trzeba zapłacić za półroczny kurs językowy. Mniej więcej tyle wynosi też pensja minimalna.

Teoretycznie mam jeszcze jedną opcję: mogę wziąć kredyt hipoteczny i kawalerkę sobie kupić. Ponieważ jednak nie wiem, czy chcę zostać w jednym mieście na więcej niż kilka lat, wolę trzymać się najmu. Nie korzystam więc ze zdolności kredytowej i – zamiast brać pożyczkę na pół życia – wynajmuję jednoosobowy pokój w mieszkaniu dzielonym z dwójką znajomych. Niechęć do kredytów poczytuję sobie za oznakę rozsądku, ale nie zapominam, że nie dla wszystkich sposób, w jaki mieszkam, jest godny pochwały. Czasem słyszę, że powinnam „się ustatkować” i przestać żyć „po studencku”, skoro mam 28 lat i studentką już nie jestem. Staram się nie przejmować tymi komentarzami, ale zdaję sobie sprawę, że w oczach niejednego znajomego wyglądam na osobę niepoważną. Jakby nie patrzeć, w moim życiu brakuje klasycznych oznak dorosłości w polskim wydaniu: nie mam ani męża, ani dzieci, ani nawet własnego mieszkania.

Kupić mieszkanie? Ale w jakim mieście? (fot. Pexels.com CC0)

Kupić mieszkanie? Ale w jakim mieście? (fot. Pexels.com CC0)

Wydaje mi się, że mało jaka krytyka jest mnie w stanie zaskoczyć, aż wpada mi w ręce „13 pięter”, najnowsza książka Filipa Springera. Czytam w niej o Polakach i Polkach, którzy borykają się z problemami mieszkaniowymi, a jedna z bohaterek przypomina pod pewnymi względami singielkę z polskich seriali. To Kamila – młoda kobieta, która pracuje w agencji reklamowej i wikła się w związki z nieodpowiednimi mężczyznami. Brzmi znajomo? Niby tak, ale ponieważ historia Kamili jest prawdziwa, w jej perypetiach miłosnych pojawia się wątek, którego na próżno szukać w serialach. Jak łatwo się domyślić, jest to wątek wspólnego mieszkania na kredyt. Kamila wiąże się z mężczyzną, który namawia ją, by razem wzięli kredyt hipoteczny. Bohaterka „13 pięter” najpierw cieszy się, ale szybko zdaje sobie sprawę, że nie ma zdolności kredytowej. Pewnego dnia słyszy od partnera: „Ten związek nie ma przyszłości. Dziękuję ci”. Według Kamili przyczyna rozstania tkwi w kwestii mieszkania: „Długo wtedy rozmawialiśmy. Wyznał mi, że potrzebuje osoby, z którą stworzy trwałą relację. A to oznacza też kredyt. Okazałam się na taki model za mało wypłacalna”. Kolejny związek również się rozpada – tym razem Kamila trafia na mężczyznę, który właśnie kupił mieszkanie i wziął na nie pół miliona kredytu. W rozmowie ze Springerem wspomina tego partnera następująco:

A jak nam się ułoży, to cię do tego mieszkania dopiszę i będziemy sobie spłacać razem” – rzucił.

– Powiedziałam mu, że ja o kredycie jakoś nie marzę.

– I co zrobił?

– Podziękował mi.

Kamila znów zostaje sama, a ponieważ traci pracę, musi przenieść się do małej piwnicy, którą udaje się jej wynająć jako lokal użytkowy, oficjalnie bez możliwości noclegu. Kobieta decyduje się tam zamieszkać, ponieważ na nic innego jej nie stać.

A teraz najważniejsze pytanie. Chcesz wziąć kredyt na 40 lat? (fot. Pexels.com CC0)

A teraz najważniejsze pytanie. Chcesz wziąć kredyt na 40 lat? (fot. Pexels.com CC0)

Historia bohaterki „13 pięter” nie nastraja mnie optymistycznie. Skoro – podobnie jak Kamila – nie marzę o kredycie, muszę liczyć się z krytyką nie tylko osób postronnych, ale też i potencjalnych partnerów. Zaczynam się zastanawiać, czy, obok zainteresowania małżeństwem i dziećmi, profile w serwisach randkowych nie powinny zacząć uwzględniać informacji o stosunku do kredytów hipotecznych…

Co ciekawe, książka Springera wydaje się jedyną publikacją, która dość szeroko porusza problemy mieszkaniowe polskich singielek. Oprócz historii Kamili można w niej jeszcze przeczytać opowieść Pauliny. Kobieta jest już po trzydziestce i marzy o kawalerce, ale za mało zarabia, by stać ją było na kredyt hipoteczny. W rezultacie ciągle mieszka z mamą, co nie jest niczym nietypowym, bo – jak pisze Springer – czterdzieści trzy procent Polaków między dwudziestym piątym a trzydziestym czwartym rokiem życia mieszka dziś z rodzicami. Choć problem dotyka całego pokolenia, to intryguje mnie, jak bardzo rozpowszechniony jest wśród polskich singielek. Dane na ten temat niestety nie istnieją, przez co trudno powiedzieć, czy rację mają ci, którzy twierdzą, że Polki wyprowadzają się od rodziców dopiero wtedy, gdy znajdują stałego partnera i decydują się założyć własne rodziny. Jest to dość popularny pogląd na temat życia młodych kobiet w naszym kraju – kiedy przeglądam internet, odnoszę wrażenie, że panaceum na problemy mieszkaniowe każdej Polki jest jedno: to związek z mężczyzną. Bez niego wyprowadzka „na swoje” jest nie tylko niemożliwa ze względów finansowych, lecz również zupełnie bezsensowna.

Taki schemat myślenia można dostrzec chociażby w tekście Krzysztofa Majaka, który ukazał się w lutym na portalu natemat.pl i opisuje sytuację 30-latków mieszkających z rodzicami. Dziennikarz komentuje historię jednej ze swoich bohaterek następująco:

Ewa nie ma zamiaru mieszkać z rodzicami do końca życia. Jest singielką i gdy tylko spotka mężczyznę swojego życia, zapewne opuści dom i założy swoją rodzinę. Do tej pory nie ma zamiaru wydawać wszystkich oszczędności na wynajem mieszkania, w którym nie będzie miała do kogo się odezwać.

Co ma robić kobieta, która nie spotkała „mężczyzny swojego życia”, a chce mieszkać sama? Mam wrażenie, że tego rodzaju pytanie jest ignorowane zarówno w tekście z natemat.pl, jak i w polskiej prasie kobiecej. Być może dziennikarze zgodnie zakładają, że żadna kobieta nie pali się do opuszczania rodzinnego domu, jeśli oznaczałoby to, że trafi do „mieszkania, w którym nie będzie miała do kogo się odezwać”. W kolorowych magazynach tematykę mieszkaniową załatwiają więc rubryki poświęcone urządzaniu wnętrz. Ze świecą szukać natomiast artykułów o problemach Polek, które nie bardzo mają co urządzać, ponieważ nie dysponują samodzielnymi mieszkaniami. W 2013 roku pisze o nich na łamach „Wysokich Obcasów” Paulina Reiter, ale generalnie singielkom bez mieszkań nie poświęca się w prasie kobiecej większej uwagi. Radę dla kobiet takich jak ja znajduję więc nie w tekście dziennikarskim, lecz na popularnym blogu, którego autorka proponuje „Listę rzeczy, które powinna zrobić singielka”. Nadine Lu pisze, co następuje:

Znajdź sobie nowe marzenia – te o zaręczynach i wspólnym mieszkaniu w centrum Krakowa są już nieaktualne. W pojedynkę na sto procent nie znajdziesz kawalerki w dobrej cenie, a poza tym to byłoby na tyle smutne, że nawet nie warto próbować (musiałabyś dokupić kota, bo kawalerka to trochę za dużo dla jednej studentki). Lepiej zamieszkaj z przyjaciółkami i korzystaj z życia studenckiego na maksa.

Czy marzenie o taniej kawalerce do wynajęcia jest naprawdę tak nierealne, że polskiej singielce nie pozostaje nic, jak tylko je porzucić? Czy bez mężczyzny u boku nie ma co myśleć o samodzielnym mieszkaniu?

Wolność, równość, siostrzeństwo? Dziwne losy Domu Bab-Jag w podparyskim Montreuil

W 2009 roku trafia mi w ręce artykuł „Jesień feministki”, portret Therese Clerc, jednej z liderek francuskiego ruchu feministycznego. Therese jest w nim przedstawiona jako energiczna osiemdziesięciolatka i liderka lokalnej społeczności. Widać, że autorka tekstu jest zachwycona swoją bohaterką, opisuje ją bowiem jako „królową”:

Tego wieczoru, jak zwykle, królowała w swoim Domu Kobiet w Montreuil. Wokół niej wirował mały tłum młodych Arabek, Mulatek i Azjatek. Niektóre z dziećmi, inne przyszły same. Ona w bluzce z dekoltem, siwe włosy spięte w kok, bystre spojrzenie. Egzotyczna kolia na nagiej szyi. Nic z kruchości babci czy z dystynkcji starszej damy. Pełna życia i ciepła. Nic nie umyka jej uwadze, każdego wita od progu. – Jak się masz, sarenko? – woła do Marokanki. – Mówiłam ci, nie zadawaj się z nim, ale mnie nie posłuchałaś – mówi przez telefon. Garną się do niej młode. – Kiedy jej nie ma – mówią – jest tu nudno.

Therese Clerc (zdj. z wysokieobcasy.pl).

Z artykułu dowiaduję się, że Dom Kobiet to feministyczne centrum kultury i pomocy prawnej, które powstaje z inicjatywy Therese w roku 1999. W miarę jak centrum staje się stałym elementem krajobrazu podparyskiego Montreuil, inicjatorka projektu dochodzi do wniosku, że czas na nowe wyzwanie. Postanawia stworzyć  dom mieszkalny dla starszych kobiet. Nie nazywa go cohousingiem, ale nietrudno zauważyć podobieństwa między jej pomysłem a zasadami, na których opierają się cohousingi senioralne:

Zakłada dom starości, jakiego jeszcze nie było. Wszystko, tylko nie spokojnej. – Nasz dom będzie samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny – mówi. Chce w nim zamieszkać już w 2009 r. Taka komuna dziarskich staruszek. Wiek od 70 do 90 lat. 

Projekt Therese wydaje mi się na tyle ciekawy, że zaczynam śledzić dalsze jego losy. Co pewien czas wpisuję w wyszukiwarce nazwę planowanego domu: „La Maison des Babayagas”, czyli „Dom Bab-Jag”. Najważniejsza wiadomość pojawia się w roku 2012 – wtedy kończy się budowa domu i wprowadzają się do niego pierwsze mieszkanki. Wygląda na to, że projekt jest sukcesem, ponieważ kobiety należące do Stowarzyszenia Bab-Jag nie osiadają na laurach, a koniec budowy nie oznacza kresu ich aktywności. Zgodnie z zapowiedziami Therese dom staje się centrum licznych działań na rzecz lokalnej społeczności. W pokoju wspólnym mieszkanki zaczynają organizować otwarte warsztaty i wykłady. Czytam o tych wszystkich inicjatywach na stronie internetowej Domu Bab-Jag i obiecuję sobie, że kiedyś go odwiedzę.

Na jakiś czas przestaję się interesować Baba-Jagami i przypominam sobie o nich dopiero dwa miesiące temu, tuż przed wyjazdem do Paryża. Próbuję znaleźć na ich stronie informacje o możliwości odwiedzin, bo mam wrażenie, że kiedyś o takiej możliwości czytałam. Z zaskoczeniem jednak stwierdzam, że strona Stowarzyszenia Bab-Jag już nie istnieje. Szukam więc alternatywnych sposobów na skontaktowanie się z mieszkankami. Piszę bezpośrednio do Therese Clerc, potem wysyłam maila na adres Domu Kobiet w Montreuil. Nikt mi nie odpowiada.

Tracę nadzieję na odwiedziny w Domu Bab-Jag, ale postanawiam pojechać mimo wszystko do Montreuil. Zakładam, że nawet jeśli nie dotrę do nikogo związanego z Baba-Jagami, to chociaż zajrzę do Domu Kobiet, aby porównać działanie tego centrum z aktywnością wrocławskiego Centrum Praw Kobiet, w którym jestem wolontariuszką.

Kiedy po niemal godzinnej podróży metrem docieram do Montreuil, zaskakuje mnie małomiasteczkowy klimat dzielnicy. Przechodzę przez kilka spokojnych ulic i błyskawicznie docieram do centrum, gdzie ma znajdować się Dom Kobiet. „Pewnie jest gdzieś na piętrze, oznaczony małą tabliczką, żeby za bardzo nie rzucał się w oczy” – myślę sobie, bo przecież tak wyglądają siedziby organizacji feministycznych w Polsce. Nie chcę przeoczyć celu mojej podróży, szukam go więc, kierując się wskazówkami z Google Maps. Jak się okazuje, jest to niepotrzebna przezorność, bo Domu Kobiet nie można nie zauważyć. Nie kryje się on na piętrze ani w bramie, ale stoi na parterze, a jego fasada nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z centrum praw kobiet.

Dom Kobiet w Montreuil.

Dom Kobiet

Wchodzę do środka i zaczynam się rozglądać. Zauważam sporą biblioteczkę z literaturą feministyczną oraz liczne ulotki informujące o wykładach poświęconych „feminizmowi”, „feministycznych” śpiewach i innych wydarzeniach z „feminizmem” w nazwie. Szybko dochodzę do wniosku, że słowo „feminizm” najwyraźniej nie jest tu tak podejrzane jak w Polsce, gdzie unikają go nawet niektóre organizacje feministyczne (zamiast o feminizmie mówią więc o równouprawnieniu czy prawach kobiet). Kiedy więc podchodzi do mnie pracowniczka Domu Kobiet, od razu mówię jej, że interesuję się tym miejscem, ponieważ bliskie są mi idee feministyczne. Rozpoczęcie rozmowy od „Cześć. Jestem feministką” zapewnia mi ciepłe przyjęcie. Pracowniczka Domu Kobiet chętnie przechodzi ze mną na angielski i udziela szczegółowych informacji o działaniach centrum. Okazuje się, że jest Dom Kobiet to organizacja, która z jednej strony świadczy pomoc ofiarom przemocy domowej, a z drugiej, promuje feminizm, np. poprzez dyskusje poświęcone najważniejszym książkom i postaciom ruchu feministycznego.

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa

W Domu Kobiet nikt nie boi się słowa “feminizm”.

Gdy mówię, że przyjechałam do Montreuil przede wszystkim po to, by dowiedzieć się więcej o projekcie domu mieszkalnego dla starszych kobiet, pracowniczka Domu Kobiet zaczyna wydzwaniać po osobach, które mogłyby mi o nim opowiedzieć . Telefon odbiera jedna z mieszkanek Domu Bab-Jag. Kiedy słyszy, że przyjechałam z Polski i chcę zadać parę pytań, zaprasza mnie do siebie. Jestem w lekkim szoku – nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam się z tak wielką gotowością do pomocy, zwłaszcza że nie mówię zbyt dobrze po francusku i proszę o informacje w języku angielskim.

Efekt mojej wyprawy do Montreuil jest więc o wiele lepszy niż zakładałam. Udaje mi się zobaczyć Dom Bab-Jag nie tylko z zewnątrz, ale i od środka. Jak na budynek komunalny jego standard jest bardzo wysoki. To nowoczesny apartamentowiec, w którym znajdują się 24 mieszkania (o powierzchni 40 m kw. każde), a także spore pomieszczenie wspólne ulokowane na parterze. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa akurat remont pomieszczenia wspólnego. Dlaczego trzeba je remontować, skoro budynek lśni nowością? Odpowiedź jest zaskakująca, ale o tym za chwilę.

IMG_0938

Dom Bab-Jag

IMG_0939

Dom Bab-Jag

Najpierw kilka słów o mieszkance, dzięki której mogę uzyskać wgląd w historię i obecną sytuację Domu Bab-Jag. Moją rozmówczynią jest Odette, feministka zaangażowana w działania na rzecz praw lesbijek. Opowiada, że z projektem budynku mieszkalnego dla starszych kobiet jest związana od roku 2012. Dołącza wtedy do grupy 21 przyszłych mieszkanek  domu, którego budowa dobiega właśnie końca. Cieszy się na myśl o zamieszkaniu w taniej kawalerce – ma ją wynajmować w preferencyjnej cenie od spółki, która zarządza budynkiem  w imieniu miasta. Zanim dom zostaje oddany do użytku, dochodzi jednak do ostrego konfliktu między liderką inicjatywy, wspomnianą wyżej Therese Clerc, a resztą mieszkanek. Konfliktu nie udaje się zażegnać i w efekcie niemal wszystkie kobiety, które mają zamieszkać w Domu Bab-Jag , postanawiają wycofać się z projektu. Z pierwszego składu Bab-Jag pozostają tylko dwie osoby: Odette oraz Therese.

IMG_0932

Odette, czyli moje źródło informacji o Domu Bab-Jag.

Co sprawia, że tyle kobiet rezygnuje z zamieszkania w domu, o którego budowę starały się dobre parę lat? Jak wyjaśnia Odette, podstawowe źródło problemów tkwi w despotyzmie Therese Clerc. Choć Therese kreśli wizję domu samorządnego, to w rzeczywistości oczekuje, że wszyscy będą się jej podporządkowywać. Nie znosi głosów sprzeciwu i nie chce uczyć się współpracy w ramach grupy o demokratycznej strukturze. Nie słucha mediatorów, którzy pojawiają się na zebraniach kobiet z pierwszej ekipy. Mediatorzy mają uczyć przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag, jak komunikować się bez przemocy. Therese szybko  traci jednak do nich cierpliwość. Stwierdza, że ich porady są niewiele warte i przestaje ich zapraszać.

Zamiast słuchać mediatorów, Therese woli forsować swoją wizję inicjatyw, które powinny być podejmowane przez Baby-Jagi. Wychodzi na przykład z pomysłem, by zorganizować w domu darmową łaźnię dla kobiet z okolicy. Uważa, że taka łaźnia to świetny sposób na integrację imigrantek, ale nie bierze pod uwagę kosztów wody i energii, które wiążą się z jego realizacją. Nie zauważa też, że prowadzenie łaźni wymaga sporego nakładu pracy i że przyszłe mieszkanki Domu Bab-Jag mogą nie podołać tak ambitnemu projektowi, skoro do najmłodszych już nie należą. Kiedy kobiety z pierwszej ekipy próbują przekonać samozwańczą liderkę, że łaźnia nie jest pomysłem na ich siły, Therese wpada w furię. Zarzuca im, że są „głupimi rasistkami”, a one tracą cierpliwość i – koniec końców – decydują, że nie chcą już dłużej należeć do Stowarzyszenia Bab-Jag. Łaźnia ostatecznie nigdy nie powstaje.

Kiedy z projektu wycofują się wszystkie kobiety poza Therese i Odette, trzeba szybko znaleźć kogoś na ich miejsce. Dom jest przecież prawie gotowy, a władze miejskie nie zamierzają płacić za utrzymywanie pustego budynku. Obowiązki związane z selekcją nowych mieszkanek spadają na Odette. Moja rozmówczyni twierdzi, że Therese nie chce zajmować się rekrutacją, ponieważ „woli koncentrować się na ideach, a nie na sprawach praktycznych”. Kiedy więc Odette zbiera drugą ekipę mieszkanek, Therese promuje Dom Bab-Jag w mediach. Udziela licznych wywiadów, w których przedstawia swój projekt jako pełen sukces. Nie wspomina jednak dziennikarzom o konflikcie z pierwszą ekipą, gdyż  – i tu znów słowa Odette – „nie potrafi przyznać się do porażki i uważa, że wszystko, co robi jest słuszne”.

Ostatecznie udaje się sformować drugą ekipę złożoną z 21 kobiet w wieku od 60 do 89 lat. Pod koniec 2012 roku nowe Baba-Jagi wprowadzają się do ukończonego już budynku. Każda zajmuje po jednej kawalerce, a pozostałe trzy mieszkania zostają wynajęte osobom młodym. W ten sposób zostają spełnione wymogi stawiane przez głównego sponsora projektu, czyli władze miejskie. Urzędnicy nie zgadzają się, by wszystkie mieszkania były zajmowane przez starsze kobiety, ponieważ obawiają się oskarżeń o dyskryminowanie ludzi w młodszym wieku. Oprócz tego istnieje ryzyko pojawienia się innych zarzutów, na przykład o to, że miejskie pieniądze wydawane są na pomoc osobom zamożnym. Urzędnicy decydują więc, że tanie mieszkania w nowo powstałym budynku przysługują wyłącznie tym Baba-Jagom, które nie są właścicielkami nieruchomości. Informują, że jeśli któraś kobieta ma mieszkanie, to musi je sprzedać, żeby móc wynająć od miasta kawalerkę.

Gdy Therese dowiaduje się o warunkach stawianych przez urzędników, reaguje oburzeniem. Stwierdza, że nikt nie będzie jej dyktował, co może, a czego nie może posiadać. Nie sprzedaje swojego mieszkania, a tym samym nie zyskuje prawa do zamieszkania w Domu Bab-Jag. Chociaż nie staje się jego mieszkanką, nie ma zamiaru tracić kontroli nad jego dalszymi losami. Cały czas pozostaje nieformalną liderką Stowarzyszenia Bab-Jag, do którego należą wszystkie starsze kobiety, które zamieszkały w domu. Jak twierdzi Odette, pozycja outsiderki jest dla Therese wygodna. Może jątrzyć spory, a potem stwierdzać, że rozwiązanie konfliktu to nie jej problem i że wraca do swojego mieszkania. „Człowiek ma większą motywację, żeby dążyć do zażegnania sporu, jeśli mieszka w miejscu, którego spór dotyczy” – zauważa Odette i opowiada, że wymiana ekipy nie przynosi końca konfliktów między Therese a resztą Bab-Jag. Wśród nowych mieszkanek szybko zaczynają pojawiać się głosy sprzeciwu wobec despotycznych zapędów liderki Stowarzyszenia. Nie mija wiele czasu, a dochodzi do kolejnego rozłamu. Szesnaście kobiet decyduje się wystąpić ze Stowarzyszenia Bab-Jag po to, by założyć własne stowarzyszenie – takie, w którym nie ma liderki, a decyzje są podejmowane w sposób demokratyczny. Wśród tych kobiet jest i Odette. W Stowarzyszeniu Bab-Jag pozostaje tymczasem zaledwie pięć osób: Therese oraz cztery kobiety, które ciągle trzymają jej stronę.

Pomieszczenie wspólne w Domu Bab-Jag - kiedyś odbywały się w nim otwarte dyskusje i warsztaty, a obecnie trwa w nim remont.

Zamknięte drzwi do pomieszczenia wspólnego w Domu Bab-Jag. Kiedyś odbywały się tam otwarte dyskusje i warsztaty, ale obecnie trwa remont.

Konflikt między Therese a mieszkankami, które zdecydowały się opuścić Stowarzyszenie Bab-Jag, jest brzemienny w skutki. Okazuje się, że jedno pomieszczenie wspólne jest niewystarczające dla dwóch zwaśnionych grup. Ponieważ pomieszczenie pozostaje pod kontrolą Stowarzyszenia Bab-Jag, a Therese nie chce go udostępniać, pojawia się potrzeba, by podzielić je na dwie części: po jednej dla każdego stowarzyszenia. Kiedy odwiedzam Dom Bab-Jag, trwa właśnie remont, który ma doprowadzić do powstania dwóch odrębnych pomieszczeń. Oczywiście zastanawia mnie, dlaczego władze miejskie tolerują Therese i nie próbują się jej pozbyć, aby zaprowadzić  wreszcie zgodę wśród mieszkanek. Odette tłumaczy mi, że Therese ma bardzo mocną pozycję, bo jest znana i wpływowa. Tezę tę potwierdzają artykuły prasowe, z którymi zapoznaję się po powrocie do Polski. W artykule z „Liberation” czytam o konfliktach z udziałem Therese – ich charakterystyka zgadza się z tym, co usłyszałam od Odette. Opisowi burzliwych losów Domu Bab-Jag towarzyszą komentarze Jeana-Michela Blery, urzędnika miejskiego odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową Montreuil. Mówi on o Therese, co następuje: „Therese Clerc to prawdziwy guru! Choć jej utopijna idea jest dobra, to należy do osób, którym trudno jest przejść od idei do praktycznego projektu”. Urzędnik zauważa wady Therese, a mimo to jest przekonany, że Dom Bab-Jag nie może bez niej funkcjonować, ponieważ: „projekt tego domu narodził się w jej głowie i nigdy nie zostałby zrealizowany, gdyby nie jej determinacja i popularność w mediach”.

Ponieważ pomieszczenie wspólne jest w remoncie, a do wspólnego ogrodu dotrzeć można tylko przez to pomieszczenie, żadna z grup nie dysponuje obecnie przestrzenią do spotkań. Dom, który miał być „samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny”, nie różni się więc chwilowo od zwykłych budynków wielorodzinnych, w których mieszkańcy zamieniają czasem kilka słów, ale nie podejmują razem żadnych istotnych działań. Pozostaje mieć nadzieję, że sytuacja zmieni się wraz z końcem remontu i że pojawią się wtedy jakieś formy życia w grupie. Odette zapowiada, że członkinie jej stowarzyszenia planują wspólnie organizować wydarzenia dla lokalnej społeczności. Być może dzięki takim inicjatywom uda im się dotrzeć do okolicznych imigrantek w sposób, który jest trochę mniej energochłonny niż prowadzenie łaźni.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Jak widać, od czasu rozpoczęcia remontu pomieszczenia wspólnego mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Lista wspólnych inicjatyw w Domu Bab-Jag. Od czasu, gdy zaczął się remont pomieszczenia wspólnego, mieszkanki praktycznie się nie spotykają.

Czy Dom Bab-Jag stanie się kiedyś cohousingiem senioralnym, którym był przez długi czas w moich wyobrażeniach? Trochę w to wątpię, bo przecież istotą cohousingu jest przyjazne sąsiedztwo, a trudno mówić o takim sąsiedztwie w sytuacji, kiedy jeden budynek dzielą przedstawicielki dwóch zwaśnionych stowarzyszeń. Chciałabym być optymistką i wierzyć, że między stowarzyszeniami dojdzie kiedyś do porozumienia, ale wiem, że o zgodzie nie może być mowy tak długo, jak Therese odrzuca możliwość kompromisu. Na razie niestety nic nie wskazuje na to, żeby Therese miała brać kompromis pod uwagę. Od lat jest despotką i chyba despotką pozostanie. Ma już ponad 80 lat, więc trudno oczekiwać, że jej osobowość ulegnie radykalnej przemianie. Szkoda tylko, że jej autokratyczne zapędy mają tak destrukcyjny wpływ na projekt, który zainicjowała i który mógłby być wzorem dla podobnych inicjatyw podejmowanych nie tylko we Francji, ale też i w innych częściach świata.

Kiedy zastanawiam się, co konkretnie doprowadziło do konfliktów między Therese a pozostałymi kobietami zaangażowanymi w Dom Bab-Jag, przychodzą mi do głowy słowa „Wolność, równość, siostrzeństwo”. Odnoszę wrażenie, że Therese w specyficzny sposób interpretuje każde tych słów. Po pierwsze – wydaje się obsesyjnie przywiązana do swojej wolności, przez co nie bierze odpowiedzialności za Dom Bab-Jag . Jej brak odpowiedzialności wyraża się w tym, że wydaje decyzje, które mają wpływ na losy Domu, ale nie ponosi ich konsekwencji. Dzięki temu, że mieszka poza Domem, ma swobodę, by opuszczać go za każdym razem, kiedy dochodzi do konfliktu. Po drugie – choć twierdzi, że chce mieszkać w domu samorządnym i obywatelskim, to nie uważa innych kobiet za osoby sobie równe. Zamiast szanować ich opinie i rozmawiać z nimi w celu wypracowania konsensusu, woli narzucać im swoje wizje. Po trzecie – wiele wskazuje na to, że nie chce tworzyć wspólnoty, w której jest miejsce na różnorodność. Wystarcza jej mała grupka wiernych zwolenniczek i szybko pozbywa się z otoczenia każdego, kto reprezentuje odmienne poglądy. Jej siostrami są więc wyłącznie takie kobiety, które nie ośmielają się podważać jej autorytetu.

„Wolność, równość, siostrzeństwo” (lub odpowiednio „braterstwo”) – to słowa, których znaczenie warto przemyśleć za każdym razem, gdy chce się budować wspólnotę. Przykład Domu Bab-Jag pokazuje bowiem, że od rozumienia tych słów może zależeć sukces projektu, który zakłada wspólne zamieszkiwanie. Oczywiście przy pytaniach o znaczenie poszczególnych słów trudno nie zastanowić się, co w ogóle znaczy „znaczyć”. Są na przykład tacy, którzy twierdzą, że znaczenie zależy od rozumienia, a rozumienie z kolei zależy od interakcji z otoczeniem fizycznym i innymi ludźmi. To jednak już temat na zupełnie inny tekst…

Dlaczego wybieram najem zamiast kredytu hipotecznego? (na marginesie książki „Wynajęcie” Natalii Fiedorczuk)

Ostatnio coraz częściej w rozmowach z moimi rówieśnikami (czyli osobami w wieku około 27 lat) pojawia się temat kredytów hipotecznych. Bez kredytów nieruchomości kupują naprawdę nieliczni i w 100% przypadków są to zakupy finansowane nie z własnej kieszeni, lecz z kieszeni bardzo majętnych i hojnych rodziców. Przytłaczająca większość moich znajomych takich rodziców nie ma, więc nadzieje o własnym lokum pozostaje im wiązać z uzyskaniem kredytu hipotecznego. W czasach kryzysu i umów śmieciowych mało kto oceniany jest przez banki jako godny kredytu, przez co moi znajomi rozmawiają nie o zdolności kredytowej, ale o jej braku. Brak ten odczuwany jest przez nich jako dotkliwy, bo uniemożliwia realizację marzenia o własnym domku i „byciu na swoim”. Co pozostaje? Albo mieszkanie z rodzicami, albo najem. Oba te rozwiązania postrzegane są przez moich znajomych jako tymczasowe i wysoce niesatysfakcjonujące. Dla mnie jednak najem jest rozwiązaniem optymalnym przynajmniej na najbliższe kilka lat, podczas gdy od kredytu hipotecznego chcę się do końca życia trzymać z daleka. Dlaczego?

Po pierwsze zależy mi na wolności i mobilności. Bardzo odpowiada mi to, że nie mam zbyt wysokich regularnych wydatków i nie muszę planować kolejnych kilkunastu lat życia pod kątem regularnego spłacania rat kredytu. Jeśli więc pewnego dnia stwierdzę, że chcę zawiesić działalność gospodarczą i wyjechać w dłuższą podróż, to zobowiązania wobec banku nie będą stały mi na przeszkodzie. Kredyt nie będzie mnie uziemiał, dzięki czemu łatwiej będzie mi podejmować decyzje ryzykowne finansowo (jak tę o zawieszeniu działalności). Oczywiście łatwiej będzie mi się też przeprowadzać, bo nie będę musiała martwić się, jak upłynnić nieruchomość obciążoną kredytem (co pewnie nie należy do najłatwiejszych).

Czy przedkładanie wolności i mobilności nad bycie na swoim to oznaka niedojrzałości? Dla mnie nie, bo bardziej niedojrzałym wydaje mi się lekkomyślne branie kredytu bez dokładnej analizy własnej sytuacji finansowej czy bliższego przyjrzenia się sytuacji na rynku nieruchomości. Chyba jednak większość polskiego społeczeństwa inaczej zapatruje się na kwestię związku między dojrzałością a dążeniem do posiadania nieruchomości (nawet za cenę kredytu). Badania polskich socjologów jasno pokazują, że w umysłach Polaków wejście w dorosłość jest ściśle powiązane z przejściem „na swoje”. Powszechnie uważa się w naszym kraju, że człowiek staje się dojrzały, kiedy uzyskuje status właściciela nieruchomości. Tak jasno wynika z badań omówionych w jedynej chyba polskiej książce poświęconej najmowi mieszkań jako zjawisku socjologicznemu: tomowi „Wynajęcie” Natalii Fiedorczuk.

images

Warto sięgnąć do dwóch ostatnich esejów zamieszczonych w „Wynajęciu”, gdzie autorzy (poznańscy socjologowie) przytaczają fragmenty wypowiedzi Polaków na temat najmu. Z wypowiedzi tych wypływa następujący wniosek (M. Skowrońska, „Wynajmowane i własne”, w: N. Fiedorczuk, Wynajęcie, s. 134-135):

kupno mieszkania na własność traktowane jest jako naturalne przejście do dorosłości i wstąpienie do grona normalnego społeczeństwa (…). Tym, co przystoi młodzieży, w przeciwieństwie do osób, które założyły już własną rodzinę, jest tymczasowość (prowizorka, na przykład rzeczy w kartonach), ciasnota (przez pewien czas można ją znieść), meble z przypadku i niestandardowy układ mebli (brak sofy, kanapy, zamykanych szaf i szafek). (…) Te właśnie cechy wiążą się z wynajmem. Założenie rodziny, stanowiące akces do dorosłości, jest kluczowym momentem biograficznym, sytuacją nieodwołalnego przekroczenia granicy („te lata już minęły”) – za tą granicą obowiązują zupełnie inne zasady. Dofinansowany przez rząd program kredytowy „Rodzina na swoim” znakomicie ilustruje tę tendencję. Jak rodzina – to na swoim; lepsze ciasne, ale własne, na kredyt, ale nie ładujesz pieniędzy w kieszeń właściciela i wiesz, że to twoje.

Lektura „Wynajęcia” dość skutecznie zniechęca do wynajmowania mieszkań. Ponieważ autorzy esejów są socjologami i relacjonują opinie dominujące w społeczeństwie, w ich tekstach znaleźć można przede wszystkim krytykę najmu jako rozwiązania podrzędnego w stosunku do posiadania na własność. Z książki wyłania się więc obraz najemcy jako niedojrzałego, ubogiego nieudacznika, zmuszonego zamieszkiwać przestrzeń, o której nie może samodzielnie decydować. W oczach społeczeństwa najemca to człowiek z definicji nieszczęśliwy, ponieważ w wynajmowanym mieszkaniu nie może poczuć się „u siebie”. Zadomowienie uniemożliwia mu ogrom przedmiotów pozostawionych na miejscu przez właściciela mieszkania. Przedmioty te są często stare i byle jakie, a najemca nie może nic z nimi zrobić, bo właściciel nie zgadza się, żeby je wyrzucić czy chociażby przesunąć. Taki obraz najmu budują z jednej strony eseje zamieszczone w „Wynajęciu”, a z drugiej towarzyszące tekstom zdjęcia, które zostały dobrane w sposób bardzo tendencyjny. Ponieważ pomysłodawczyni tomu, Natalia Fiedorczuk, ściągnęła z internetu fotografie wyłącznie najbrzydszych mieszkań na wynajem, oglądający je czytelnik nie może oprzeć się wrażeniu, że mieszkania na wynajem to praktycznie zawsze przestrzenie brzydkie i przytłaczające. Czy tak jednak jest rzeczywiście? Czy najem to naprawdę nieopłacalne rozwiązanie wybierane wyłącznie przez ludzi niedojrzałych i niezaradnych życiowo?

Tak według książki Natalii  Fiedorczuk wygląda typowe mieszkanie na wynajem.

Tak według książki Natalii Fiedorczuk wygląda typowe mieszkanie na wynajem.

By odpowiedzieć w miarę wiarygodnie na to pytanie, trzeba przyjrzeć się rynkowi nieruchomości oraz znaleźć dane liczbowe, które potwierdzałyby, że najem istotnie opłaca się mniej niż zakup mieszkania. Bez takich danych przedkładanie zakupu nad najem nie jest wcale oczywiste i wydaje się być motywowane bardziej mitem „bycia na swoim” niż staranną analizą opłacalności zakupu i najmu. Jak się okazuje, wielu osobom decydującym się na zaciągnięcie kredytu mieszkaniowego taka staranna analiza nie jest potrzebna. Przyjmują za pewnik, że zakup opłaca się bardziej. Socjolog, Mikołaj Lewicki, tak relacjonuje badania przeprowadzone na Polakach z kredytem hipotecznym (cytat za “Zielonymi wiadomościami”):

W naszych rozmowach pytaliśmy o relacje między wynajmowaniem a kupnem mieszkania i bardzo rzadko zdarzało się, że ludzie mają to ułożone od strony kalkulacyjnej, że np. wiedzą, że rata kredytowa jest mniejsza niż wynajmowanie mieszkania. Kiedy dopytywaliśmy o obecne koszty najmu, operowali cenami sprzed paru lat. Ludzie z hipoteką nie traktują mieszkania jako towaru. Ważne jest moralne zaangażowanie we własność. Zawsze padało to zdanie, że lepiej jest mieć swoje, niż płacić komuś. Nie pojawiał się taki punkt widzenia, że ktoś chce być mobilny, i nie chce brać na siebie zobowiązania, które będzie go uziemiać. Bo kredyt oczywiście uziemia…

Jak więc wygląda najem mieszkania od strony kalkulacyjnej? Czy rzeczywiście nierozsądnie jest „płacić komuś” zamiast „być na swoim”? Bardzo ciekawe wyliczenia znalazłam na blogu W domach z betonu, którego autor odpowiada m.in. na pytanie „Czy wynajmując mieszkanie napychamy kieszeń właścicielowi?” Z jego starannych i przekonujących analiz wynika, że w obecnej sytuacji na rynku nieruchomości zakup mieszkania jest nieopłacalny ze względu na perspektywę wzrostu wysokości stóp procentowych (a tym samym kosztowności kredytu) przy jednoczesnej perspektywie spadku wartości zakupionej nieruchomości. Tym samym potwierdza się moje przeczucie, że zaciąganie kredytu na 200 tysięcy po to, by kupić od dewelopera kawalerkę za 7 tysięcy za metr jest niczym więcej jak wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

Rozsądniej jest wynajmować i w międzyczasie odkładać na ewentualny zakup nieruchomości w momencie, gdy ceny spadną do rozsądnego poziomu. Odkładanie pieniędzy jest możliwe, ponieważ najem staje się powoli coraz tańszy. Podaż na rynku nieruchomości na wynajem stale rośnie, a (jak wyjaśnia autor bloga W domach z betonu w świetnym wpisie „Luźne dywagacje na temat wynajmu mieszkań”) rosnącej podaży zacznie niebawem towarzyszyć wyraźny spadek popytu. Tym samym powinno wkrótce dojść do znacznego spadku cen. Nie mogę się tego doczekać, bo absurdalnym stanem rzeczy wydaje mi się to, że najem mieszkania jest ciągle droższy np. we Wrocławiu niż w wielu niemieckich miastach (informacja za Gazetą Wyborczą).

Choć ceny nieruchomości na wynajem nie są jeszcze w pełni satysfakcjonujące, to jedno udało się już osiągnąć. Na rynku podaż jest na tyle duża, że najemcy nie muszą decydować się na wynajmowanie mieszkań zapchanych bibelotami należącymi do właścicieli. Mogą przebierać w ofertach mieszkań nieumeblowanych lub umeblowanych w podstawowe sprzęty. Mieszkania pokazane na zdjęciach w „Wynajęciu” stają się w rezultacie coraz mniejszym ułamkiem rynku nieruchomości. W miarę jak rośnie podaż mieszkań na wynajem, coraz częściej to najemcy, a nie wynajmujący, dyktują warunki dotyczące wyposażenia i umeblowania. Najemcy stopniowo wychodzą więc z pozycji petentów, którzy muszą potulnie dostosowywać się do przestrzeni stworzonych przez wynajmujących.

Mam nadzieję, że stopniowo najemcom uda się też pozbyć opinii niedojrzałych nieudaczników. Na taką bowiem opinię żaden człowiek nie zasługuje tylko z tego powodu, że nie chce wikłać się w kredyty opiewające na setki tysięcy złotych.

Źródło zdjęcia: Gazeta Wyborcza

LILAC – tanio, ekologicznie i we wspólnocie

Kiedy przeczytałam, co oznacza nazwa projektu LILAC, byłam zaskoczona ambicjami jego twórców. LILAC to skrót od “Low Impact Living Affordable Community”, co można przetłumaczyć jako niedrogą i ekologiczną wspólnotę mieszkaniową. Czy rzeczywiście można zrealizować te wszystkie cele i stworzyć osiedle, które byłoby nie tylko tanie i przyjazne środowisku, ale też sprzyjałoby zacieśnianiu więzi międzyludzkich? Początkowo miałam wątpliwości: to wszystko wydawało mi się zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. W filmiku opisującym założenia projektu jedna z przyszłych mieszkanek osiedla przewidywała, że LILAC będzie trochę jak raj. Filmik pochodził sprzed dwóch lat, a w międzyczasie projekt został ukończony i na osiedle wprowadzili się mieszkańcy. Czy spełniły się ich nadzieje? Czy położone w deszczowej Anglii (a konkretnie w Leeds) osiedle to raj na ziemi?

Nie widziałam tego osiedla na  własne oczy, ale zdjęcia i relacje mieszkańców wskazują na to, że porównywanie LILAC do raju na ziemi nie jest chyba takie przesadne. Twórcom udało się osiągnąć założone sobie cele i w ten sposób powstało osiedle, które jest:

1) ekologiczne

Domy zbudowane są z drewnianych paneli wypełnionych słomą. Mają charakter pasywny dzięki wykorzystanym materiałom, a także dzięki rozwiązaniom konstrukcyjnym, które umożliwiają np. recykling ciepła wytworzonego przez domowe kuchenki. Mniejsza ilość energii zużywanej na ogrzewanie domów oznacza mniejszą emisję dwutlenku węgla. Domy wytwarzają mało CO2, a jednocześnie sporo tego związku pochłaniają za sprawą wykorzystanej przy ich budowie słomy. W rezultacie bilans emisji CO2 jest w ich przypadku ujemny.

Oprócz tego, że domy są ekologiczne, to są jeszcze całkiem ładne:

Lilac_night_light

Co ciekawe, ekologiczne są nie tylko budynki, ale i podejście ich mieszkańców do życia. Mieszkańcy osiedla LILAC uprawiają własne owoce i warzywa, a do tego wspólnie użytkują samochody. Dzięki temu, że korzystają z samochodów razem (na zasadach carpoolingu i carsharingu), wystarcza im 10 pojazdów na 20 rodzin. Dla mnie możliwość dzielenia się samochodami jest chyba najbardziej atrakcyjnym aspektem ekologiczności projektu LILAC, bo nie widzę większego sensu w posiadaniu jednego samochodu na osobę.

2) tanie

Aby obniżyć ceny mieszkań, twórcy LILAC opracowali nowy model współwłasności o nazwie “mutual home ownership scheme“. W ramach tego modelu została utworzona spółdzielnia, w której mieszkańcy wykupili udziały. To spółdzielnia jest właścicielem gruntu oraz mieszkań; to ona też spłaca kredyt zaciągnięty na budowę nieruchomości. Pieniędzy na spłatę kredytu oraz utrzymanie nieruchomości dostarczają początkowe wkłady oraz miesięczne raty wpłacane przez mieszkańców. Niby nic odkrywczego, ale nietypowy jest sposób, w jaki obliczana jest wysokość miesięcznych płatności. Otóż są one uzależnione od wysokości dochodów danego mieszkańca. Każdy mieszkaniec wpłaca na rzecz spółdzielni około 35% swojego dochodu netto. Po spłacie wszystkich udziałów powiązanych z nieruchomością, w której mieszka, jego opłaty spadają do wysokości 10% dochodu netto. Model zakłada rozwiązania na wypadek sytuacji, gdy dochody mieszkańca spadają lub rosną: taka osoba może np. kupić nowe udziały lub sprzedać te, które posiada.

Od dochodów zależy rodzaj mieszkania, na które może sobie pozwolić dana osoba. Okazuje się, że kawalerki dostępne są już dla osób o dochodach nieco tylko wyższych niż płaca minimalna (dokładne informacje można znaleźć tutaj). Jeśli ktoś nie osiąga dochodów wymaganych w przypadku danego mieszkania, to może się o nie ubiegać, jeśli wpłaci odpowiednio wyższy wkład własny. Model skonstruowany jest w taki sposób, by ceny mieszkań nie rosły z czasem i by były dalej dostępne dla osób o niskich dochodach. Jeśli bowiem ktoś decyduje się sprzedać udziały, to ich cena jest rewaluowana w oparciu o średnie zarobki w Wielkiej Brytanii. W ten sposób hamowany jest wzrost cen udziałów.

Obrazowe przedstawienie zasad modelu “mutual home ownership” można znaleźć na tym screenie z YT (kliknij, aby powiększyć):

lilac2

3) sprzyjające budowaniu wspólnoty

Na osiedlu znajduje dom wspólny, w którym mieszkańcy mogą spędzać wspólnie czas i gotować. Do przestrzeni wspólnej należą również ogród oraz plac zabaw.

Oczywiście dla jakości wspólnoty kluczowy jest dobór osób, które ją tworzą. Dla mnie ogromnym plusem projektu jest to, że mieszkańcy LILAC nie tworzą homogenicznej grupy. Choć łączą ich wyznawane wartości, to jednak różnią się wiekiem czy zawodem, co można dostrzec, oglądając zamieszczone powyżej wideo. Może to nic wielkiego, ale jednak miła odmiana po projektach, których mieszkańcy poddawani są rygorystycznej selekcji i muszą wykazywać, że są np. społecznymi innowatorami. W kategorii “bezpretensjonalność” LILAC wygrywa u mnie na całej linii.

Niestety wszystkie mieszkania na osiedlu LILAC są już zajęte, ale można mieć nadzieję, że niedługo powstaną kolejne osiedla wybudowane na podobnych zasadach. Prawdą jest bowiem to, co mówi Paul Chatterton, mieszkaniec osiedla: LILAC to mieszkalnictwo przyszłości: